Profesor Romuald Dębski, ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego w Szpitalu Bielańskim w Warszawie, w programie "Tak jest" w TVN24 pytany był o samochód dostawczy z billboardem antyaborcyjnym o treści "W Szpitalu Bielańskim w 20127 r. aborterzy zabili 131 dzieci”. który krąży w okolicach jego miejsca pracy. Stwierdził, że takie akcje nie wpływają już na jego pracę.
- – stwierdził. Dodał jednak, że ma pełną świadomość faktu, że to ogromnie przeszkadza pacjentkom, które przychodzą do szpitala głównie po to, aby ratować życie dziecka, a nie żeby terminować ciążę.
Powiedział, że podpisuje się pod wnioskami rodziców, którzy chcą zakończyć przedwcześnie ciążę, bo nie czują się na siłach, aby doczekać narodzin dziecka, które "przeżyje 15 minut po porodzie albo przeżyje wiele lat, ale będzie totalnie niepełnosprawne i będzie stanowiło obciążenie". Stwierdził, że nie wszyscy rodzice są w stanie podjąć się trudu kontynuacji ciąży albo trudu wychowania.
Profesor Dębski pytany o usuwanie ciąż, odpowiedział, że postępuje zgodnie z polskim prawem a to zezwala na takie działania. –– powiedział. Stwierdził, że gdyby taka sytuacja dotyczyła jego rodziny, jego bliskich to "bardzo dobrze zna ludzi w Europie, do których mógłby wysłać bliskie osoby". – – powiedział.
Dodał, że nie zmieniałby obowiązującego prawa aborcyjnego. Ani by go nie zaostrzał ani nie szedł w kierunku liberalizacji. Stwierdził, że wybierając zawód ginekologa-położnika, należy być lekarzem "na dobre i na złe". Jego zdaniem przy pacjentce trzeba być zarówno wtedy, kiedy ma się urodzić "piękny, zdrowy dzieciak", jak i wtedy, "kiedy jest coś złego". – – powiedział.