: Nigdy. Moje najkoszmarniejsze wspomnienie z dzieciństwa to pobyty w szpitalu. Miałem sześć, siedem lat i leżałem w Opolu.
Rodzicom pozwolono na jedno widzenie, z jakichś dwudziestu metrów! Wtedy panowała taka mentalność, że oni nawet nie myśleli, żeby sobie załatwić inne traktowanie, bo wierzyli, że
wyrządziliby mi krzywdę.
Jak w latach 80. zaczynałem pracę jako pediatra, to chodziłem z kluczem. Oddział był zamykany, żeby dzieci nie uciekły ze szpitala, a rodzice do niego nie weszli. Widzeń udzielał osobiście
ordynator po pierwszym tygodniu pobytu dziecka w szpitalu! A wie pan, że 28 lat temu byłem przy narodzinach mojej córki?
Poniekąd. Byłem na stażu lekarskim, który sobie trochę przedłużyłem, i tak manewrowałem, żeby być przy porodzie. Obok rodził się wnuk ordynatora, a ojciec dziecka, mój kolega,
rozmawiał z żoną przez telefon. Dziś, po takich doświadczeniach, robię jako dyrektor wszystko, by w moim szpitalu było inaczej, by poród rodzinny był w standardzie, a rodzice mogli być z
dziećmi cały dzień, a jak się uda, to i całą noc. Chodzi o to, żeby przełamać pewien konserwatyzm myślenia, który często jest przeszkodą równie trudną do przekroczenia jak brak
pieniędzy.
To moja zasługa. Tak zwane obuwie ochronne absolutnie niczego nie daje. Po to mamy firmę sprzątającą, by było czysto, a żadne folie nie zabezpieczą przed zarazkami. Tym bardziej że ludzie
chcą zaoszczędzić i używają tego po kilka razy albo nie zdejmują i wychodzą w nich na papierosa. Nie narzekam na rodziców, ale czasem ludziom brakuje wyobraźni. Byłem we Francji z kolegą
odwiedzić w szpitalu jego żonę. On nie wszedł do szpitala. Pytam brata: "Co jest? Pokłócili się?". "Nie, on ma katar". A u nas wpada cała gromada gości i
zadepczą tego chorego i szpital. Wtedy mogą sobie być nawet w obuwiu ochronnym i to nic nie pomaga.
Częściowo ma pan rację, zmiany w myśleniu przeprowadza się najciężej.
To się zdarza. Ale ja rok temu przyjąłem 35 pielęgniarek i 18 odeszło. Nawet nie z powodów finansowych, ale dlatego, że to bardzo trudna praca. Na szczęście tu, w Centrum Zdrowia Dziecka,
jest i zawsze był swoisty etos pracy, tego nie musiałem zmieniać.
Przede wszystkim zarządzanie. Z 60 milionów długu wyszedłem w dwa lata. To jest doceniane, bo nie tylko wygrałem konkurs na drugą kadencję, ale miałem oferty pracy w ministerstwie i
szefowania szpitalowi prywatnemu.
Głównie takie, że wszystko zajmuje strasznie dużo czasu. Myślałem, że cały remont zakończę w jedną kadencję, a już widzę, że w dwie będzie trudno. I to mimo że na 200 milionów
budżetu tylko 110 milionów mam z NFZ. Reszty szukam gdzie indziej. Pieniądze zdobywamy w ministerstwach, programach, grantach, badaniach klinicznych. Teraz staramy się, by resort ochrony
środowiska sfinansował nam termomodernizację, czyli ocieplenie i remont budynku z zewnątrz. Przy okazji wybudowalibyśmy wyjścia pożarowe, bo ich tu nie ma.
Nie ma zewnętrznych wind i nie można ich było dobudować, bo projekt budynku został nagrodzony "Mister Uniwersum".
Mamy rękawy ratownicze, drzwi przeciwogniowe. A poza tym teraz już można dobudować te windy
To naprawdę znakomicie, że takie rzeczy się zdarzają, bo to pomaga, to niezwykle potrzebny sygnał i dodatek. Efekt jest widoczny w postaci sprzętu, ale to nie ratuje sytuacji. Mój roczny
budżet to około 200 milionów złotych, a z Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy dostaję sprzęt warty 1 - 2 miliony.
To rzeczywiście inna sprawa. U nas opieka nad dzieckiem w śpiączce trwa bardzo krótko, a Ewa Błaszczyk chciałaby, i słusznie, by było to przez rok. I takiego miejsca rzeczywiście brakuje, a
takich dzieci jest około 200 w kraju. Z tym że wiele z nich powinno być rehabilitowane przez fachowców w domach, ale z opieką w domach jest problem, również w przypadku wentylacji.
