*: To ma świetną nazwę po rosyjsku - "pławdacza". Bo to rzeczywiście jest taki domek, który można wozić na samochodzie, a potem zwodować i
odpłynąć.
Ja nie wjeżdżam, tylko woduję, choć przyznam, że rozważałem taki projekt, by wjeżdżać całym samochodem. To bardzo mała pławdacza, na dwie osoby. Jest już gotowa w 90 proc. i mam zamiar
ją w tym roku skończyć i wyruszyć w rejs. Kupiłem już mapę.
(śmiech) Nie dookoła świata, tylko kanałami francuskimi.
Wzdłuż oczywiście, daleko wzdłuż! Tylko najpierw zwoduję to na jeziorze, bo ona jest przystosowana na spokojne wody, żadnych oceanów! Ma silniczek z tyłu i powinna działać. Muszę jeszcze
tylko żonę przekonać, bo trochę krzywo na to patrzy.
Ona akurat jest niezatapialna. Jak byliśmy na Korsyce, to wypływała w morze tak daleko, że jej nie widziałem. Na pływalni kilometr przepływa ot tak! Nie to co ja. Stylowo jestem słaby…
Chodzi o koordynację między nogami a rękoma. Marta mi to cały czas powtarza, ale mam zastarzałe nawyki.
To był właśnie początek prac nad pławdaczą. Już go nie mam, sprzedałem, a w jego miejsce kupiłem fiata doblo, którego tył zaadaptowałem tak, by można było tam spać na kempingach. Do
tego mam przyczepkę, na której ma jeździć pławdacza. Ale najpierw trzeba ją będzie wyjąć z garażu i to jest pewien kłopot, ale już mam technologię wymyśloną. Czterech ludzi mi trzeba.
Pan też się nada.
Nie trzeba, to nie są rekolekcje Platformy Obywatelskiej - żadna telewizja nie jest potrzebna.
Nie sądzę, bo nie ma pewności co do rezultatu. To w końcu prototyp.
W książce. A moja pławdacza stoi prawie gotowa.
Z pławdaczą na przyczepce jeździmy maksymalnie 110 na godzinę. A i to, gdy nie ma policji.
On się świetnie nadawał do tego celu, a raczej mnie się wydawało, że się świetnie nadaje. Kiedy już skorupa pławdaczy była gotowa, to włożyłem ją na poloneza i się nie sprawdziło.
Miało kiepskie osiągi, słabo się rozpędzało…
Aż tak to nie (śmiech), ale z minutę, cholera, rzeczywiście mu to zajmowało. A jak był silny wiatr, to w ogóle nie chciał jechać na piątym biegu. Poza tym nie miał wspomagania i przy
parkowaniu trzeba się było zdrowo nakręcić. Więc go sprzedałem…
Nie, okazyjnie go sprzedałem. Teraz trochę żałuję.
.
Inżynier Pawlak? Przeszło mu, zdemoralizował się. Moim zdaniem, jeśli ktoś trzyma z platformersami, to się tak kończy.
Nic mi nie wiadomo, bym tego potrzebował do pławdaczy, a poza tym mam patent motorowodny.
Nie sądzę. Trudno powiedzieć ile, bo zaczynałem ją konstruować jeszcze jako poseł, mam jakieś pięcioletnie opóźnienie. Wszystko oprócz olaminowania zrobiłem przy niej sam. Laminowałem w
warsztacie szkutniczym i facio, który mi to robił, nie mógł wyjść z podziwu. Zupełnie mu się nie dziwię. Sam też nie mogę wyjść z podziwu.
On?! Ja to pierwszy raz w życiu widziałem, gdy już ją zbudowałem (śmiech).
Z sowieckiego pisma "Katiery i jachty", które przeglądałem za młodu. Tam były przeróżne "samodziełki" autorstwa ludzi radzieckich. Spodobało mi się i
już.
