Sprowadza się ona do braku rzeczywistego osądzenia szaleństw dwudziestego wieku. Tak, by za sprawą przywracania poczucia sprawiedliwości, spróbować chronić Stary Kontynent przez szaleństwami nowego stulecia.

Reklama

Na początku zawsze są idee. Ich twórców cechuje poczucie misji oraz wiara w swój geniusz. Chcąc tak zmienić wspólnotę ludzi, by stała się on doskonalsza, a jej członkowie bezpieczniejsi i szczęśliwsi. Karol Marks, spędzając pół życia w bibliotekach, kreślił na papierze wizję doskonałego społeczeństwa ludzi pracy. Lecząc go w teorii z głównych dolegliwości swoich czasów: nędzy, nierówności i niesprawiedliwości. Tak atrakcyjne idee są jak wirusy. Atakują one ludzkie umysły, formatując ich sposób postrzegania świata. Po czym zarażają kolejne i kolejne, same przy tym mutując. Marksistowskie idee do swych potrzeb dostosował Włodzimierz Lenin. Okazały się znakomitym paliwem politycznym podczas przejmowania władzy w Rosji. Następnie wyniesiono je na piedestał, czyniąc ważniejszymi od życia ludzi. Wkrótce pierwsze miliony straciło życie w imię przebudowy społeczeństwa. Wreszcie marksistowskie idee przybrały kształt oficjalnej ideologii, zajmując w bolszewickiej Rosji miejsce prawosławia.

W ręka Józefa Stalina była ona użytecznym narzędziem. Przydawała się zarówno do totalnego zniewolenia obywateli, jak i podczas rozszerzania strefy wpływów sowieckiego imperium. Kreml narzucał swą władzę i "wiarę" innym nacjom, żeby je wyzwolić od starego porządku. Tak oto niemiecki filozof Karol Marks stworzył idee, które kilkadziesiąt lat po jego śmierci otworzyły przed zacofaną Rosją szansę na podbój świata. Trudno o większą ironię losu.

W kolejnej odsłonie tej opowieści pojawia się postać młodego Władimira Bukowskiego. Za posiadanie nielegalnej książki Milowana Dżilasa "Nowa klasa", trafił w 1963 r. do leningradzkiego szpitala psychiatrycznego. To jeszcze jedna z wielu ironii losu. W krajach, gdzie idee Marksa oraz innych ojców komunizmu usiłowano wcielać w życie, szybko się one wypalały, stając pustymi hasłami. Dzięki temu państwo działało coraz mniej brutalnie. Za rządów Lenina czy Stalina Bukowski zginąłby od strzału w tył głowy lub zabiłby go głód i mróz w którymś z syberyjskich gułagów. Ale rządził już Nikita Chruszczow, który odrzucił stalinowskie ludobójstwo na rzecz bardziej wysublimowanych metod tłumienia oporu. Dzięki temu młody dysydent mógł się cieszyć, że zdiagnozowano u niego jedynie "schizofrenię bezobjawową".

