Epidemia koronawirusa sprawiła, że od miesiąca żyjemy w innej rzeczywistości i codzienności, jaką znaliśmy do tej pory. Dla osób wierzących, które praktykują to także nowa sytuacja. Dajemy sobie z nią radę?

Reklama

Mam różne przemyślenia na temat tego, co dzieje się wokół nas. Codziennie są inne, nowe. Obserwuję tę naszą rzeczywistość i widzę, że bardzo dynamicznie się zmienia. Coraz częściej poruszamy się pomiędzy skrajnościami.

Co ksiądz ma na myśli?

Myślę sobie, że to radzenie sobie z nową sytuacją, również dotyczącą życia religijnego, opiera się na dwóch odległych od siebie biegunach. Zwłaszcza, jeśli chodzi o ograniczenie uczestnictwa w nabożeństwach. Nie brakuje kłótni, obrażania siebie nawzajem w mediach społecznościowych, czy komentarzach pod tekstami, które tego dotyczą. Wiele osób ma za złe to, że w kościele podczas mszy może obecnie uczestniczyć tylko pięć osób, a w sklepach podczas zakupów trzy razy więcej, niż jest kas. Inni uważają, że to obostrzenie powinno być wprowadzone dużo wcześniej. Te dyskusje trwają, trwać będą i nic z tym nie zrobimy. Myślę sobie, że dopiero, gdy skończy się epidemia, będzie czas na ocenę, czy to były dobre decyzje, czy można było podjąć lepsze.

A według księdza to ograniczenie uczestnictwa w nabożeństwach do pięciu osób jest dobre?

Tak, to słuszna decyzja. Kontakt wiernych ze sobą nawzajem, czy z księżmi w trakcie Eucharystii, jest dosyć długi. Pojawia się dodatkowy, bliski element, jakim jest przyjmowanie Komunii Świętej. Gdyby się okazało, że ktoś obok nas, czy ksiądz, który nam tej Komunii udziela jest zakażony wirusem, to przecież może potencjalnie zarazić wiele osób, w tym wiele osób starszych. Ograniczenie tej liczby osób jest ograniczeniem ryzyka i jest wyrazem miłości bliźniego. Z drugiej strony mam przekonanie, że ograniczenia w handlu są zbyt małe i nieproporcjonalne do ograniczeń postawionych kościołom i związkom wyznaniowym.

To pozostanie w domu jest jednak wyzwaniem. Nie każdemu jest się łatwo do niego zastosować i nie pójść do kościoła.

Myślę sobie, że ta nowa kościelna rzeczywistość i codzienność, jest sprawdzianem naszej przynależności do Kościoła. Warto sobie zadać pytanie, co wynika z naszej wiary, posłuszeństwa wobec tych ograniczeń, decyzji podjętych przez biskupów. Ksiądz Krzysztof Kralka, Pallotyn, powiedział takie mądre słowa, że jeśli ktoś z katolików podważa decyzję Papieża, czy biskupów mówiąc o tym otwarcie, to dopuścił się schizmy już w sercu. Nie czas, więc na to by prowadzić kłótnie na szerszą skalę, czy to były decyzje dobre, czy złe. Najważniejsze jest to, byśmy ten sprawdzian przeszli. Kierowali się w tym, co robimy miłością do drugiego człowieka. Z tego powodu, że nie pojawimy się na tej mszy świętej w niedzielę, gdy mamy dyspensę, nie musimy się bać, że Bóg będzie na nas obrażony. Obok miłości do niego, ważna jest miłość do bliźniego. To najważniejsze przykazanie. Kierowanie się, więc postanowieniami, czy decyzjami, respektowanie ich, powinno mieć drugie dno, którym jest właśnie miłość do drugiego człowieka. W tej sytuacji chodzi o to, by nie narażać go na utratę zdrowia i życia. To taki nasz egzamin z człowieczeństwa. Pozbycie się egoizmu, zrozumienie tej trudnej sytuacji i pomoc sobie nawzajem w postaci właśnie pozostania w domu.

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać.

Oczywiście. Sam ostatnio słyszałem o kuriozalnej sytuacji.