To niestety nieprawda. Jest kilka rzeczy, których nie potrafię. Jako bardzo młody człowiek czytałem "Młodego Technika"…
Cicho, był, zabiję pana (śmiech). Pisali do niego przeróżni wynalazcy, a gazeta lekko to wyśmiewała. Pamiętam list faceta, który wynalazł bombę atomową…
Nie sądzę. W każdym razie moje talenty nie są tak wielkie jak tamtego pana. Najpoważniejsze zresztą wcale nie są moje umiejętności techniczne, ale rolnicze, a w zasadzie sadownicze.
Hoduję drzewa owocowe. Zawsze miałem świetne zbiory śliwek, bardzo dobre zbiory malin, porzeczek, jabłek, całkiem dobre gruszek…
Pod sadem jest jakieś 250 metrów.
Z dwóch, ale świetne. Mam dwie dobre jabłonki. Kiedyś miałem dobre rezultaty w uprawie moreli. Tu chcę pochwalić komunizm…
Zwykle nie chwalę komunizmu, tylko Gomułkę. Trochę.
I chętnie o tym podyskutuję.
Nie sądzę, by mnie kojarzył (śmiech). Ale wracając do moreli, to kiedyś wszystkie moje rośliny wrażliwe na kędzierzawość liści, czyli morele, brzoskwinie i nektarynki, zostały porażone.
I musiałem je trzy razy wymieniać! Jednak za komuny sprzedawano dobrze kontrolowane sadzonki…
No, było kilka powodów…
Wszystkie moje drzewka są szczepione na podkładce karłowej, choć teraz na świecie już się uprawia sady łanowe. Co, nie wie pan, o czym mówię?
Mam taką bardzo wczesną odmianę jabłek…
Nie, w czerwcu. Były bardzo dobre, ale straszliwie nietrwałe, w zasadzie trzeba je było od razu zjadać. I to był pewien problem, bo, jak mówiłem, moje drzewa zawsze dobrze owocowały.
.
Dlatego na starość chcę zostać rolnikiem rekreacyjnym i kupiłem już 4,5 ha nieużytków na Mazurach. Zalesiłem nawet jeden hektar…
Tylko że ja nie mogę wydębić od agencji rekompensaty, a kosztowało mnie to strasznie dużo. Wszystko dlatego, że nie zgłosiłem tego do agencji w terminie, bo myślałem, że robi to
nadleśnictwo, które skontrolowało to zalesianie. A ja się tam chcę przenieść. Mam nawet traktor.
Kupiłem.
Naprawdę! Chociaż jestem technikiem mechanikiem od silników spalinowych, to nie zrobiłbym takiego traktora. Uważam zresztą, że wraz z nastaniem kapitalizmu przyjął się podział pracy. Ale
traktor świetny, żeby pan wiedział, co on ma?!
Tak! Ma kultywator…
Przeciętnie rozgarnięci ludzie, którzy nie są dziennikarzami, świetnie to wiedzą. Mam bronę strunową, zwykłą zresztą też.
Może pan. Kupiłem też kosiarkę bębnową, a to ważne, że bębnową, bo ona tnie trawę na pokos, co by się przydało, gdybym wreszcie kupił konia huculskiego.
Otóż to. Poza tym hucuły są miłe, tak sobie człapią… No i sianem, które skoszę, chcę też karmić zimą sarny.
Nie wiem, czy dziełem sztuki, raczej rezultatem konieczności.
Gdy widzę te modne, nowo budowane domy, to mam mieszane uczucia, bo w nich na pewno jest wygodniej mieszkać, ale jestem do swojego przywiązany. On powstawał z potrzeby życiowej. Jeszcze w latach
70. mieliśmy z żoną tyle pieniędzy, że starczyłoby na kawalerkę w Warszawie, a że okazyjnie udało się kupić działkę, to postanowiliśmy pobudować się własnymi siłami, to wystarczyło
jeszcze na małego fiata i dwie trzecie domu. Ale nie wariuję. Nie mam fosy, ochrony, alarmów… Z drugiej strony, co taki złodziej miałby u mnie ukraść?! Telewizor jeszcze z PRL?
To jedyny egzemplarz na świecie. Nie miałby co z nim zrobić.
