Rzecz jasna pozostanie bezkarnym, po tym jak się weźmie na zderzak np. staruszkę kręcącą się bez sensu po pasach dla pieszych, gdy nie jest się sławnym celebrytą, wymaga pewnego wysiłku. Po pierwsze należy zasygnalizować prokuraturze i sądom, iż nie mają do czynienia z przeciętnym kierowcą, któremu auto służy do przemieszczania się. Czyli beznadziejnym głupkiem. Aby to uwypuklić trzeba na początek zacząć od paru wykroczeń, skutkujących odebraniem prawa jazdy i otrzymaniem sądowego zakazu prowadzenia pojazdów na minimum dwa lata.

Dla kogoś palącego się od razu do zabijania wydawać się to może nieco nudne. Jednak bezkarność wymaga choć minimum ofiarności. Nie tak zresztą dużej. Przecież urządzenie libacji ze znajomymi i urżnięcie się podczas niej w trupa może dać trochę frajdy. Po imprezie, gdy stężenie alkoholu we krwi przekroczy jakieś 3,5 promila doczołgujemy się do wozu, odpalamy i ruszamy na przejażdżkę w kierunku, gdzie zwykle czai się drogówka. Jeśli policjantom nie chce się tego wieczoru pracować, trzeba zachęcić ich do podjęcia czynności służbowych paroma fantazyjnymi driftami. Kiedy nadal pozostają oporni walimy prosto w radiowóz. Mandat nie wychodzi znów tak drogo, za to zakaz sądowy jest już gwarantowany.

Bardziej szczegółową poradę w tej kwestii mógłby udzielić dwudziestoośmiolatek z Legnicy, który ma już na koncie pięć sądowych zakazów (być może wcale nie jest to rekord Polski), a w tym tygodniu zapracował sobie na szósty. Choć popada on nieco w przerost formy nad treścią. Przecież już jeden zakaz wystarczy, żeby mógł bezkarnie kogoś zabić na przejściu dla pieszych.

Nadmiernie przewrażliwieni mogliby w tym miejscu przypomnieć, że za popełnienie występku z art 244 k.k. (czyli zakazu prowadzenia pojazdów orzeczonego przez sąd) grozi kara od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. Co oznacza pewne ryzyko odsiadki. Te osoby należy szybko uspokoić. Podczas przesłuchania w prokuraturze, ewentualnie, jeśli sądowi będzie się chciało wprowadzić sprawę na wokandę, składa się oświadczenie, iż wóz prowadziło się ten jeden jedyny raz, czego bardzo się żałuje i przeprasza. Poza tym samochód sam się napatoczył i długo błagał: "wsiądź do mnie, wsiądź do mnie". Przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości przyjmują przeprosiny, ocierają łzy wzruszenia, słysząc obietnicę poprawy, po czym puszczają do domu. Wtedy nic tak nie smakuje, jak powrót spod sądu za kierownicą własnego auta. Jeśli ktoś nie wierzy, to zatrzymywany wielokrotnie przez drogówkę dwudziestoośmiolatek z Legnicy może zaświadczyć. 

"Wymiar sprawiedliwości", czyli prokuratura i sądy, po tym jak z ulicy sprzątnięte zostaną zwłoki denatów i ciała rannych, przystępuje do orzekania o winie sprawcy. Ten musi wówczas dostosować się do reguł owego teatrum. Sprowadzają się one do prostych czynności: wynajęcia dobrej kancelarii prawnej oraz całkowitego zaniku pamięci w odniesieniu do zdarzeń podczas wypadku oraz na godzinę przed i po nim. Następnie podczas rozpraw okazuje się ostentacyjny żal, zalewa łzami (środki pomocnicze do nabycia w każdej aptece), przeprasza rodziny denatów, koniecznie obiecuje poprawę. Wówczas wzruszony sąd stwierdza, że martwym i okaleczonym nic już stanu zdrowia sprzed kolizji drogowej nie przywróci. A zdrowego człowieka szkoda. Orzeka więc karę w zawieszaniu oraz symboliczną grzywnę z nawiązką dla ofiary lub krewnych. Dorzuca też zakaz prowadzenia pojazdów. Tym dając jasny sygnał skazanemu, że jak trochę odsapnie powinien urządzić libację ze znajomymi, a po nawaleniu się w trupa, wczołgać do auta i sprawić sobie trochę frajdy.

Zapobiegliwi mogą w tym momencie zapytać o dokładne koszty, bo przecież nie zawsze posiadają dość oszczędności, by sobie pozwolić na rozjechanie paru pieszych. Zatem przykładowo - kierowca, który w zeszłym roku w Warszawie na Trasie W-Z, niedaleko pl. Zamkowego "wziął" na maskę pięć osób z pobliskiego przystanku tramwajowego, dostał rok w zawieszeniu, konieczność zapłacenia 18 tys. zł nawiązki dla ofiar oraz 2,5 tys. zł kosztów sądowych. Jednak należy zauważyć, iż prowadził czarne BMW warte 200 tys. zł, a jedną z rozjechanych była kobieta w ciąży.

Gdyby kierował tanim Oplem i zabrakło na zderzaku kobiety w ciąży rozczarowany banalności sprawy sąd mógłby orzec nawiązkę nawet o 50 proc. wyższą. Warto o tym pamiętać podczas starań o kredyt konsumencki dla młodego kierowcy.

Potencjalne koszty rozjechania pieszego powinny dać do myślenia także zwolennikom oszczędności. Weźmy takiego Pawła Śpiewaka. Za to, że twierdził, iż pewien warszawski mecenas uczestniczył w "dzikiej reprywatyzacji", a nie: "reprezentował prawowitych właścicieli kamienic, którzy wprawdzie nie żyją, lecz mają prawo do nieruchomości oraz wywalenia z niej lokatorów", został skazany przez warszawski sąd na przepraszanie urażonego prawnika. Przepraszać ma przez dwa tygodnie na głównej stronie jednego z największych portali internetowych. Koszt całkowity 220 tys. zł. Gdyby ów Jan Śpiewak zrobił prawo jazdy, kupił samochód za 3 tys., stracił prawko po pijanemu, a następnie poczekał przed przejściem dla pieszych, aż wejdzie na niego rzeczony mecenas …. Gdyby tak zrobił, a następnie docisnął do oporu pedał gazu, to całkowi koszt rozjechania prawnika mógłby się zamknąć w kwocie 30 tys. zł. Egro w kieszeni zostałoby mu na czysto 190 tys. zł, (doliczając cenę zakupu samochodu 187 tys. zł).

W tym równaniu jedyna niewiadoma to brak stuprocentowej pewności, że sąd potraktowałby wzięcie prawnika na zderzak, jak każdy inny taki incydent. Z racji wykonywanej profesji owa osoba mogłaby nagle w oczach polskiego wymiaru sprawiedliwości zyskać status istoty ludzkiej. Ba! Mogłaby zostać uznana za ofiarę. Wówczas wszystkie wyliczenia diabli biorą, bo jednak długoletni pobyt za kratami się nie kalkuluje. Dlatego warto przy szklaneczce, najlepiej mocnego koniaku lub whisky, zasięgnąć opinii u dobrego radcy prawnego, a dopiero potem wyjechać samochodem na miasto.