Jakiej?

Rozmawiałem ostatnio z moją mamą. Opowiadała mi, że podczas wieczornej adoracji Najświętszego Sakramentu pięć osób, którym jako pierwszym udało się wejść do kościoła, zajęło go na ponad godzinę. Inni chętni stali na zewnątrz i czekali aż ktoś z tej piątki wreszcie wyjdzie. Ta miłość do bliźniego polega również na tym, że dzielimy się tym czasem. Wchodzę, modlę się dziesięć minut, wychodzę i robię miejsce kolejnej osobie. Nie ma co w tym czasie robić się najświętszym i najdłużej rozmodlonym katolikiem w parafii. Ten czas jest też takim sprawdzianem, czy widzę tylko swój czubek nosa, czy też widzę drugiego człowieka. W tym całym dramacie naprawdę bardzo prosto jest zobaczyć, kto ma ludzie odruchy, a kto nie.

Nazwał ksiądz obecną sytuację dramatem. Jak się tego, co nas teraz spotyka, nie bać? Jak opanować strach i lęk?

Nie wiem, czy się da nie bać. Byłbym wariatem, gdybym chciał teraz przepchnąć tezę, że nie ma się co bać. Ojciec Święty w momencie modlitwy za cały świat, gdy stał samotnie w strugach deszczu na Placu Świętego Piotra, przytoczył ewangelię o burzy na jeziorze i wystraszonych tą sytuacją apostołach. Papież mówił, że tak jest z nami teraz. Po ludzku nie da się nie bać. Jeżeli ktoś mówi, że się nie boi, to kłamie albo ma zaburzony zmysł strachu. Innym z kolei strachem jest ten ludzki, związany z lękiem przed chorobą, krzywdą, czy śmiercią. Tych obaw też ciężko jest się nam pozbyć. I wcale się temu nie dziwię. Jedyne, co możemy zrobić w tej sytuacji, a może i w obydwu, to spróbować uzyskać spokój wewnętrzny. Spokój, który będzie niwelował ludzki strach. Ten, który mamy w sercu. Można to zrobić modlitwą, rozważaniem Pisma Świętego. Dziś bardzo popularną formą radzenia sobie ze stresem, czy lękiem jest medytacja. Modlitwa też może nią być i jest! W ewangelii, do której nawiązywał Papież, Jezus uspokaja burzę i uzdrawia z tego lęku apostołów. Podobnie nasza modlitwa może wprowadzić spokój, który zniweluje nasz strach. Inicjatyw, które nam w tym mogą pomóc jest mnóstwo – transmisje on-line, portale społecznościowe, kanały na YouTubie.

Reklama

Wielu osobom pewnie to nie wystarczy. Brakuje im pójścia na mszę. Rozmawiałam ostatnią z jedną z sąsiadek. Miała łzy w oczach, gdy mówiła o tym, że nie może pójść na mszę, że ta w telewizji to nie to samo.

Myślę sobie, że ta nasza obecna rzeczywistość to dla nas możliwość doświadczenia tego cierpienia, które mają inni na co dzień. Mam na myśli te rejony, gdzie brakuje księdza, gdzie przyjeżdża on raz w miesiącu. Jeden z moich współbraci obsługuje siedem parafii we Francji i odprawia mszę w każdej z nich raz na 1,5 miesiąca. Mieliśmy do tej pory rarytas w postaci mszy, ilu się tylko chciało. Człowiek mógł wybierać godziny, a w większych miastach także kościoły, do których chciał pójść. Ten czas epidemii to moment, gdy nie mamy dostępu nie tylko do kościoła, ale sakramentów, z których biskupi nas zwalniają. Myślę sobie, że to może być dla nas ciekawe doświadczenie. Każdy z nas może to przekuć w pozytyw. Dzięki tej sytuacji możemy odkryć, jakim darem jest dla nas uczestnictwo we mszy świętej, właśnie wtedy, gdy nagle namacalnie jej nam zabrakło. Możemy doświadczyć co znaczy ten brak Eucharystii czy spowiedzi. Docenić to, czego nam w tej chwili brakuje. Gdy za sprawą synodu biskupów Amazonii pojawił się pomysł by zezwolić na przyjmowanie święceń przez żonatych, dojrzałych mężczyzn, to w Polsce zawrzało. Było mi przykro, gdy rozgorzały dyskusje o tym, że Franciszek chce znosić celibat. Myślę sobie, że wtedy łatwo nam było to krytykować z polskiej perspektywy, gdzie nie wiedzieliśmy czym jest brak Eucharystii. A dziś? Dziś już wiemy i mam nadzieję, że to doświadczenie nauczy nas pokory. Pokaże, że ten brak może być dotkliwy, a są miejsca, gdzie taka sytuacja ma miejsce stale.

