Tempo, z jakim rząd Donalda Tuska zmienia politykę wobec Rosji, zaskoczyło nawet największych entuzjastów porozumienia z Moskwą. W ciągu kilkunastu dni mieliśmy już deklarację premiera o podjęciu rozmów z Rosjanami o budowie amerykańskiej bazy tarczy antyrakietowej, zielone światło dla rozpoczęcia przez Rosję starań o przystąpienie do OECD, wstępną zapowiedź wizyty premiera w Moskwie, sygnały o zaakceptowaniu warunków Kremla dla zniesienia embarga na polską żywność i zgodę na udział rosyjskich koncernów w prywatyzacji polskiej energetyki.

Ta seria pozytywnych sygnałów wobec wschodniego sąsiada zbiegła się z rażącym finałem kampanii do wyborów parlamentarnych w Rosji. Brutalne rozpędzenie manifestantów i aresztowania nawet najbardziej znanych działaczy opozycji po raz kolejny pokazały prawdziwy charakter reżimu Władimira Putina: autorytarny, antydemokratyczny, niedbający o respektowanie podstawowych praw człowieka. Mimo to Tusk zdecydował się na gwałtowną zmianę polityki wobec Rosji, bo taka była jedna z najważniejszych obietnic kampanii Platformy Obywatelskiej. Premier chce wykorzystać falę entuzjazmu w kraju i za granicą po zwycięskich wyborach, aby szybko odnieść spektakularny sukces w polityce zagranicznej.

Można jednak odnieść wrażenie, że nowa polityka wschodnia jest chaotyczną serią pojedynczych gestów, a nie realizacją długofalowej strategii. Kreml na razie nie odwdzięczył się przecież żadnym znaczącymu ustępstwem wobec Polski. Przeciwnie: w miniony piątek prezydent Putin wypowiedział umowę o rozbrojeniu konwencjonalnym w Europie, co może doprowadzić do przesunięcia znaczących oddziałów rosyjskich blisko naszych granic.

Polityka wschodnia Tuska to jednak nie słomiany ogień, który wkrótce się wypali, odsłaniając naiwność jej promotorów i pozostawiając gorycz porażki. Chodzi raczej o przełomową zmianę podejścia do Rosji, która odtąd będzie trwałym elementem polskiej polityki zagranicznej.

Przez to samo przechodziło już wiele innych krajów zachodniej Europy. Niemcy są tu najbardziej znaczącym przykładem. Zajęło im około jednego pokolenia, aby zrozumieć, że idealizm i twarde trzymanie się wartości jest w stosunkach z Rosją zwyczajnie nieskuteczne.

Związek Radziecki przełomu lat 60. i 70. jeszcze mniej zachęcał do wylansowania Ostpolitik przez Willy’ego Brandta niż dzisiejsza Rosja Putina. Po drugiej stronie berlińskiego muru stały rosyjskie czołgi, Moskwa domagała się trwałego uznania podziału Niemiec, a totalitarny reżim nie pozwalał w ZSRR na najmniejsze przejawy wolności. Mimo to niemiecka SPD zdecydowała się na otwarcie wobec Moskwy, bo dotychczasowa polityka nie przybliżyła ani zjednoczenia Niemiec, ani upadku komunizmu.

Ryzykowna wówczas decyzja wydaje się z perspektywy blisko 40 lat trafna. Nawiązanie kontaktów między blokiem wschodnim a krajami zachodniej Europy stopniowo doprowadziło do rozmiękczenia sowieckiego imperium. Polacy, Węgrzy czy Niemcy Wchodni po raz pierwszy mogli się przekonać, jaka przepaść dzieli ich kraje od rozwiniętych państw po drugiej stronie żelaznej kurtyny. To był początek wątpliwości, a potem otwartego buntu, który w końcu doprowadził do rozpadu komunistycznej dyktatury. Autorzy Ostpolitik nie kierowali się jednak tylko tak odległą wizją. Przynajmniej równie ważne były dla nich bieżące korzyści gospodarcze, jak choćby otwarcie nowych rynków eksportowych.

Dziś nowy polski rząd przyjął podobne rozumowanie. To bolesny, nawet wstydliwy proces, o którego konsekwencjach ekipa Tuska nie chce zbyt otwarcie mówić. W końcu chodzi o porzucenie idealistycznej, pryncypialnej linii, zgodnie z którą Rosja powinna traktować Polskę jak kraj równy sobie, a za łamanie demokracji i praw człowieka musi być ukarana. W zamian mają się teraz liczyć przyziemne efekty: możliwość eksportu naszych produktów na wschód, przyciągnięcie rosyjskich inwestycji.

Jednak decyzję o tym, jak postępować z Rosją, de facto zachodnie mocarstwa podjęły za Polskę już na początku lat 90. To wtedy największe kraje Unii, ale także Stany Zjednoczone, zrobiły niewiele, by podtrzymać demokratyczny eksperyment wylansowany przez Borysa Jelcyna. Gdy zaś siedem lat temu Władimir Putin zaczął kłaść podwaliny pod swój autorytarny reżim, Bruksela i Waszyngton nie zdobyły się na żadną poważną reakcję. Chyba najbardziej spektakularnym tego dowodem jest zainicjowany przez kanclerza Gerharda Schroedera projekt budowy gazociągu pod Bałtykiem, który kontynuuje jego następczyni.

W tej sytuacji wybór, przed jakim stanął Tusk, to nie tyle prowadzenie wobec Rosji polityki idealistycznej czy cynicznej, ile skutecznej czy nieskutecznej. Tak jak 40 lat temu Niemcy przekonały się, że ich strategia izolacji Moskwy nie doprowadziła do niczego, tak i dziś taki sam wniosek narzuca się polskim władzom. Osamotniona Polska, kraj średnich rozmiarów, nie może zmusić Rosji do ustępstw. A wykluczając samą siebie z rozmów między Zachodem i Moskwą, narazi na szwank własne interesy.

Jednym z przykładów ryzyka takiej strategii była odmowa podjęcia rozmów z Rosjanami o budowie tarczy antyrakietowej. Dziś w znaczym stopniu z tego powodu stosunki polsko-rosyjskie są bardzo napięte, a wciąż nie wiadomo, czy Amerykanie w ogóle zdecydują się na taką inwestycję. Waszyngton do tej pory nie zgodził się także na przekazanie Polsce systemów obrony przeciwlotniczej Patriot mimo wielokrotnych gróźb rosyjskich generałów wycelowania w nasz kraj nowych rakiet za zgodę na budowę amerykańskiej bazy.

O tym, że pragmatyczna próba skoordynowania naszej polityki wobec Rosji z krajami zachodnimi ma sens, świadczy z kolei pomysł Brukseli odsunięcia Gazpromu od zakupu sieci przesyłowych w krajach Unii. Kreml od dawna nie przejął się niczym tak bardzo, jak tą groźbą. Dlatego, że wysunęłą ją o wiele większa potęga od Rosji i to w imię bardzo konkretnych, namacalnych interesów.

Kilkanaście lat po zainicjowaniu przez niemieckich socjaldemokratów Ostpolitik jej założenia przejęła po odzyskaniu władzy konserwatywna CDU. W latach 80. nikt już nie miał wątpliwości, że inna droga nie ma sensu. Gdy w Polsce dzisiejsza, krytyczna wobec polityki Tuska, opozycja znów zacznie rządzić, będzie tak samo.