Chyba że tak. A dom jest mały…
Nigdy nie osiągnął stanu pełnego ukończenia, bo był bardzo długo budowany. Miałem też z tym pewne kłopoty formalne, bo dobudowę wyrysowałem sobie sam, a żeby zgodził się na wszystko
urząd, to musiał podpisać to jakiś architekt. Poszedłem więc po znajomości do jednego z najlepszych polskich architektów...
W życiu tego głośno nie powiem. (Ryszard Bugaj szepcze konfidencjonalnie nazwisko).
Krzywił się, ale wcale mu się nie dziwię. W końcu podpisał… To zresztą mój drugi dom. Pierwszy zbudowałem po marcu 1968 r., kiedy nic się nie działo i miałem sporo czasu. Zbudowałem go
właściwie bez większej potrzeby, bo mieliśmy wygodne mieszkanie w Śródmieściu. Dziś w sporo powiększonym i luksusowym mieszka tam mój przyjaciel, bankier.
Są trzy poziomy plus dwa w części rozbudowanej, czyli pięć, to prawda. I na tym polega jego urok. Zresztą raz widziałem podobny dom - byłem w Oksfordzie u Leszka Kołakowskiego i jego dom,
też nieduży, jest właśnie tak zawiły, składający się z zakamarków. Tamten oczywiście jest ładniejszy, bo to XIX w., zadbany i wypielęgnowany ogród, którym zajmuje się ogrodnik.
Ostatnio zrobiłem coś strasznego - trawnik zakładała nam firma ogrodnicza.
Presja żony…
Proszę, nie mówmy o takich rzeczach…
Tam było i tak wąsko zaprojektowane, a ja wymurowałem tę ściankę "po drugiej stronie kreski" na rysunku.
Przypuszczalnie dlatego, że wcześniej pożegnałem faceta, który pomagał mi przy fundamencie i wypiliśmy pół litra tuż przed moim murowaniem. I tak wzmocniony zrobiłem to ekstremalnie
wąskie zejście, co jest nawet dogodne, bo nie można się przewrócić.
Pan by wszedł. Co prawda bokiem, ale jednak. Na wcisk, ale by pan przeszedł. Kiedyś SB szukało u mnie Bujaka…
Oni też tak pomyśleli. I pewien dość otyły oficer próbował się tam wcisnąć i trochę się zaklinował (śmiech).
Wyciągnęli go jakoś. Kpiłem z nich, mówiąc, że różne nielegalne rzeczy mam pod stertą węgla w garażu, żeby mi przerzucili, ale nie dawali się na to nabrać. Zbyt wielu ludzi stosowało
ten numer.
Bo myślę, żeby się zmieścił. Wszystkiego jest po podłodze jakieś 160 metrów, ale za to 8 pokoi!
Kiedy tam jeszcze nie mieszkaliśmy i nie było tylu pokoi, nasi znajomi drukowali tam bibułę. Podczas jednego z ogólnopolskich nalotów gdzieś tam wszyscy wpadli. Ode mnie zdążyli zabrać
tylko sprzęt i wydrukowane egzemplarze, a zostawili papier i kartki z błędami drukarskimi. A że były to powielacze białkowe, to tych błędów było mnóstwo. Próbowaliśmy to z żoną spalić
w ogrodzie na ognisku i wtedy przekonałem się, że papier jest w zasadzie niepalny. To był całkowicie surrealistyczny widok - wiatr rozniósł nadpalone albo i nie ulotki po całej Podkowie
Leśnej (śmiech), a my staliśmy w tym ogrodzie i próbowaliśmy to jakoś ogarnąć.
Jak widać nie. Z sąsiadem miałem inną historię. Kiedy ujawniono listę Wildsteina, grabiłem sobie liście w ogrodzie. Podchodzi sąsiad, emerytowany kierowca, i mówi: "Panie Ryśku,
kurrrwa, powiedz mnie pan, co to jest ten IPN?". "Panie Czesiu, a co się stało?". "Bo wiesz pan, szwagier, kurrrwa, mówi, że ja jestem na jakiejś liście. A
ja, panie Ryśku, nigdy z tymi czerwonymi nie miałem nic wspólnego!". Tłumaczę mu: "Panie Czesiu, daruj pan sobie", ale on był wzburzony i mnie przekonywał:
"Ale szwagier mnie, kurrrwa, przy ludziach takie rzeczy mówi!".