Modlitwa on-line ma sens? Może nam pomóc w wypełnieniu tego braku mszy w tzw. realu?

Od dziesięciu lat widzę ogromną potrzebę rozwijania tej formy ewangelizacji. Dlatego powstało profeto.pl. Myślę sobie, że ta forma była już bardzo mocno obecna w Polsce wcześniej, zanim nastąpił czas epidemii i gdy dziś większość praktykujących osób od kilku tygodni modli się w ten sposób. Nie jest to na pewno słabsza forma modlitwy niż ta na żywo, w kościele. Jest po prostu inną, odmienną i bezpieczną na ten czas opcją. Uważam, że to może być kapitalna droga do rozwoju duchowego. Taki przedsionek ewangelizacji. Kiedy nie ma fizycznej możliwości tworzenia duchowej wspólnoty, trzeba się cieszyć z tego, co jest dostępne, a internet daje ogromne możliwości. Każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Ojciec Adam Szustak, dominikanin, jest pierwszą ligą, jeśli chodzi o ewangelizację w sieci. Od lat ma najwięcej tych osób, które podróżują z nim duchowo. Dzięki jego nauczaniu mnóstwo osób obudziło się z tego letargu wiary. Ale myślę sobie, że nie trzeba mieć stu tysięcy followersów, by działać w sieci. Nawet, jeśli jest to tylko 40 moich parafian to też warto w tym zwłaszcza przedświątecznym czasie być z nimi w wirtualnym kontakcie, a może nawet i po tym, jak już epidemia ustanie.

Czy ta wspólna modlitwa w domu może też nas zbliżyć rodzinnie? Wprowadzić w nasze życie nowe nawyki?

To byłoby piękne, gdyby ta cała trudna dla nas sytuacja sprawiła, że odkryjemy siłę i piękno wspólnej domowej modlitwy. Gdybyśmy na nowo na nią spojrzeli i podtrzymali po czasie kryzysu. Tu znowu odwołam się do mocnych słów wypowiedzianych przez papieża Franciszka na Placu Świętego Piotra. Mówił o tym, że żyjąc w chorym świecie pędu, gdzie nie potrafimy się zatrzymać, zobaczyć drugiego człowieka, gdzie robiliśmy wiele rzeczy z automatu, myśleliśmy że zawsze pozostaniemy zdrowi, umknęło nam to, iż nie tylko ten świat zniszczyliśmy, ale też sami zaczęliśmy chorować. Potrzebny był nam wstrząs. Jeżeli teraz rozwinie się nasza modlitwa, nasz domowy kościół, to będzie to i nie boję się tego stwierdzenia – doskonały owoc tego dramatu.

Co księdza w tym czasie pozytywnie zaskakuje?

Solidarność ludzka. Pomoc sobie nawzajem. Mamy taką narodową cechę, która odżywa w trudnych sytuacjach. Dwa tygodnie temu byłem w Stanach Zjednoczonych, gdzie głosiłem rekolekcje. Epidemia nie postępowała jeszcze wtedy tak szybko, ale widziałem już pustoszejące półki w sklepach i ogromną niezależność ludzi. To kraj wielu kultur, ludzi z różnych stron świata. Myślę, że skupionych bardziej na swoim ogródku niż my Polacy. Ten nasz słowiański zew, taka życzliwość dla siebie, gdy przychodzi kryzys od razu odżywa, wręcz w niektórych przypadkach wybucha. Choć przez ostatnie lata o życzliwość często było bardzo ciężko. Skakaliśmy sobie do gardeł, z pazurami z różnych politycznych, społecznych, czy też religijnych powodów. Cieszę się, że ta życzliwość się w nas obudziła. Czy z nami zostanie? Nie wiem, ale mam nadzieję.

Za chwilę Wielkanoc. Co w tym czasie zrobić ze spowiedzią? Dlaczego nie można tego zrobić przez telefon czy komunikator?

Czas Wielkanocny trwać będzie w tym roku aż do Niedzieli Trójcy Świętej, która wypada 7 czerwca i możliwość spowiedzi będzie w tym okresie po świętach i ustaniu epidemii. Jeżeli czujemy lęk i strach przed zakażeniem wirusem, nie musimy robić nic na siłę. Biskupi już udzielili nam dyspensy. Co do spowiedzi przez telefon - nie jest ona możliwa nawet w sytuacji zagrożenia życia. To jest związane z decyzjami papieża. W obecnej sytuacji, gdy zostajemy w domu, pomódlmy się, przeprośmy Boga za nasze grzechy, wzbudźmy sobie autentyczny i głęboki żal z powodu tego, że zawiedliśmy naszego Pana i drugiego człowieka. Poprośmy, by duchowo przyszedł do naszego serca, a gdy będzie to już możliwe i bezpieczne, wybierzmy się do konfesjonału.

W tym roku nie pójdziemy też do kościoła z tradycyjną święconką, nie poświęciliśmy tradycyjnej palmy.

Te zwyczaje są ważne, ale warto spojrzeć na to od drugiej strony. Owszem bez tej palemki czy koszyczka, jesteśmy ubożsi, jeśli chodzi o zwyczaje, ale za nimi kryje się coś ważniejszego. To tylko symbol, który zmusza nas do głębszej refleksji. Chodzi w tym wszystkim o to, byśmy się nie zatrzymali tylko i wyłącznie na tej święconce, byśmy nie „odbębnili” tej Wielkanocy, ale zrozumieli ideę wiary, jaką jest Zmartwychwstanie. Te dziwne święta znowu mogą stać się dla nas okazją do odkrycia tej tajemnicy wiary na nowo.

Biskupi zalecają, by samemu pobłogosławić pokarmy. Jak to zrobić?

Poprośmy w modlitwie żeby Bóg pobłogosławił to jedzenie, podziękujmy mu za to, co mamy. Prośmy by ci, którzy go nie mają, znaleźli pomoc dobrych ludzi, którzy im to jedzenie przyniosą.

MODLITWĘ DO POBŁOGOSŁAWIENIA ŚWIĘCONKI ZOBACZ TU>>>>

Kiedy to najlepiej zrobić?

Przy stole wielkanocnym, najlepiej przed samym śniadaniem. Można też tradycyjnie przygotować koszyk w Wielką Sobotę, zebrać rodzinę i odczytać fragment Ewangelii związany z męką Pana Jezusa. Jeśli mamy w domu wodę święconą z kolędy to możemy nią pokropić pokarmy.

Jakie zasady będą obowiązywały podczas Triduum Paschalnego?

Mamy przygotowane przez Stolicę Apostolską regulacje i decyzje poszczególnych biskupów w ich adaptacji dla konkretnych diecezji. Na pewno będą się one odbywać bez udziału wiernych. Nie pojawi się też np. obrzęd obmycia nóg podczas uroczystości Wielkiego Czwartku.

Co zdaniem księdza da nam ten czas? Jak przewartościuje nasze życie?

