Gdy wstrząśnięty relacją ze sztabu akcji premier Mateusz Morawiecki wyszedł w piątek rano do dziennikarzy nic nie wróżyło jeszcze katastrofy. Premier kontrasygnował decyzję prezydenta Andrzeja Dudy o niedzielnej żałobie narodowej. 13 ofiar śmiertelnych w zbiorowym wypadku pod ziemią to naprawdę dużo. W polskich kopalniach w ostatnich latach bardziej tragiczne żniwo zebrały tylko wypadki w ruchu Śląsk, czyli części kopalni Wujek (2009 r., 20 ofiar śmiertelnych) oraz Halembie (2006 r., 23 ofiary śmiertelne). Odkąd pamiętam, bez względu kto był w Polsce prezydentem czy premierem i bez względu na to, jaką opcję polityczną reprezentował: a) pojawiał się na miejscu zdarzenia b) w wypadku takiej katastrofy ogłaszał żałobę. Nie widzę więc nic niestosownego w decyzjach Morawieckiego i Dudy.

No ale oczywiści po ogłoszeniu żałoby pojawiła się stara śpiewka "bo więcej ludzi ginie na drogach". Zapewne. I to bardzo smutne. Ale nie są w pracy kilometr pod ziemią (za wyjątkiem zawodowych kierowców, ale zdaje mi się, że w zbiorowych wypadkach komunikacyjnych też żałoby przerabialiśmy?). Nie wiem, czemu kogoś bolą flagi opuszczone do połowy masztów i chwila zadumy – może jednak potrzebna przed Bożym Narodzeniem?

Komentarze z kont social media opisanych jako "Polak, katolik, prawy patriota" pokazały, jak łatwo religią i tragedią anonimowo można sobie wytrzeć gębę. Gdy zwróciłam na to uwagę jednym z delikatniejszych była rada, bym poszła do TVN lub "Gazety Wyborczej", ale "od katolików wara, bo ich jest więcej w górniczych rodzinach na Śląsku niż Bacowych włosów na głowie" (kontro z przypiętą modlitwą "Zdrowaś Maryjo"). Wokół żałoby i katastrofy w social mediach mleko się rozlało. Kto im tam kazał jechać? Robią to dla pieniędzy, przywilejów, wyrachowani, zachłanni... Social mediowi eksperci od wszystkiego znów pokazali swoją "klasę". Bezrefleksyjnie, nie zastanawiając się, że mogą to czytać rodziny.

Przyznam, że gdy relacjonowałam w maju katastrofę w Zofiówce (pięć ofiar śmiertelnych) w całym tym nieszczęściu miałam jednak poczucie takiej wspólnoty, bez względu na polityczne barwy – każdy kibicował ratownikom, by znaleźli żywych górników.A może tu brak długiej dramatycznej akcji ratowniczej tam podziałał? Czeskie służby bowiem po nieco ponad 12 godzinach od wypadku ogłosiły, że nikt z poszukiwanych nie przeżył, jest 13 ofiar śmiertelnych, a ratownicy nie mogą iść w rejon wypadku, bo zagrożenie metanowe i temperaturowe jest zbyt poważne i stwarza to realne zagrożenie dla nich.

Dyskusja wokół decyzji czeskiej też się przetoczyła przez media - zwłaszcza po tym, jak Jerzy Korczyński z TVN24 zwrócił uwagę, że w Polsce to niespotykane, a ratownicy "zawsze idą po żywego". Ja też zawsze to podkreślam, także w mojej książce o ratownikach, ale oni nauczyli mnie też jednego - "po żywego" nie zawsze musi oznaczać to, co rozumiemy. Idziemy po człowieka. Po to, by oddać go rodzinie. Kiedyś po wypadku w kopalni Brzeszcze ostatni poszukiwany został wytransportowany dopiero po pół roku od wypadku. Bo nie dało się wejść w rejon katastrofy.

Z kolei w czeskich mediach mogliśmy się natknąć na komentarze o niewystarczających zabezpieczeniach w kopalni OKD, ojciec jednego z górników, którzy zginęli wprost przed kamerami sugerował fałszowanie czujników metanu (zasłonięte nie są w stanie wykryć w porę zagrożenia). Emocje, emocje, emocje. Były, są i będą, bo zawsze przy tej okazji wraca dyskusja – po co nam ten węgiel i po co to całe górnictwo? Ale jeśli dziś popatrzymy na deklaracje rządowe dotyczące rekompensat za rosnące ceny prądu (nie, premier nie ma racji mówiąc, że podwyżek cen energii nie będzie – one będą, ale zostaną przez państwo sztucznie zrekompensowane tak, by to rachunek się nie zmienił), to naprawdę widać, że szybkie odejście od węgla nam nie grozi – dziś zresztą odbyła się aukcja rynku mocy, po której dowiemy się, czy dostawy na 2023 r. zagwarantowała sobie Ostrołęka C, czyli jak na razie 1000 MW na papierze.

Ale wróćmy do czeskiej katastrofy. Czy można z niej wyciągnąć jakieś wnioski? Na pewno takie, że czasem z naturą mimo najlepszych technologii nie wygramy (oczywiście to, czy była to jedynie natura sprawdzi zarówno prokuratura, jak i specjalna górnicza komisja). Że musimy pamiętać, że kopalnia to nie jest jednak bułka z masłem, a górotwór, w który ingerujemy może się tak "odpłacić".

Pod Karwiną doszło do wybuchu i zapłonu metanu, w epicentrum temperatura mogła dochodzić odpowiednio do 1200 i 2000 stopni Celsjusza. Jeśli ktokolwiek był w tym miejscu... A jeśli był nawet dalej, to każdy oddech spalał go po prostu od środka. A wewnętrzne poparzenia są o wiele, wiele trudniejsze do leczenia niż zewnętrzne.

W szpitalach pozostaje trzech rannych w wypadku górników. Stan jednego z nich, także Polaka, określany jest jako krytyczny.

Na ostateczne ustalenia przyjdzie nam jeszcze poczekać, ale wydaje mi się, że dla tych 13 rodzin, które tuż przed świętami straciły najbliższych lepiej by było, gdyby nad tą trumną było trochę ciszej.