Była ona szczytowym osiągnięciem sowieckiej psychiatrii odkrytym przez prof. Andrieja Snieżewskiego. U chorego nie stwierdzano objawów klasycznej schizofrenii, lecz notoryczną skłonność do krytykowania komunizmu i władz ZSRR. Wskazywały one, iż musi gdzieś głęboko w psychice tkwić zahibernowana schizofrenia. Leczono ją na początek prostymi metodami. Sanitariusze codziennie owijali chorego mokrymi prześcieradłami, które wysychając powodowały straszliwe pieczenie skóry. Stawiających opór bito do nieprzytomności. Kiedy takie medykamenty nie przynosiły ustąpienia objawów schizofrenii bezobjawowej, sięgano po zastrzyki. Pacjentom wstrzykiwano roztwór koloidalnej siarki, podnoszący temperaturę do ponad 40 stopni C, a jednocześnie wywołujący makabryczne pragnienie i ból. Bukowski po latach wspominał, że aplikujący mu zastrzyki psychiatrzy o swoim miejscu pracy mówili pieszczotliwie "nasz mały Oświęcim". Jednak pomimo usilnych starań nie udało się im wyleczyć pacjenta z awersji do komunizmu. Trzydzieści lat później, jako znany dysydent, Bukowski próbował namówić prezydenta Rosji Borysa Jelcyna do osądzenia ideologii komunistycznej oraz zbrodniarzy, którzy w jej imieniu zamordowali nieprzebrane rzesze ludzi (w "Czarnej Księdze komunizmu" liczbę ofiar na całym świecie oszacowano na 94 mln). Nic nie uzyskał, poza dostępem do kremlowskich archiwów, co można uznać niemal za cud, bo po krótkiej odwilży znów zostały zamknięte na głucho. Dokumenty, jakie wyszarpał wówczas Bukowski, ułożył w książkę pt. "Moskiewski proces. Dysydent w archiwach Kremla", która w jego zamyśle miała stanowić wstępny zalążek aktu oskarżenia. Tyle tylko, że pod koniec lat 90. ubiegłego stulecia mało komu chciało się dochodzić sprawiedliwości w imieniu ofiar. Nie paliły się do tego nawet kraje dawnego Bloku Wschodniego, gdzie dawna opozycja oraz postkomunistyczne elity płynnie przeszły do demokracji i wymieniały się przy sprawowaniu władzy.

Bukowski nie potrafił zrozumieć, ani tym bardziej zaakceptować, tego stanu rzeczy. Najbardziej zaś ciążyło mu, że komunizm na Zachodzie jest ideologią, która nie spotyka się z powszechnym odrzuceniem i potępieniem, jak to ma miejsce w przypadku faszyzmu oraz nazizmu. Przecież umieranie niewinnych ludzi w Auschwitz od umierania niewinnych ludzi w gułagu na Wyspach Sołowieckich różniło się głównie szczegółami technicznymi. W jednym i drugim miejscu kaźni oprawcy byli tak samo bezlitośni. Tymczasem nazistów spotkał proces w Norymberdze. Chcąc wymierzyć sprawiedliwość zbrodniarzom, a jednocześnie nie łamać prawa (w zachodni jego rozumieniu), musiano przeprowadzić gigantyczny wysiłek intelektualny. Sądzono bowiem urzędników oraz oficerów III Rzeszy, wykonujących zapisy dekretów i ustaw, jakie przyjęło ich suwerenne państwo. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze odwołał się jednak do prawniczej myśli nota bene niemieckiego prawnika Gustawa Radbrucha, który twierdził, że prawo krańcowo niesprawiedliwe nie jest prawem (lex iniustissima non est lex). Odwołano się też do prawa naturalnego i wywiedzionego z niego definicji ludobójstwa, jaką stworzył, pochodzący z Polski, żydowski prawnik Rafał Lemkin. Ostatecznie trybunał orzekał wedle jasnego kryterium, mówiącego, że wśród ludzi niedotkniętych chorobą psychiczną, naturalną umiejętnością jest rozróżnianie miedzy dobrem i złem. Ci czyniący zło zawsze mieli tego świadomość. To wystarczyło, by prawomocnym wyrokiem wysłać na szubienicę choćby ministra spraw zagranicznych III Rzeszy Joachima von Ribbentropa, czy ministra spraw wewnętrznych Wilhelm Fricka, mimo iż osobiście nikogo nie zabili.