Na pewno obudzimy się w innym świecie, ale też w innym kościele. Jestem optymistą i mam nadzieję, że wyjdziemy z tego silniejsi jako społeczeństwo i jako wspólnota kościoła. Będziemy bardziej otwarci na Pana Boga i zobaczymy drugiego człowieka. Może być też scenariusz gorszy, czyli ten, w którym szybko wrócimy na stare tory. Będziemy powielać te same rzeczy, których w sytuacji kryzysu obiecaliśmy nie robić. Wszystko tak naprawdę zależy od nas samych, od każdego z nas i wysiłku, jaki w to włożymy. Warto zastanowić się, co widzimy jako piękne i dobre, co chcemy w sobie pielęgnować, gdy to wszystko się skończy. Mam wielką nadzieję, że wykorzystamy ten nasz potencjał, że ta zmiana na lepsze się dokona. Dlatego też nie chcę z tego mojego optymizmu w tej kwestii rezygnować.

Wrócimy do bliskości i ufności wobec drugiego człowieka?

To przez pewien czas będzie trudne. Będziemy się siebie bali. Gdy epidemia ustanie, gdy pojawi się szczepionka, te wydarzenia będą powoli usuwać nasze lęki, wrócimy do normalności. Tego wszystkim nam życzę. Nie wyobrażam sobie życia w takiej izolacji, unikania gestów serdeczności. To dla mnie niewyobrażalne żebyśmy stali się mumiami, które tego nie potrafią, nie wyrażają swoich uczuć.

A co dla księdza jest trudne?

Moją codziennością jest głoszenie rekolekcji. Tego mi teraz bardzo brakuje. Jak już wspomniałem głosiłem je w Stanach Zjednoczonych dla Polonii, ale musiałem wyjechać po pierwszej serii. Wielki Post, w którym zawsze się tak wiele działo, jeśli chodzi o głoszenie Słowa Bożego, spowiedzi, nawróceń ludzi, którzy po latach wracali do kościoła, nagle stał się inny, bez osobistego kontaktu z wiernymi. Liczę na to, że to się szybko skończy i będę mógł znowu czerpać radość z tych spotkań. To moje powołanie. Na szczęście w tym powołaniu pomaga internet, więc korzystam jak mogę.

Jest ksiądz świadkiem nawróceń podczas tych rekolekcji i modlitw on-line?

Mam mnóstwo sygnałów w postaci komentarzy pod nagraniami. Kiedy zaczynaliśmy je nagrywać, byłem przekonany, że będą tylko takim internetowym zaproszeniem, albo wykładem z racji obecnej sytuacji. Tymczasem wiele z tych osób, które to oglądają pisze, że to czego doświadczyli w tym kryzysowym czasie i podczas tych naszych spotkań, będą chcieli zrealizować, gdy tylko skończy się epidemia. Wielu pisze, że pójdzie do spowiedzi, przyjmie komunię. To pokazuje, że dzięki Bogu owocność tego czasu jest naprawdę duża. Mam nadzieję, że większość tych osób w tym postanowieniu wytrwa.

To, o czym pamiętać przede wszystkim w te święta?

Skoncentrujmy oczy na Zmartwychwstałym i tych słowach Jezusa: „Kto wierzy we mnie. Nie umrze na wieki”. Potraktujmy je dosłownie.

Ksiądz Michał Olszewski pochodzi z Laskowej, góralskiej miejscowości niedaleko Limanowej. Jako młody chłopak trenował wyczynowo sztuki walki, był nawet w kadrze narodowej. Miał razem z ojcem prowadzić rodzinną firmę budowlaną, miał samochód, mieszkanie, dziewczynę, z którą miał się ożenić, aż… przyszło powołanie. Pierwszy rok kapłaństwa spędził w parafii Najświętszego Serca Jezusowego w Krakowie. Dziś pracuje w Stopnicy, nieopodal Buska-Zdroju, w Nowicjacie Księży Sercanów. Przez kilka lat był egzorcystą diecezji kieleckiej, wówczas najmłodszym w Polsce. Dziś nie posługuje już egzorcyzmem, ale jest znany z posługi charyzmatem uzdrowienia. Na prowadzone przez niego nabożeństwa przybywają wierni z całej Polski. W swojej książce „Jezus chodzi po Krakowie” opisuje cuda, jakich doświadczył w pierwszym roku kapłaństwa. Są tam świadectwa wielu cudownych uzdrowień czy potwierdzonych medycznie przypadków całkowitego wyzdrowienia.