Najpierw popsuli Platformie wynik wyborczy i ułatwili PiS zwycięstwo, a teraz chcą ułatwić wygraną PO, zaś popsuć wynik liberalnej partii, jaką pozostanie Nowoczesna. Rozumiem, że w czasach, w których standard bezczelnego cynizmu politycznego ustanawia śląski radny Wojciech Kałuża, uciekinierzy z Nowoczesnej to co najwyżej pragmatycy. Szczęście, że przytuli ich akurat Grzegorz Schetyna, znany Pan Anakonda.

Odwieczny publicystyczny temat: "Czy w polityce ważniejsze są wartości czy skuteczność" – to tylko wariant zagadnienia, czy należy myć ręce, czy jednak nogi. Polityka pozbawiona wartości staje się jałowa, a na koniec nieskuteczna. Od wielu lat króluje w Polsce przekonanie, że partia, która nazywałaby się np. "Socjalistyczna", skończyłaby marnie. W moim przekonaniu nie zauważono momentu, w którym jakaś część Polaków zmęczyła się niedookreśleniami "Sprawiedliwości", "Obywatelskości" czy "Kukizowatości". Nie próbuje się socjalistycznego, jawnego programu, bo nie. A szkoda, bo akurat z myśli socjalistycznej wynika zestaw spójnych odpowiedzi na prawie wszystkie pytania z gatunku "co z tą Polską?". Podobnie jest z programem liberalnym. Kiedy odrzeć go z pychy ludzi podobnych do Ryszarda Petru, idea ta okazuje się doktryną solidarności. Liberał XXI wieku chce, aby każdy miał równy dostęp do wykształcenia i pracy, swobodę zawierania związków partnerskich i wolność w rozporządzaniu swoimi pieniędzmi, czyli wolność ograniczoną potrzebami wspólnotowymi. Liberał nie musi być zadufanym egoistą, a socjalista nie musi być nadętym biurokratą państwowym albo związkowym.

Rozumiem, że tłumaczenie (i tłumaczenie się), o co chodzi naprawdę w naszej doktrynie, jest czasochłonne, a rezultaty przyjdą dopiero po latach. Dlatego politycy trzymają się z daleka od sztandarów ideowych, fundując nam zamiast wartości widowiskowe topienie rywali w kałużach.