Bardzo wiele mówiący jest fakt, że na podobny wysiłek w wymierzaniu sprawiedliwości nie zdobył się Zachód ćwierć wieku wcześniej po I wojnie światowej. Na Malcie osądzono wówczas 145 tureckich polityków, generałów i wysokiej rangi urzędników kierujących wymordowaniem miliona Ormian. Po trzech latach obradowania aliancki sąd nie znalazł podstaw prawnych do wydania wyroków skazujących i wszystkich odpowiedzialnych za ludobójstwo zwolniono. Drobna różnica między Norymbergą a procesem na Malcie polegała na tym, że Ormian zabijano gdzieś daleko w Azji - Turcja budziła pogardę, pomieszaną z politowaniem, a nie chęć rewanżu. Pod wzniosłymi hasłami oraz ideami kryje się bowiem bardzo pragmatyczna prawda. Fakty, że III Rzesza pobiła i upokorzyła Francję, bombardowała miasta w Anglii, wypowiedziała wojnę Stanom Zjednoczonym (Hitler musiał tego dnia być bardziej szalony niż zwykle), podziałały bardzo motywująco do tego, żeby jej przywódcom wymierzyć sprawiedliwość. Natomiast z ofiarami komunizmu jest jak z Ormianami. Zimna wojna ze Związkiem Radzieckim w sumie nie kosztowała Zachodu zbyt wiele. Sporo strachu i trochę poległych żołnierzy w lokalnych konfliktach w Trzecim Świecie. Potępia się więc komunistyczne ludobójstwo i uznaje, iż nic ponad to nie jest konieczne. Zresztą przecież nawet same kraje Europy Środkowej, gdy komuniści oddali władzę, z wielkim ociąganiem przystąpiły do osądzania winnych zbrodni. W Polsce główny autor stanu wojennego, a wcześniej współodpowiedzialny za masakrę robotników w 1970 r. na Wybrzeżu generał Jaruzelski cieszył się wygodną starością i został pogrzebany z honorami. Trudno więc mieć pretensje do Zachodu.

Jednak Norymberga i późniejsze procesy zbrodniarzy były dla Europy, niczym szczepionka przeciwko faszyzmowi i nazizmowi. Fundamenty tych ideologii, jak pochwała dla przemocy i ekspansji kosztem słabszych, teorie rasowe, eugenika, antysemityzm, nietolerancja wobec inności, zostały zepchnięte na zupełny margines społeczeństw. Ilekroć usiłują z niego się wydostać następuje reakcja obronna demokratycznych państw. Marksizm też opiera się na gloryfikacji przemocy, jednak wybiera sobie innych wrogów oraz inaczej definiuje w imię czego należy ich eliminować. Naziści, by stworzyć nowego człowieka planowali „oczyścić” społeczeństwo z Żydów, homoseksualistów, osób ułomnych fizycznie i chorych umysłowo. Komuniści uderzali w tych, którzy posiadali więcej niż reszta, jednostki kreatywne oraz nazbyt krytyczne wobec władzy, nie tolerowali indywidualistów, ani też osób religijnych. Nazizm zabijał w imię rasowej czystości, komunizm w imię postępu i nauki, choć nie przyjmował do wiadomość żadnych empirycznych dowodów, jeśli były sprzeczne z ideologią. Przeciw ideom, z powodu których na wschód o Łaby zamordowano dziesiątki milionów ludzi, Zachód nie został zaszczepiony.

Na pierwszy rzut oka to dla Polski trzeciorzędny problem. Niestety podobnie można było myśleć, gdy niemieccy, angielscy, francuscy i włoscy filozofowie oraz intelektualiści spisywali idee, jakie złączone ze sobą dały początek: komunizmu, faszyzmu i nazizmu. Co to oznacza Polacy poczuli na własnej skórze, kiedy przez nasze ziemie przetaczały się kolejne armie, wykonujące rozkazy wyznających szalone ideologie tyranów.
Władimir Bukowski nim zmarł półtora miesiąca temu, spisał swoją ostatnią wolę. Zawarł w niej to, czemu poświecił większość dorosłego życia, a mianowicie ideę osądzenia komunizmu przed międzynarodowym trybunałem. Jak to z ideami bywa - tę podchwyciła na początek niezbyt liczna grupa ludzi wierzących, że Zachodowi niezbędna jest nowa szczepionka dla dobra kolejnych pokoleń. Od niedawna organizują zbiórkę podpisów pod petycją https://nuremberg.vladimirbukovsky.com/. Na razie z marnym efektem, lecz wiadomo – idee są jak wirusy.