Z rzadka pojawiali się na międzynarodowych konferencjach, na których rozpoznawali się po książkach trzymanych w ręku – niczym członkowie tajnego sprzysiężenia. Spotkał taki jeden drugiego, to do rana mogli gadać o tym, jak naiwna i opanowana przez neoliberalnych zwolenników "zdrowych finansów" jest opinia publiczna w większości zachodnich krajów. Wiem, bo niejednej takiej dyskusji się przysłuchiwałem. Problem był jednak zawsze taki sam: ja wiem, że dług to fetysz i ty to wiesz, ale jak do tego przekonać resztę społeczeństwa?

Dziś jest inaczej. Otwórzcie sobie choćby nowy numer magazynu "Foreign Policy", a traficie na tekst ekonomistów Larry’ego Summersa i Jasona Furmana. Ten pierwszy był głównym ekonomistą demokratów w czasach prezydentury Billa Clintona, ale po krachu 2008 r. posypał głowę popiołem i przeprosił za "dziecięcą chorobę neoliberalizmu" – i dziś propaguje rzeczy, które dekadę temu zwalczał. Z kolei Jason Furman to jego protegowany, który doradzał prezydentowi Barackowi Obamie – optował za bezpiecznym centryzmem. Nie bądźmy jednak małostkowi, bo dziś Summers i Furman unisono mówią, że deficytu wydatków publicznych lękać się nie należy. A już na pewno nie wolno ciąć wydatków państwa pochopnie, bo to zawsze oznacza ograniczenia wydatków socjalnych. A ciąć nie wolno – twierdzą Summers i Furman – głównie dlatego, że ich dzisiejszy poziom nie wynika z rozdętego socjału. Tylko z bardzo małych przychodów państwa, które są wynikiem niskich podatków ustanowionych w epoce neoliberalnej.

Summers i Furman nie idą tak daleko, jak zwolenniczka nowoczesnej teorii pieniądza (MMT) Stephanie Kelton, która była główną doradczynią ekonomiczną Berniego Sandersa. O MMT pisałem z resztą w tym miejscu przed tygodniem. Zwolennicy tego myślenia twierdzą, że ze strachu przed długiem trzeba się wyleczyć zupełnie, bo inaczej demokratyczna polityka gospodarcza nie ma sensu i zaczyna przypominać ciąg kolejnych ustępstw wobec kapitału finansowego. Tego Summers i Furman nie mówią. Jednak stanięcie przez główny nurt amerykańskiej partii demokratycznej na stanowisku "nie przesadzajmy z tym fetyszem długu publicznego" to postęp. I szansa na przesunięcie amerykańskiej liberalnej lewicy z powrotem na lewo. Czyli tam, gdzie być powinna.

Gdyby tylko podobnie było u nas. Ale nie jest. U nas liberałowie po lewicującym epizodzie w czasach Ewy Kopacz i Mateusza Szczurka wrócili do arcyliberalnego okopu. Czego dowodem jest mianowanie głównym ekspertem ekonomicznym PO Andrzeja Rzońcy, wiernego ucznia Leszka Balcerowicza. To tak jakby w Ameryce wspomniani Summers i Furman ogłosili, że zbawi nas tylko walka z rozbuchanym socjałem i obniżki podatków. Na szczęście – dla Ameryki – tego nie robią. Dzięki czemu jest szansa, by lewica w Stanach znów była lewicą, a mniej liberałami.