W polemice z biskupami na łamach DZIENNIKA profesor Jacek Hołówka podjął pytanie istotne nie tylko dla problemu in vitro, ale też dla wielu innych konkretnych spraw: kim jest człowiek? Czy raczej: jaki jest początek jego człowieczeństwa (uczłowieczenia)? Odpowiedź jest rozstrzygająca np. w sporze o aborcję, a także prowokuje kolejne pytanie, o kres człowieczeństwa, o określenie momentu śmierci, o człowieczeństwo dzieci (płodów) z poważnymi uszkodzeniami np. mózgu itd.

Ten styk filozofii (etyki) i biologii jest ważny. Nikt chyba nie będzie utrzymywał, że wszystko, co jest technicznie możliwe, jest etycznie dopuszczalne, albo że każde naukowe badania i eksperymenty, jeśli ostatecznie zmierzają do polepszenia jakości ludzkiego życia, mają być wyjęte spod jakiejkolwiek oceny moralnej. Do poszanowania godności człowieka odwołują się i abp Józef Życiński, i profesor Jacek Hołówka, z tym że pan profesor protestuje przeciw nadmiernemu rozciąganiu zakresu człowieczeństwa. Powołując się na "zdrowy rozsądek", pisze: "Jeśli liczą się fakty, to gołym okiem widać, że zarodki nie są ludźmi, tylko protoorganizmami, z których stopniowo powstawać będą ludzie".

Nie wiem, czy człowieczeństwo da się ustalić "gołym okiem". Wiem natomiast, że w Kościele nie ma dogmatu określającego ten początek i że w tej kwestii stanowisko Kościoła przeszło wyraźną ewolucję. Pierwszy zbiór prawa kanonicznego, tzw. kodeks Gracjana (1140 r. ), aborcję traktował jako zabójstwo tylko wtedy, gdy płód był już uformowany. Święty Augustyn uważał, że "uczłowieczenie" płodu następuje po 40 dniach od poczęcia (u chłopców) i po 80 (u dziewczynek). Także św. Tomasz nauczał, że musi upłynąć pewien czas od poczęcia, by płód został obdarzony duszą.

Skąd więc się wzięło obecne, rygorystyczne stanowisko Kościoła uznające godność ludzką (wbrew zdrowemu rozsądkowi?) od chwili poczęcia. Chyba się nie pomylę, odpowiadając, że podstawą do zmiany stanowiska była konstatacja, na której swój wywód buduje profesor Hołówka, mianowicie, że "statusu człowieka nie nabywamy w jakimś konkretnym momencie, człowiekiem stajemy się stopniowo".

Przedstawione w artykule propozycje granicy, od której na tej drodze "stawania się" należy się ochrona (np. zasada, że póki płód nie odczuwa bodźców, nie jest zdolny do odczuwania cierpienia, nie mamy żadnego obowiązku chronienia go przed nim), nawet jeśli są przekonywające, to pozostają dyskusyjne.

Wracam jednak do pytania o ewolucję stanowiska Kościoła. Jest ono wynikiem tej właśnie naukowej konstatacji o "braku konkretnego momentu". Kiedyś na ten temat Jacek Kuroń napisał w "Tygodniku Powszechnym" - cytuję z pamięci - że jeśli rzucam granat przez mur, a istnieje choćby cień możliwości, że za tym murem jest człowiek, odpowiadam za jego zabicie.

Nie wiem, czy kiedykolwiek znajdzie się możliwa do przyjęcia przez wszystkich odpowiedź na podjęte przez profesora Hołówkę pytane o początek człowieczeństwa. Ważne jednak, by o tym pytaniu nie zapomnieć.

W 1985 r. Jacques Testart, uważany za ojca inżynierii genetycznej i stosowania u ludzi metody zapłodnienia in vitro ogłosił ("Le Monde" z 9 września 1985), że zaprzestaje kontynuowania eksperymentów z in vitro wobec przerażających perspektyw, jakie one otwierają, i wezwał do międzynarodowego moratorium w tej dziedzinie. Czy po upływie ponad 20 lat nie ma już żadnych obaw? Na to pytanie mogą odpowiedzieć tylko specjaliści. Mogą, ale czy zechcą?

ks. Adam Boniecki