O dzieci na sztucznym oddechu, z respiratorem. Daje się im do domów sprzęt, który rodzice umieją obsługiwać, w pobliżu jest też wykwalifikowana pielęgniarka. My jesteśmy z nimi w stałym
kontakcie, wymieniamy respiratory, zapewniamy obsługę. Takie rozwiązanie pomaga, na ile to możliwe w tej sytuacji, w miarę normalnie żyć. I zawsze są z tym wielkie boje i straszne kłopoty z
NFZ.
Nie tylko. To niestandardowa procedura i wielu konserwatywnie myślących uważa, że miejsce takich dzieci jest w szpitalu, nie w domu.
Mam nadzieję, że nie.
Dostałem kiedyś dwa podpisane listy o tym, że profesor, szef jednej z klinik, wziął. Spytałem tych, do których miałem zaufanie, także tych, którzy odeszli z jego kliniki, czy to może
polegać na prawdzie, bo nie chcę skrzywdzić człowieka. Potwierdzili. Spytałem więc, czemu o tym wcześniej nie mówili. "Bo nikt nie pytał".
Miał trzy dni na odejście z pracy. Ale jeśli pyta mnie pan, czy w służbie zdrowia jest korupcja, to odpowiadam, że oczywiście jest. A ja na takie rzeczy jestem wyczulony, to dla mnie sprawa
czarno-biała i nie ma o czym mówić.
I takie słowa są najmilsze w tej pracy. Zdarzyło mi się je słyszeć, ale wsłuchuję się też w skargi, bo ich brak dopiero jest niepokojący. Zresztą w jednym z rankingów szpitali brak skarg
jest punktowany ujemnie, bo słusznie zauważono, że oznacza tylko, iż dyrekcja ich nie rejestruje i nie słucha.
Nie, od jakiegoś czasu jesteśmy w sporze zbiorowym, bo związek zawodowy lekarzy żąda trzech średnich krajowych dla starszego asystenta, a na to mnie nie stać. W większości klinik pracujemy w
tak zwanym systemie równoważnym, który spełnia wymogi Unii Europejskiej, a który notabene został w Polsce źle przetłumaczony i jest u nas najbardziej restrykcyjny ze wszystkich krajów
unijnych. On jest dla wszystkich niekorzystny.
Zarabiają mniej niż w grudniu. Prowadzimy rozmowy, bo na moje propozycje podwyżek przystało na razie tylko pięć klinik. Nie wszyscy się godzą, bo związek lekarzy się zradykalizował.
Zresztą jeszcze pół roku temu go nie było, a teraz na 320 lekarzy około dwustu do niego należy.
Nie wiem. Wiem, że nowe przepisy powodują, że lekarze zarabiają mniej, a szpital nie wykonuje kontraktu. Tracimy wszyscy, także pacjenci. Mam poczucie, że jeśli to dłużej potrwa, jeśli
nadal będziemy musieli ograniczać działalność, to cały dorobek Centrum, także tego, co tu od sześciu lat robię, będzie zagrożony.
Nie widzę możliwości dalszego prostego dosypywania pieniędzy do systemu. To może załatwić sprawę doraźnie na kilka, kilkanaście miesięcy.
To, że ja jako dyrektor, były wiceminister i decydent nie mogę sobie tego wyobrazić, też jest odpowiedzią na pańskie pytanie. Ani ja, ani moi koledzy, nie tylko dyrektorzy, nie widzimy
żadnego pomysłu, żadnej odpowiedzi na to pytanie. Oczywiście okrągłe stoły czy białe szczyty są potrzebne.
I na dzielenie wszystkiego na szczegóły i w czasie, ale to nie jest żadna generalna propozycja. I proponowany przez ten rząd i rządy poprzednie pakiet ustaw też nie jest takim pomysłem.
Zawiadywanie ochroną zdrowia trzeba oddać w inne ręce niż dotychczas.
Minister zdrowia, także ta minister, musi mieć wystarczające poparcie w rządzie, poparcie premiera i większości sejmowej, by przeprowadzić gruntowne zmiany. Ale pomysłu na to, jak konkretnie
powinny one wyglądać, przyznaję, ja także nie mam.
Wszędzie w Europie obowiązuje jakaś forma systemu ubezpieczeniowego i to powinniśmy wprowadzić. Tymczasem u nas prawie wszystkie pieniądze płyną z jednego źródła, z NFZ. Mamy zbyt mały
stopień współpłacenia, także pacjenta.
Właściwie nikogo. Tu są dzieci bardzo ciężko chore, a ciężka choroba dziecka najczęściej dramatycznie pogarsza sytuację materialną rodziny, bo oznacza, że jeden z rodziców musi odejść
z pracy, a leki, dojazdy, opieka też kosztują niemało.
Trzeba jasno powiedzieć, że ubezpieczenia dodatkowe nie załatwiają sprawy. One rozwiązują część problemów części ludzi, bo nawet dla najbogatszych niektóre procedury mogą się okazać
nieobjęte ubezpieczeniem. Jednak rozumowanie, że skoro nie każdego stać na ubezpieczenie dodatkowe, to mamy ich nie wprowadzać, jest głupie. Wprowadźmy je, bo dla niektórych ludzi to będzie
jakieś wyjście.
