Mikołaj Wójcik: Czego Jarosław Kaczyński oczekuje po spotkaniu z trzema byłymi wiceprezesami? Adam Bielan: Prezes ma jasny przekaz: Decyzja kongresu jest jasna i oczywista. PiS potwierdziło przywództwo prezesa, który nie dopuści do powstania chorego systemu baronów partyjnych. I tyle. Albo więc panowie Dorn, Ujazdowski i Zalewski będą lojalnymi członkami partii, albo chcą odejść, by szukać własnej drogi. Mają do tego prawo.

Wróćmy do początku całej sprawy. Jak właściwie brzmi zarzut wobec byłych wiceprezesów? Że byli krytyczni?
Nie, ja też bywam krytyczny. Chodzi o to, że panowie robili to głównie przez media. Chociażby w sobotniej „Gazecie Wyborczej", gdzie Ujazdowski pozwala sobie na niewybredne żarty ze swoich kolegów. Byliśmy tym wstrząśnięci. Tu już nie chodzi o politykę, ale o zwykłą kulturę osobistą. Pewnych rzeczy nie powinno się robić.

Czyli zawieszeni działacze mają po prostu uznać, że dyskusja została zakończona, i zamilknąć?
Dyskusja oczywiście będzie trwała. Ale nie może już dotyczyć modelu przywództwa. Ta została zakończona decyzją kongresu.

Czytam to wszystko następująco: możecie jeszcze pokajać się i złożyć prezesowi hołd. A jak nie, to do widzenia. Tymczasem głosy ze środowiska zawieszonych wiceprezesów są takie, że raczej oni domagają się przeprosin za pozbawienie możliwości wzięcia udziału w kongresie.
Trzej byli wiceprezesi nie mogli być na kongresie, bo tak stanowi statut. A statut to jest nasze prawo. Za co więc przepraszać?

Można było ich nie zawieszać.
Nie można. Zamiast toczyć dyskusję wewnątrz partii, w tym także na kongresie, oni woleli prowadzić medialną kampanię wbrew interesowi PiS.

Co będzie, jeśli byli wiceprezesi nie pojawią się na spotkaniu z prezesem?
Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

A jeśli jednak?
To będzie już ostateczny sygnał o braku woli współpracy. Tej sytuacji nie można ciągnąć w nieskończoność, bo to zabija partię. Byli wiceprezesi też pewnie chcieliby jakiegoś rozstrzygnięcia. Będzie wiadomo: zostają czy odchodzą?

Ale jeśli odejdą, zostanie sam zakon Porozumienia Centrum.
Ja nigdy nie byłem w PC. I wielu moich kolegów też nie.

Może pan do tego zakonu wstąpił? Tak twierdzi Kazimierz Marcinkiewicz. I dodaje, że pan z Michałem Kamińskim potajemnie rządzicie partią.
To smutne. Okazuje się, że Kazimierz Marcinkiewicz jest politycznym kameleonem. Gdzie przykucnie, tam się dostosowuje do otoczenia. Współtworzył AWS, ale odchodząc z tej formacji, bezwzględnie krytykował Jerzego Buzka. Przez całe lata dobrze się czuł w PiS. Ostro krytykował Platformę, nazywając ich gabinet cieni „cieniasami". Został premierem z nadania naszej partii, mimo że nigdy nie był nawet jej wiceprezesem. Był szefem rządu także w koalicji z Samoobroną i LPR. I też zdradził. Smutna jest obecna służebna rola Marcinkiewicza, który dostarcza Donaldowi Tuskowi bilety na londyńskie mecze. To jest przestroga dla każdego, kto chce odejść z PiS. Ale jest mi przykro z jeszcze jednego powodu: wypowiedzi Marcinkiewicza to dowód, jak trudno w polityce o wdzięczność. Bez Jarosława Kaczyńskiego on nigdy nie zostałby premierem, nie byłby tam, gdzie jest dzisiaj.

Może widzi to, co wielu komentatorów: że na kongresie nie padło nic nowego, nie zaproponowano żadnej nowej idei.
Sobotni kongres był w oczywisty sposób rozliczeniowy. Kongres na temat przyszłości, programowy, odbędzie się w przyszłym roku. Nasza rola będzie dwoista. Z jednej strony musimy być partią opozycyjną, która kontroluje władzę. Z drugiej - stworzyć wiarygodną alternatywę dla PO, by wygrać kolejne wybory parlamentarne. IV Rzeczpospolita musi przybrać konkretne kształty, musimy pokazać, jak w każdej dziedzinie życia dokonać dobrego przełomu.

*Adam Bielan jest rzecznikiem PiS i wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego