Magdalena Rigamonti: Pani w tamtym czasie została posłanką.

Maria Sielicka-Gracka: Nie wiem, jakim cudem to się stało, ale tak, zostałam. Proszę zobaczyć, jakie mi zdjęcie przynieśli z okazji rocznicy wygranych wyborów w 1989 r. Ja z Wałęsą. „Koszmarek”, kolega Kaśki, mojej bratanicy i mojego syna, zobaczył to zdjęcie w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku. Poprosił o kopię, przysłali. To jest moje jedyne piękne zdjęcie, bo ustawiał mnie do niego Andrzej Wajda. Kazał patrzyć tu, tam. Głowa wyżej, niżej.

W Solidarności była pani od początku.

Od 1980 r. Tam spotkałam dr Marię Zoll-Czarnecką, teraz już niestety świętej pamięci. Niepowtarzalny egzemplarz ludzki. Poznałam ją jeszcze w latach 60. Odrabiałam u niej pierwszy podyplomowy staż z pediatrii. Działała na Saskiej Kępie, w szpitalu na Niekłańskiej, organizowała ten szpital od początku. Od 1986 r. działałyśmy we francuskiej organizacji Médecins du monde, z której w 1991 r. wyodrębniło się Stowarzyszenie Lekarze Nadziei.

Dziś jest 4 czerwca.

Ludzie dzwonią, piszą, dziękują. Ten czas, ten 1989 r. to było coś fantastycznego. Przecież nikt z nas do końca nie wierzył, że to się wszystko uda. Euforia jednak szybko minęła. I zaraz było widać, kto i czego od polityki chce. Mnie się najbardziej nie podobała zajadłość. Takie bij, zabij. Do dr Elżbiety Seferowicz, która siedziała obok mnie w Sejmie i która później została w polityce, mówiłam: Elka, po co się z nimi kłócić?

Z kim? Z komunistami?

No tak. Lepiej z nimi uprzejmie rozmawiać i żeby to oni się obudzili z ręką w nocniku, że pracują dla nas, a nie chodzili dumni, że ja całe życie zasuwałam dla nich. W tamtym Sejmie padały wielkie słowa, za którymi niewiele stało. A ja nie lubię wielkich słów. Co mi z tego, że ktoś mi mówi, że mnie kocha. Niech zachowuje się tak, bym wiedziała, że mnie kocha. Gęby sobie nie musi wietrzyć. Wolę konkretne działania. Pani tak patrzy na mnie... Całe życie byłam człowiekiem nie z tej bajki. Teraz też jestem nie z tej bajki. W polskiej polityce brzmią przecież te same nuty, które słyszałam w PRL, a których nienawidziłam. Zestarzałam się i nie jestem w stanie się do tego przystosować.

Przez te ostatnie 30 lat politycy interesowali się bezdomnymi?

To jest taka dziedzina, w której różni politycy i działacze społeczni mogą zabłysnąć. Wiedzą, że wykazywanie się działalnością charytatywną dobrze wygląda. A prowadzenie takiej działalności wymaga zdobywania środków finansowych. Śmiałam się, że to mój wdzięk pozwalał mi załatwić różne rzeczy dla naszej poradni.

CAŁY WYWIAD CZYTAJ W PIĄTKOWYM "MAGAZYNIE DGP">>>

Maria Sielicka-Gracka – polska lekarka, posłanka na Sejm X kadencji. W 1980 wstąpiła do „Solidarności”. W latach 80. zaangażowała się w działalność Duszpasterstwa Służby Zdrowia i działalność charytatywną w ramach Ruchu „Ku cywilizacji miłości”. W 1989 z ramienia Komitetu Obywatelskiego uzyskała mandat posła X kadencji, w trakcie której przystąpiła do Unii Demokratycznej. Zasiadała w Komisji Zdrowia oraz w Komisji Nadzwyczajnej do rozpatrzenia projektu ustawy o ochronie prawnej dziecka poczętego. W 1991 wycofała się z polityki, zajęła się działalnością społeczną w ramach Stowarzyszenia Lekarze Nadziei (od 1994 jako prezes zarządu oddziału warszawskiego). Była też członkinią władz samorządu zawodowego, w latach 1993–1997 jako członkini prezydium Okręgowej Izby Lekarskiej.