Niezależnie na ile prezydent Rosji będzie korzystał z ich pomysłów, jednego możemy być pewni - szykuje się arcyciekawa rozgrywka prowadzona kosztem Polski.

Reklama

W połowie tego tygodnia „The Sunday Times” doniósł, że miesiąc temu spotkała się grupa pracujących dla Kremla naukowców, by opracować plan, jak uczynić z Polski „głównego kozła ofiarnego” w sporach, toczących się na temat przeszłości. Jednocześnie brytyjska gazeta dość pobieżnie streściła główne tezy nowej rosyjskiej polityki historycznej, jakie sformułowano podczas narady. Cała rzecz brzmiała niczym wyjęta ze sprokurowanych na początku XX w. przez carską Ochranę „Protokołów mędrców Syjonu”. Jednak życie lubi zaskakiwać i przerastać wyobraźnię.

Wspomniana narada nie odbyła się w tajemnicy, lecz stanowiła rzeczową dyskusję bardzo wpływowych osób. Co najważniejsze - z jej treścią może zapoznać się każdy, kto zada sobie odrobinę trudu i zdobędzie najnowszy egzemplarz specjalistycznego czasopisma: „Россия в глобальной политике” (за 2020 год) lub po prostu użyje Internetu i wejdzie pod adres: https://globalaffairs.ru/.

Jednak łatwość zapoznania się z procesem formułowania nowej strategii Kremla jedynie potęguje zaskoczenie. Oto bowiem mamy do czynienia z grupą wysokiej klasy fachowców bardzo otwarcie wymieniających się pomysłami, jak manipulować przeszłością i teraźniejszością. Wszystko w imię imperialnych interesów Moskwy. Moderujący dyskusję szef Rady ds. Polityki Zagranicznej i Obronnej, bezpośrednio usytuowanej przy prezydencie Rosji, Fiodor Łukjanow, na jej wstępie podkreślił, jak ważną rolę w bieżącej polityce zagranicznej pełni pamięć o przeszłości. Następnie poinformował zebranych, iż spotkali się ponieważ: „Prezydent (Putin – przyp. aut.) kilkukrotnie wyraźnie wypowiedział się na temat rewidowania historii II wojny światowej, szczególnie zwracając uwagę na paskudną (неприглядную) rolę Polski”. Łukjanow nie ukrywał też, iż jego pryncypała bardzo zaniepokoiła: „wrześniowa rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie 80. rocznicy wybuchu wojny, w której ZSRR jest oficjalnie nazywany winowajcą wraz z Niemcami”.

Ten fakt został uznany na Kremlu za klęskę i ostatni dzwonek alarmowy, po którym Rosja musi przystąpić do kontrofensywy historycznej na wszystkich frontach. Po tym zagajeniu do wyliczania porażek dołączył członek Rady Publicznej w Federalnej Agencji ds. Narodowości dr Aleksiej Miller, (nota bene wykładowca na Uniwersytecie Europejskim w Petersburgu oraz Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie).

W jego opinii wielkim sukcesem Polaków było wypromowanie osoby rotmistrza Witolda Pileckiego, „którego teraz będą upamiętniać, jako wcielenie europejskiego podejścia”. Jak spostrzegł dr Miller fakty, że Pilecki celowo trafił do Auschwitz, brał udział w Powstaniu Warszawskim, zalazł się w niemieckiej niewoli, po czym po wojnie „powrócił jako agent rządu Londyńskiego do komunistycznej Polski, gdzie został wkrótce aresztowany i rozstrzelany”, sprawiały, iż jest on: „idealną figurą Polaka – ofiary dwóch totalitaryzmów”. Tymczasem utrwalenie się na świecie przekonania, ze totalitaryzm sowiecki nie różnił się od nazistowskiego w III Rzeszy oraz tego, że oba współpracowały ze sobą, będzie klęską polityki historycznej Kremla.

„My nie rozumiemy, jak mamy walczyć, kim są nasi potencjalni sojusznicy, kto jest zagorzałym wrogiem” – wręcz biadał Aleksiej Miller. Po czym postawił jasną tezę: „Jeden sojusznik jest oczywista. W styczniu Putin jedzie do Izraela – tam odsłonięty będzie pomnik ofiar blokady (Leningradu – przyp. aut.). Jest to bardzo ważny krok, bo блокадники („blokadowcy” - ludzie, którzy zginęli podczas oblężenia Leningradu przez Niemców – przyp. aut.) są umieszczani na jednym cokole z ofiarami holokaustu”.

