Grecy żądają w niej rozpoczęcia rozmów o wypłaceniu reparacji wojennych za szkody, które niemiecki okupant wyrządził ich krajowi podczas obu wojen światowych. Co szacują na drobne 300 mld euro. Sprawa ma charakter moralny i jest bardzo ważna dla narodu greckiego – podkreśliły Ateny. Skonfundowany Berlin na razie wydaje dość niejednoznaczne odgłosy.

Tak na marginesie należałoby jak najszybciej uświadomić liczącemu polskie straty wojenne posłowi Arkadiuszowi Mularczykowi, że Grecy chcą od Niemców kasę także za I wojnę światową. Przypominając o nakazanych przez gen. Ericha Ludendorffa rekwizycjach z terenów Królestwa Polskiego. Niemcom udało się wówczas uprowadzić w głąb II Rzeszy gros urządzeń przemysłowych z Warszawy, Łodzi, okolic Białegostoku, Lublina, Zagłębia Dąbrowskiego, Zagłębia Staropolskiego. Do tego dorzucono rozliczne dobra materialne oraz regularnie konfiskowane płody rolne. Obiecany przez posła Mularczyka bilion dolarów (dla niewtajemniczonych chodzi o jedynkę z dwunastoma zerami) reparacji, po uwzględnieniu inflacji i należnych odsetek, spokojnie dałoby się powiększyć o drugi bilion.

Czy Niemcy powinni płacić nam za wojnę?

Ale zostawmy polskie roszczenia na inną okazję i wróćmy do głównego wątku. Mianowicie tego, jak demony wydawałoby się dawno już przebite osikowym kołkiem, zostały obudzone za sprawą pogłębiania integracji europejskiej, a zwłaszcza powstanie strefy euro. Co ciekawe ów paradoks dawało się przewidzieć.

Zróżnicowanie gospodarcze w unii walutowej doprowadzi do napięć politycznych. Dlatego zjednoczenie monetarne utrudni integrację polityczną - chociażby z tego powodu, że zostało narzucone Europejczykom przez ich elity - prorokował w wywiadzie, opublikowanym w sierpniu 2002 na łamach „Wirtschafts Wosche”, Milton Friedman. Guru liberalnej ekonomi wyznał w nim: Nie przypuszczałem, że Unia Europejska zaakceptuje euro. Jednak w dalszym ciągu uważam, że unia walutowa jest błędem. Twierdząc, iż wspólna waluta może w przyszłości wysadzić cały wielki projekt w powietrze.

Spostrzeżeniami Friedmana prawie nikt się w Europie wówczas nie przejął, a już zwłaszcza Grecy. Socjalistyczny premier Kostas Simitis w 1996 r. obiecał wyborcom, że kraj na pewno wejdzie do Unii Walutowej. Nie oglądając się na to, że Hellada nie spełniała żadnego z kryteriów przyjętych w unijnym Pakcie Stabilizacji i Wzrostu. Zwłaszcza wymogów nakazujących, by deficyt budżetowy nie przekraczał 3 proc. PKB, a dług publiczny 60 proc. PKB.

Początkowo Rada Europejska w 1998 r. zdecydowała, że dopóki Grecja nie naprawi swych finansów publicznych, nie wejdzie do strefy euro. Grecki rząd wybrał wówczas prostsze rozwiązanie. Wynajął banki inwestycyjne na czele z Goldman Sachs i JPMorgan Chase, które pomogły tak manipulować zapisami księgowymi i statystykami, by zadowolić brukselskich urzędników. Ci przymykali oczy na oszustwo, bo wszystkim zależało na jak najszerszej Unii Walutowej.

W 2001 r. Ateny dopięły swego. Potem przez siedem lat zachowywały się zgodnie z dewizą: hulaj dusza piekła nie ma. Zastąpienie drachmy przez euro otworzyło nieograniczony dostęp do tanich kredytów. Grecy pożyczali i kupowali. Produkowanie czegokolwiek przestało się opłacać, bo dużo tańsze i lepsze dobra materialne, a potem nawet usługi, oferowała gospodarka niemiecka. Bruksela natomiast robiła wszystko, aby nie dostrzegać zagrożenia.

Zmaterializowało się ono bardzo szybko, bo wraz ze światowym krachem w 2008 r. Gdyby Grecja posiadała własną walutę, jej kurs uległby gwałtownemu załamaniu, co na pewno bardzo by zabolało, ale nie trwało dekady. Greckie towary, kurorty i usługi stałyby się dla konsumentów z północy Europy piekielnie tanie. Dając tak szansę krajowi na szybkie podźwignięcia się z upadku. Ale kurs euro jest przecież oparty na sile gospodarek północy kontynentu, głównie niemieckiej. Jedynym wyjście było więc cięcie wydatków państwa i dochodów obywateli.