Był jakiś, zdaje się jeszcze z KBW. Ja zresztą ze względu na alfabet zawsze znajdowałem się w czubie rozmaitych list. Pamiętam jak w internacie w Białołęce jeden oficer przekonywał mnie,
że władza to właściwie chce z nami porozumienia, że może tylko ekstremiści… W gabinecie miał włączone radio, a tam spiker właśnie odczytuje listę ekstremistów i wali:
"Bugaj…". To pytam go, czy chce ze mną porozumienia, czy też jestem ekstrema, a on machnął ręką i mówi: "Nie zawracaj pan głowy! Coś muszą nadawać, to
nadają". Później zawsze byłem też na początku rozmaitych list Żydów, tuż za Balcerowiczem… Pokazuję kiedyś taką listę Karolowi Modzelewskiemu i mówię z tryumfem:
"Patrz, ja wysoko, a ciebie nie ma!".
Teraz zacząłem naprawiać i modernizować. Bo ja w nim wszystko zrobiłem sam, łącznie z drzwiami i oknami. Sam szyby wstawiałem, słowo honoru! Ale niech pan tego nie pisze! Wykreślę to panu,
bo ja poważniejsze rzeczy robiłem i nie będę się duperelami chwalił! Okna robiłem na stole w wynajętym mieszkaniu na warszawskim Bródnie i przez całą Warszawę woziłem maluchem. No i
teraz przyszedł czas na naprawę. Drzwi wewnętrznych nie wymienię, bo jestem do nich przywiązany, ale zewnętrzne i okna zrobię na nowo.
Ja jestem świetnie zamaszynowany, jeśli chodzi o obróbkę drewna. Mam wszystko: trzy pilarki, strugarkę, grubościówkę stacjonarną, dwie wyrówniarki, jedna trochę w rozkładzie. Do metalu
mam dwie szlifierki, szlifierkę kątową, frezarkę, różne wiertarki i wkrętarki.
Nie stać pana. Teraz trochę pomagam córce.
Jak słyszę, pański ojciec to równy gość. Niestety nie zawsze przenosi się to na dzieci.
Ryszard Bugaj: Strasznie nudzi, ale próbuję okiełznać Mazurka.
Ryszard Bugaj: Ja mam na niego sposób, dam mu radę.
Że mi odbiło? Tylko ci, którzy nie mają wyobraźni. A poza tym ja będę autoryzował ten wywiad i zadbam, by to dobrze wyglądało, bo przecież jestem bardzo poważnym człowiekiem.
Nie jestem przy tym zajęty. Moje stosunki z Kościołem są nacechowane mieszanymi relacjami.
Tam są raczej potrzebne zdolności plastyczne, których nie mam. Potrafię wnuczce narysować dom i psa - to wszystko. A w mojej parafii jest wielu fachowców, którzy sobie z tym radzą. Ale skoro
już o to pan pyta, to był u nas ksiądz po kolędzie, porozmawialiśmy…
Ja nie jestem marksistą, nawet jestem zasmucony, że ten bzdet przeżywa pewien renesans. Jak ja czytam…
Skończę więc tylko o kolędzie. Poskarżyłem się, że do nas nie przychodzili, więc ksiądz mi wyjaśnił, że wpisano nas na listę ateistów. A ja przecież, będąc fanem Jezusa Chrystusa,
nie jestem ateistą, tylko osobą obojętną religijnie, jakimś stadium pośrednim między ateistą a wierzącym. W każdym razie ksiądz nas z tej listy skreślił. Zresztą ja i tak pójdę do
nieba. No, może do czyśćca najpierw.
Ryszard Bugaj, polityk, doktor habilitowany nauk ekonomicznych, pracownik PAN, były przewodniczący Unii Pracy, poseł na Sejm X, I i II kadencji