Magdalena Rigamonti: Po śmierci pani męża spod Szpitala Bielańskiego zniknęły samochody oklejone zdjęciami porozrywanych płodów.

Marzena Dębska (lekarka, wdowa po prof. Romualdzie Dębskim): Ale pojawiły się w innych miejscach. Również na pogrzebie. W sumie marginalne zjawisko i przykro, że tak rozdmuchane przez media. Widać było i przed pogrzebem, i w czasie uroczystości, że to są ekstremiści, których nawet Kościół nie akceptuje i nie popiera. Oni nic nie wiedzą o naszej pracy. Nikt z nich nie był u nas na oddziale, nie rozmawiał z naszymi pacjentkami, nie rozmawiał z lekarzami. Na pewno nie przeczytali też naszej książki, bo gdyby tak było, to może by zmienili zdanie, otworzyli oczy i może nawet zapytali, jak nam pomóc. Zrozumieliby, że prof. Dębski był wielkim obrońcą życia, że to on tak naprawdę był pro life. Zdarzało się, że jeździli za nim po całej Polsce i wystawali ze swoimi banerami przed budynkami, w których mój mąż wykładał czy przemawiał. Czasem mu nawet żal ich było. Kilka razy było tak, że zimno, mróz, stali jak sierotki przyklejone do transparentu, a on poszedł do nich z gorącą herbatą. Pamiętam, jak pani, pani Magdo, przyszła do nas na oddział i od razu zaczęła pytać o aborcję. O to, jak to się robi, jak to wygląda. Chciałam panią razem z drzwiami wyrzucić.

Nie dała pani tego odczuć.

Przez kilka miesięcy nie chciałam z panią rozmawiać. Ale w końcu ułożyło się tak, że wysłuchała pani wszystkiego. Mój mąż też nie był osobą, która się chwali, która opowiada. Dopiero teraz, po jego śmierci, dowiaduję się o wielu rzeczach, które zrobił dla innych ludzi. O tym, w jakiej sytuacji uratował życie pacjentki, dziecka. Na każdym kroku spotykam się z opowieściami, ludzie chcą mówić, że dzięki niemu żyją, że dzięki niemu są rodzicami, ich dzieci z nimi są. Dopiero teraz widzę, jaką miał wielką moc rażenia. Ktoś napisał na FB, że położne i pielęgniarki czasem już miały dosyć tego dobra, które robił profesor. Strasznie dużo ludzi przychodziło, ciągle tłumy wszędzie. On po prostu nikomu nie odmawiał. Izba przyjęć była zawsze pełna. Chodzimy na cmentarz. Cała moja rodzina. W różnych porach. Byłam wczoraj, już ciemno. Widzę, że ktoś już zamyka bramę. Mówię, żeby mnie wpuścił. Słyszę, że już noc, że nie wolno. Pan mi się przypatruje i mówi: a, pani jest żoną tego profesora. Niech pani wejdzie. Idę, ciemno, na grobach pojedyncze światełka i tylko łuna nad grobem mojego męża. Patrzę, stoi kobieta z wózkiem. Płacze. W środku maluch, noworodek urodzony u nas. Mówi, że bez nas by jej nie było, dziecka by nie było. Mogę dużo opowiadać o pacjentkach, a one o profesorze.

Są negatywne historie?

Nie ma. Nie słyszałam. Nigdy. Moja mama była na cmentarzu któregoś dnia i spotkała pielęgniarkę. Tamta zaczyna, że musi jej coś opowiedzieć, żeby było wiadomo, jaki był profesor. Okazało się, że ponad 30 lat temu wbiegła do szpitala z poparzonym dzieckiem na rękach. Akurat szedł profesor, który miał cudowny dar wyrastania spod ziemi w momencie, kiedy był potrzebny. Zrzucił buty (kiedyś w szpitalu chodziło się w drewniakach), żeby się nie potknąć, złapał tego dzieciaka na ręce, i pobiegł z nim na chirurgię i nie odszedł od niego, dopóki wszystko wokół niego nie zostało załatwione. Ta pani to opowiadała i płakała. Tyle że to wcale nie koniec. Ten sam chłopczyk po 30 latach zaczął tracić wzrok i jego mama, która jest pielęgniarką w naszym szpitalu, przyszła po radę do mojego męża. Ten za telefon, dzwoni do profesora okulisty i znalazło się jakieś nowoczesne, eksperymentalne leczenie. Nie pokażę pani męża telefonu, mam go w domu, on cały czas dzwoni. Nie potrafię, nie chcę go wyłączać, również z tego powodu, że to kopalnia medycznych kontaktów.

Mąż zawsze mówił: całą medycynę mam w tym telefonie. Wszystkich profesorów, dobrych lekarzy znał i ze wszystkimi miał przyjacielskie relacje. I jeśli trzeba było prosić o pomoc, to dzwonił. Nieważne, dla jakiej pacjentki. Dla niego się to nie liczyło. Wszystkie były po prostu kobietami potrzebującymi pomocy. Nasza położna Arlenka mówi, że trzeba gdzieś powiedzieć, jaki on był, nie tylko dla pacjentek, ale też dla personelu. Każda położna, pielęgniarka, salowa, sekretarka, sanitariusz, każdy, kto przyszedł, był traktowany przez profesora jak ważna persona. On w każdym widział bliską osobę. W każdym. Nikogo nie wyróżniał. Jak wpiszę w kontaktach w telefonie słowo: lekarz, to mam dziesiątki lekarskich nazwisk z całej Polski. Część z nich poznałam, szkoląc ich na kursach podyplomowych. Dzwonili do mojego męża, do mnie, prosząc o pomoc. Zwykle nie pytałam profesora, czy wyraża zgodę na przyjęcie pacjentki, bo dla niego było oczywiste, że przyjmujemy. I zawsze znajdowało się miejsce. Tu był oddział gorących łóżek. Nigdy nie patrzyliśmy na to, że pacjentka ma leżeć trzy dni, żeby nam zapłacili. Jeśli można było coś zrobić w pół dnia, to się robiło i przyjmowało następną pacjentkę.