Już po raz drugi byli w ogródku, już witali się z gąską. "To nie myśmy przegrali, przegrała Polska" - ogłasza Bronisław Komorowski. Podobne nastroje panują w sztabie wyborczym LiD - "koniec demokracji, nadchodzi czas dyktatury". Takie lub bardzo podobne oświadczenia będzie można usłyszeć wieczorem 21 października… jeśli wygra PiS. Odkładając na bok polityczne hasła i wyborczą retorykę, warto się zastanowić nad tym, co ewentualne zwycięstwo partii Jarosława Kaczyńskiego może oznaczać dla Polski? Co zrobi wówczas on sam, a co zrobią jego kontestatorzy?
Wyborczy sukces PiS będzie pochwałą makiawelizmu w czystej formie z główną zasadą, iż cel uświęca środki, na czele. Podstęp, siła, strach i obłuda to najlepsze metody sprawowania władzy i jej utrzymania. Polityk musi być przede wszystkim skuteczny - tak przynajmniej twierdził Niccolo Machiavelli. Tłum zawsze pójdzie za pozorami, a liczy się tylko większość. Wiadomo, zwycięzców nikt nie sądzi. Wszystkie chwyty dozwolone, wykorzystany może być każdy i wszystko - począwszy od Nelly Rokity, poprzez "ścierkę SLD", kończąc na prokuraturze.
Jarosław Kaczyński nie wygląda na kogoś, kto ma skrupuły. On zgodnie z naukami florenckiego historyka i dyplomaty nie jest niewolnikiem swoich słów. Bo i po co? Łatwiej się wówczas opowiada bajki o szatanach, oligarchach, układach, kręgach podejrzeń, łże-elitach i zasługach ojca Rydzyka dla Polski. Bez problemu można mówić np. bzdury, iż grozi nam nowy 13 grudnia 1981 roku. Nieważne - czy z sensem, ma być ostro i dramatycznie. Zamiast dowodów insynuacje i pomówienia. Zamiast merytorycznej dyskusji wzajemne obelgi i przekrzykiwanie. A gdy brakuje słów, można je sobie wymyślić - tak jak Roman Giertych, który mówi o "ciamciaramciowatości" Platformy Obywatelskiej.
Chyba jeszcze nigdy w polskiej polityce słowa nie znaczyły tak mało. Można powiedzieć wszystko i politycy mówią wszystko. Wyborcze zwycięstwo PiS tylko pogłębiłoby ten stan, a u samych polityków PiS wzbudziłoby poczucie bezkarności. Już słyszę strzelające korki od szampanów w sztabie wyborczym i rozradowane twarze "spindoktorów" i innych specjalistów od rozmaitych "skrótów myślowych". Udało się! Już słyszę triumfalne komentarze - "to wielki dzień dla Polski, to wielki dzień IV RP" albo - "Polacy wybrali dalszy marsz ku IV RP. Wyciągamy rękę do wszystkich tych, którzy w tym historycznym dziele chcą nam autentycznie pomóc". Pozory będą zachowywane. Pytanie, czy ktoś odważy się z propozycji skorzystać, widząc, co stało się z niedawnymi koalicjantami Jarosława Kaczyńskiego.
Politycy PiS nie ukrywają, że "lubią rządzić i mieć władzę". Kolejne wyborcze zwycięstwo da sygnał do dalszego "odzyskiwania" instytucji publicznych. I jeśli nawet do zawłaszczenia pozostało już niewiele, to wystarczy, by Jarosław Kaczyński mógł znowu obiecywać i mamić wyborców, snując wizje IV RP, kraju mlekiem i miodem płynącego. Wszystko pod jednym warunkiem - że polityczni funkcjonariusze PiS, fachowcy, tacy jak choćby pani Kruk, zajmą ważne publiczne funkcje. W imię interesów obywateli i w trosce o dobro ojczyzny - oczywiście. Będą też strachy i wizje wrogów czyhających gdzieś w ukryciu. Niewidocznych, ale przez to jeszcze bardziej niebezpiecznych. Jakieś "wykształciuchy" czy inne "ścierwojady" na pewno się znajdą. "Ludzie są tak prości i tak naginają się do chwilowych konieczności, że ten, kto oszukuje, znajdzie zawsze takiego, który da się oszukać" - to kolejna z myśli Machiavellego.
Rafał Matyja, kreśląc na łamach sobotniej "Europy" polityczny portret Jarosława Kaczyńskiego, napisał, że obecna władza "wprowadziła stan permanentnej destabilizacji i doprowadziła do wyczerpania zasobów społecznego kapitału zaufania". Matyja zarzuca pisowskiej władzy, że nie dostrzega problemu wyjścia z owej destabilizacji, "jego rozwiązanie oddając swoim przeciwnikom". Może i tak, tyle tylko, że przeciwnicy nie mają wiele do zaproponowania. Powtarzanie sloganów o zagrożeniu demokracji i dyktatorskich zapędach braci Kaczyńskich na nikim wrażenia już chyba nie robi. Poza tym retoryka taka, zamiast uspokoić, może co najwyżej podgrzać społeczne emocje, co z pewnością trudno uznać za stabilizowanie sytuacji w kraju.
Opozycja zaś, jeśli przegra wyborczą batalię, znajdzie się w bardzo trudnym położeniu. Przeciwko PiS wytoczono najcięższe działa. Kaczyńskiemu i jego ludziom zarzuca się gwałcenie konstytucji, wykorzystywanie służb specjalnych, upolitycznienie prokuratury, śmierć Barbary Blidy i dziurawe drogi, na których giną tysiące osób. Ogłoszono już nawet klęskę Euro 2012, o ile w Polsce nadal rządzić będzie PiS. Sytuacja jest tak "poważna", że na polityczny ring wrócić postanowił sam Aleksander Kwaśniewski, i to nie jako trener czy doradca, ale jako bokser. Pojedynek Kwaśniewski vs Kaczyński już reklamowany jest jako "walka stulecia".
Polityczny come back zapowiada też Lech Wałęsa. Jeśli mimo tych wszystkich zabiegów partia Kaczyńskiego wygra, to "vae victis" - biada zwyciężonym.
Sukces PiS trudno będzie skwitować stwierdzeniem, iż jest to jedynie efekt socjotechnicznych sztuczek magików od politycznego PR. Być może usłyszymy wówczas, że w "interesie
społecznym" - odsunięcia od władzy PiS - Platforma gotowa jest "poświęcić się" i zawrzeć koalicję z LiD. Wszystko po to, by "spełnić oczekiwania
wyborców". Wiadomo, "głos ludu głosem Boga".