Współpłacenie oznacza, że na opiekę zdrowotną łożą ubezpieczalnie, pacjenci i budżet, który mógłby wziąć na siebie na przykład szkolenie lekarzy rezydentów. Można wprowadzać
zabezpieczenia, że będą oni musieli potem ileś lat przepracować, ale zasadą powinno być to, że to państwo, nie ubezpieczyciel, kształci lekarza. Tymczasem osiem lat temu, kiedy byłem
wiceministrem zdrowia, budżet tego resortu był dwa razy większy niż dziś. Nic więc dziwnego, że nie może on płacić za wiele rzeczy. A przecież samo uszczelnienie systemu dałoby już
oszczędności.
Ale utrzymywanie obecnego systemu jest nierealne. Tak dalej nie można funkcjonować.
Nie wprost.
Nauczycielom, górnikom, innym - wiem. Ale pan ze mną rozmawia jak z premierem.
Rząd Buzka jako pierwszy podjął próbę wprowadzenia nowoczesnego systemu ochrony zdrowia. To mogłoby się udać, gdyby nie dwie rzeczy: choroba i śmierć minister zdrowia Franciszki
Cegielskiej, która miała w rządzie naprawdę silną pozycję, oraz rozpad koalicji AWS-UW. Potem nie można było poprawić żadnej ustawy, bo rząd nie miał już większości, więc SLD
wykorzystał błędy w funkcjonowaniu kas chorych do zwycięstwa wyborczego i zaczęło się totalne psucie systemu, bo żeby on mógł dobrze działać, to powinien pochodzić kilka lat, musiałaby
nastąpić kontynuacja. A u nas jest rzucanie się od ściany do ściany: najpierw siedemnaście kas chorych, potem jeden NFZ, teraz słyszymy, że sześć ubezpieczalni.
Na początku tak nie było, ale korporacja lekarska szybko podkopała status lekarza pierwszego kontaktu. Zaczęło się rozmydlanie systemu, umowy, że niby lekarz pierwszego kontaktu, ale w nocy to
wzywajcie pogotowie albo idźcie do szpitala. A żadnego państwa na świecie nie stać na to, by chory sam sobie wybierał specjalistów, jeśli tylko poczuje, że powinien. Musi być ktoś
wprowadzający go w system.
Już nie. Mówiłem już panu, że trzech ministrów zdrowia proponowało mi, bym został wiceministrem. W 2005 roku startowałem do Senatu z poparciem Demokratów.pl, ale zająłem czwarte miejsce -
pierwsze niebiorące. Miałem pewne pomysły, liczyłem na to, że moje doświadczenia na coś się przydadzą, a nie chciałem rezygnować z pracy, stąd Senat, a nie Sejm, bo moim zdaniem nie da
się pogodzić bycia posłem z pracą.
Politykom w kampanii do twarzy z dziećmi, zwłaszcza zdrowymi, tak samo jak pomogłoby im zdjęcie, jak pchają wózek inwalidzki.
U mnie w szpitalu wielu pracowników zarabia więcej niż ja, więc ostrożnie z tymi dyrektorami (śmiech).
5600 zł pensji zasadniczej plus dodatek - razem około 10 tysięcy zł brutto.
Mnie płaci minister, stąd te kwoty.
Z żony, zawsze z niej żyłem (śmiech). Żona jest stomatologiem.
To byłoby wyjątkowo nieetyczne, jeszcze zostały mi jakieś zasady wyniesione z domu. Nie da się łączyć bycia dyrektorem i lekarzem.
Nie, od 14 lat nie pracuję jako lekarz.
Rzeczywiście pech, bo do 17 dałoby się jeszcze coś załatwić (śmiech).
W Polsce stomatolog może wystawić receptę, więc żona mogła. A teraz to obie córki są stomatologami.
Jak pan obieca, że wyłączy dyktafon, to opowiem panu anegdotę. Do żony przyszła koleżanka i wyjątkowo długo się męczyły na fotelu. Po wszystkim ona mówi żonie: "Wiesz, ja cię
podziwiam, cały dzień tak ludziom w gębę zaglądać". Koleżanka była ginekologiem. Wie pan co, ponieważ miło nam się rozmawiało, to mam dla pana album o szpitalu.
Ona wisiała z tabliczką od darczyńcy z przodu, ale jak oddawaliśmy go do oprawienia w nowe ramy, to kazałem dać ją z tyłu. Niech pan przeczyta: „Dar dla Centrum Zdrowia Dziecka
przekazany z inicjatywy I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka. Warszawa 4 czerwca 1977 rok”.
*Maciej Piróg, lekarz pediatra, dyrektor Instytutu Pomnika - Centrum Zdrowia Dziecka. Był wiceministrem zdrowia i opieki społecznej w rządzie Jerzego Buzka