Reklama

Tę opinię w pełni poparł członek Rady ds. Polityki Zagranicznej i Obronnej Dmitrij Efremienko (nota bene socjolog z bardzo dużym dorobkiem naukowym, który wykładał m.in. na Uniwersytecie Cambridge i Uniwersytecie Liaoning). Jak mówił głównym partnerem oraz sojusznikiem Rosji w tworzeniu narracji historycznej powinien zostać: „Izrael i światowe żydostwo”. Rozwijając myśl Miller podkreślał, że Rosja musi: „skupić się na odróżnieniu ideologii nazizmu od komunizmu. W tej ostatniej przynajmniej nie ma antysemityzmu”. Główna zaś treść przekazu powinna dotyczyć: „roli Armii Czerwonej w ratowaniu tej części europejskich Żydów, która nie została zniszczona przez nazistów do wiosny 1945 r., ale na pewno znajdowała się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, gdyby II wojna światowa w Europie trwała jeszcze kilka miesięcy”. Tezy te bez zastrzeżeń poparli inni uczestnicy dyskusji.

„Nasz główny sojusznik – tak, to Izrael. Zgadzam się, temat trzeba rozwijać: Żydzi w Armii Czerwonej, i tak dalej” – mówił wykładowca Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego (MGU), Fiodor Gajda. Przy tej okazji przyszedł mu nawet do głowy interesujący pomysł: „Na Ukrainie jest święto państwowe – Dzień Obrońcy Ukrainy, data utworzenia Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), który obchodzony jest 14 października (…) w tym samym dniu doszło do buntu w obozie zagłady w Sobiborze. Należy świętować rocznicę na szczeblu ogólnokrajowym w ten sam dzień!” – podkreślał. Zdaniem Fiodora Gajdy Rosja musi też nieustannie przypominać Zachodowi o autorytarnych dyktaturach w przedwojennej Europie Środkowej i „ich roli w destabilizacji regionu”, ze szczególnym udziałem Polski. „W czym Piłsudski był lepszy od Mussoliniego?” – pytał retorycznie Gajda. Dlatego też „Stalin był zmuszony bronić interesów narodowych” - podkreślał.

Ogólnie z debaty wyłania się obraz narracji historycznej, w której Polska była współwinna wybuchu II wojny światowej oraz holocaustu. Natomiast Armia Czerwona pokonała nazistowską III Rzeszę i przyniosła Żydom ratunek.

Jednak, jak podkreślał uparcie Dmitrij Efremienko, Rosja musi poza Izraelem szukać też innych sojuszników. Dobrze może rokować m.in.: „część europejskich krajów, szczególnie w Europie Południowej, gdzie lewicowe, komunistyczne siły były i pozostają wpływowe” - twierdził. Podobnie interesujących wątków i pomysłów zaserwowano podczas debaty dużo więcej. Włącznie z bardzo egzotyczną (z polskiej perspektywy) ideą zawiązania bliskiej współpracy przy promowaniu rosyjskiej polityki historycznej z …Chinami.

W podsumowania Aleksiej Miller stwierdził, że rok 2020 daje szansę na punkt zwrotny w wojnie o pamięć i może przynieść odwrócenie bardzo niebezpiecznego dla Rosji trendu. „Zaczyna się on od werbli przy wizycie (Putina – przyp. aut.) w Izraelu, potem Zwycięstwo (rocznica zakończenia II wojny światowej – przyp. aut.) z już potwierdzonymi wizytami światowych liderów, 75 lat ONZ” – wyliczał. Każda z tych imprez stwarza możność promowania rosyjskiej narracji, tylko należy prowadzić ją jak najzręczniej. „Jeszcze raz powtarzam, potrzebna jest pozytywna agenda, pozytywna narracja. Negatywną zostawić dla organizacji pozarządowych - mamy dość struktur, trzeba skutecznie ich używać”- apeluje do reszty rozmówców Miller. Ci przyznają mu rację.

Tak oto w wielkim skrócie prezentowała się pod koniec 2019 r. dyskusja naukowców doradzających Władimirowi Putinowi, jak Rosja powinna prowadzić swoją politykę historyczną. W opinii tuzów nauki Polska – jak to bez owijania w bawełnę ujął Fiodor Gajda – „okazuje się naszym głównym kozłem ofiarnym”. Dodając znacząco: „Jeśli my i europejscy biurokraci musimy znaleźć wspólnego wroga, Polska prawdopodobnie będzie pierwszym kandydatem”.

Takie zdanie kogoś, kto bywa na Kremlu powinno wywoływać nad Wisłą co najmniej nieprzyjemne dreszcze. Zwłaszcza po przypomnieniu sobie, jak to w przeszłości bywało. Jednak dreszcze nam szczęśliwie nie grożą, bo państwo polskie zadaje się pogrążać w coraz większym chaosie i z racji zaabsorbowania tymże chaosem inne problemy schodzą na dalszy plan. Poza tym dobrego imienia III RP strzeże Polska Fundacja Narodowa, która już nieraz udowodniła, że każdego wroga potrafi powalić na łopatki jednym, dowcipnym twittem. Najlepiej takim z serii: „pisze Stalina do Hitler, a ten mu odpisuje”.