Coś co zadziałoby się szybko i automatycznie przez deprecjację drachmy, musiano wykonać "ręcznie". Bruksela nie miała wyjścia. Trwał światowy kryzys i bankructwo Grecji groziło upadkami kolejnych kostek domina. Najpierw banków, które dawały Grekom pieniądze bez opamiętania na niski procent, następnie bankructwami Włoch i Portugalii, a być może też Hiszpanii wraz z Irlandią. To z kolei mogło przynieść upadek całej Unii Walutowej, a Unia Europejska trzeszczałaby w szwach.

Apokaliptyczna wizja dopingowała do działania europejskich przywódców. Choć Grecy widzieli przede wszystkim poczynania Niemców. Kanclerz Angela Merkel przez kilka lat desperacko walczyła o ratowanie wielkiego projektu, jakim jest wspólna Europa. Musiała więc ustabilizować greckie finanse. Chcąc to osiągnąć, wyszarpywano Grekom ich dobrobyt dosłownie z gardła.

Na co dzień zajmowali się tym eksperci "Trójki", czyli Europejskiego Banku Centralnego, Komisji Europejskiej oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ich poczynaniami kierował twardą ręką niemiecki minister finansów Wolfgang Schaeuble. Sprowadzeni do parteru Grecy, w zamian za kolejne transze pomocy finansowej, musieli do 2015 r. sprzedać państwowe mienie za ok. 50 miliardów euro. Przy czym ceny zawsze mocno zaniżano. Kilkakrotnie obniżano im emerytury i pensje w budżetówce (w sektorze prywatnym robili to pracodawcy). Likwidowano przywileje socjalne, jednocześnie uszczelniając system podatkowy. Aż w końcu grecki budżet zaczął odnotowywać stałe nadwyżki, co umożliwiało obsługę długu przekraczającego 180 proc. PKB. Cel osiągnięto i Unia Walutowa ocalała, ale kilka lat kontaktów z pruskim drylem obudziło wspomnienia z przeszłości.

W greckiej prasie aż roiło się od porównań Angeli Merkel do Adolfa Hitlera, zaś Wolfgang Schaeuble kojarzył się z różnymi zbrodniarzami i zbrodniami z czasów, gdy wojska III Rzeszy rezydowały na Półwyspie Peloponeskim. Wreszcie przedterminowe wybory parlamentarne w 2015 r. wygrała lewicowo-populistyczna "Syriza". Jej lider Alexis Tsipras obiecał wyborcom, że będzie żądał uiszczenia przez Niemców reparacji wojennych. Nikt wówczas nie traktował tego poważnie. Ledwie żywa Grecja nie posiadała żadnych atutów umożliwiających windykowanie od Berlina ogromnych kwot. No może poza racjami moralnymi. Natomiast sama cały czas była windykowana. Ten fakt oraz doznane po 2008 r. krzywdy bolą zbyt mocno, żeby nie szukać okazji do rewanżu. Dają ją Grekom dawne, niemieckie zbrodnie.

Przyczynowo skutkowy łańcuszek zdarzeń wystartował więc w momencie integrowania za wszelką cenę Grecji z dużo zasobniejszymi krajami w ramach Unii Walutowej. Pod dwóch dekadach doprowadził do przywrócenia pamięci o krzywdach z przeszłości. Wraz ze wzrostem temperatury sporu łatwo zgadnąć, że zarówno w Niemczech, jak i w Grecji będzie on podsycał nastroje nacjonalistyczne, podmywające fundamenty Unii Europejskiej.

Ten paradoks widać gołym okiem na coraz większej liczbie przykładów. Włoska gospodarka od wejścia do strefy euro zmaga się z niekończącą się recesją. Na co nałożył się kryzys imigracyjny. Gdy wybuchł, premier Matteo Renzi przeczekiwał problem, bo powinny go rozwiązać instytucje unijne. Tymczasem w Brukseli debatowano bez końca o relokacji uchodźców.

Aż wybory wygrali populiści spod znaku Ruchu Pięciu Gwiazd i Ligi Północnej. Lider tej ostatniej Matteo Salvini postawił na państwo narodowe, zaczynając od uszczelnienia granic Włoch. Teraz grozi wypowiedzeniem posłuszeństwa Brukseli, przy okazji oskarżając o wszelkie zło Berlin, bo Komisja Europejska stara się zmusić włoski rząd do zredukowania deficytu budżetowego. Chodzi o redukcję z 2,4 proc. PKB do nie więcej niż 2 proc. Wojna o 0,4 proc. dopiero się zaczyna rozkręcać.

Żeby było zabawniej Włosi, winiąc za swą pauperyzację Niemców, zaczęli sobie przypominać o ich zbrodniach. Pierwszym symptomem tego był w 2017 r. wyrok sądu w Sulmonie. Nakazuje on rządowi RFN wypłacenie gminie Roccaraso 1,6 mln euro za zamordowanie jej 128 mieszkańców w 1943 r. Spadkobiercom ofiar przyznano w tym samym wyroku 5 mln euro odszkodowania. Oczywiście Berlin odmówił uiszczenia rachunku, jednak takich kamyczków jednej lawiny ciągle przybywa. Strach pomyśleć co się stanie, jeśli odpowiedzią na narastające zagrożenie, nadal będzie tępy okrzyk "więcej integracji".