To oburzające, że przewodniczącym komisji śledczej ds. śmierci Barbary Blidy ma być Ryszard Kalisz, i to w atmosferze zbliżającej się kolejnej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. Dziwi nie tylko jego kandydatura wysunięta przez SLD, ale i zgoda na nią ze strony Platformy. Pracom takiego ciała powinien przewodniczyć ktoś, kogo przywiązanie do wartości demokratycznych - wolności, praworządności - jest nieco bardziej ugruntowane. A u Ryszarda Kalisza jest ono wciąż dość świeżej daty.

Na jego miejscu powinien znaleźć się więc ktoś, kto o prawa obywatelskie walczył w czasach, gdy odwaga jeszcze tak nie staniała jak obecnie. Mówię to jako gorący zwolennik powołania komisji śledczej i wyjaśnienia, co ekipa PiS ma w tej sprawie za uszami.

Mam niestety poczucie, że w tej sprawie Sojusz Lewicy Demokratycznej, może nie dosłownie i nie wprost, ale zbyt często przekracza pewną cienką granicę. Barbara Blida nie stała się przecież ofiarą politycznego mordu, lecz popełniła samobójstwo. Oczywiście mogło ono być następstwem nagannych poczynań w organach ścigania - absolutnie tego nie neguję. Ale to wciąż jest samobójstwo. Politycy SLD zdają się czasem o tym nie pamiętać.

Przypomina mi się w związku z tą sprawą historia, z którą zetknąłem się w telewizyjnym programie Elżbiety Jaworowicz. Dyskusja toczyła się na temat eksmisji i jedna z kobiet opowiedziała o swoim mężu, który popełnił samobójstwo w przekonaniu, że jego rodzinę czeka eksmisja z powodu niezapłaconych rachunków. Tak się składa, że ustawę zezwalającą na takie eksmisje przeforsowała niegdyś Barbara Blida. Ostatnią rzeczą, którą chcę przez to powiedzieć, jest obciążanie jej jakąkolwiek odpowiedzialnością za śmierć tego człowieka. Ale ten przykład każe nam bardzo starannie rozważać kwestie odpowiedzialności za śmierć, którą ktoś sobie sam zadaje.