"Rozpoczynamy proces intensywnej modernizacji Marynarki Wojennej. Teraz fregata, która zostanie wyprodukowana w polskich stoczniach. Okręt tej klasy może być wybudowany przez polski przemysł stoczniowy. Nadzór sprawowany przez ministerstwo obrony narodowej i zaangażowanie polskich stoczni daje gwarancję tego, że w krótkim czasie taki okręt powstanie. Oczywiście nie może się powtórzyć historia, jaka miała miejsce w przypadku korwety "Gawron", która powstawała przez ponad 18 lat."

Reklama

To wypowiedzi ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka z wywiadu w TVP. Wcześniej w Polskim Radiu minister stwierdził także, że przeciągają się negocjacje w sprawie zakupu używanych okrętów podwodnych ze Szwecją.

Choć dla niewprawnego ucha te zapowiedzi mogą brzmieć dobrze, to jednak spod warstwy lukru wyłania się dno. Morskie dno. Dno, na które z powolnym bulgotaniem opada właśnie Marynarka Wojenna.

Oczywiście na wstępie można by spytać co rząd Prawa i Sprawiedliwości robił w tej kwestii przez ostatnie sześć lat? Ale nie ma sensu kopać leżącego, czy raczej tonącego. Po prostu spójrzmy na fakty.

Właśnie jest wycofywany ze służby kilkudziesięcioletni okręt podwodny Kobben ORP Sęp. Najpewniej pod koniec roku polska Marynarka Wojenna będzie miała tylko jeden okręt podwodny - ORP Orzeł. Ma on ponad 30 lat. O zakupie nowych mówimy od co najmniej 10 lat. Najbliżej decyzji byliśmy jakoś w 2017 r., jeszcze gdy ministrem obrony był Antoni Macierewicz, ale wszystko się rozmyło w oparach absurdu. Teraz nie kupujemy już nawet okrętów używanych.

Reklama

Powiedzmy sobie wprost – nie mamy już zdolności wojskowych pod wodą i szanse na to, że je kiedykolwiek odzyskamy są minimalne. Jest to tym bardziej bolesne, że właśnie wspólny zakup przeprowadzają Norwegowie i Niemcy, a my mogliśmy (pewnie wciąż możemy) się do niego przyłączyć. Biorąc pod uwagę, że nie mamy zdolności do budowy tego typu sprzętu, a jest to najbardziej skomplikowany rodzaj uzbrojenia, i że nawet nie mamy ludzi mających kompetencje w negocjacjach tego typu kontraktów, było to rozwiązanie na miarę naszych możliwości. Mogliśmy skorzystać na tym, że mamy sojuszników. Nie zrobiliśmy tego.

I teraz dlatego, że rozmowy ze Szwedami nie poszły nam tak jak oczekiwaliśmy, podejmujemy decyzję by zbudować okręty typu Miecznik. Warto pamiętać, że dyskusja o ich zakupie też toczy się od lat, a polscy marynarze, czy raczej politycy nie byli się w stanie na nic zdecydować. Nawet teraz w wypowiedziach ministra pojawiają się nieścisłości: raz jest to okręt obrony wybrzeża, raz fregata, pytanie czym ten okręt będzie przy ewentualnym podpisaniu umowy. W każdym razie teraz decyzją ministra Błaszczaka polskie stocznie mają zbudować okręt Miecznik.

Generał Adam Duda, były szef Inspektoratu Uzbrojenia, człowiek który przez lata odpowiadał za najważniejsze zakupy zbrojeniowe Wojska Polskiego, w debacie opozycyjnego zespołu parlamentarnego im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego powiedział wprost, że polski przemysł stoczniowy nie ma zdolności do samodzielnej budowy takich jednostek w perspektywie 10 lat. Takie działanie nazwał fanaberią. Być może da się to zrobić w kooperacji z partnerami zagranicznymi.

Podkreślam: nie mówi tego polityk, ale bardzo doświadczony generał, który ze stoczniami współpracował, temat zna od podszewki i zawodowo w żaden sposób nie jest związany z przemysłem zbrojeniowym. Na potwierdzenie jego słów można oczywiście przytoczyć trwającą prawie 20 lat budowę patrolowca Ślązak, który najpierw miał być korwetą Gawron.

Można przytoczyć słynną stępkę premiera Mateusza Morawieckiego pod polski prom, która zapewne do dzisiaj gdzieś rdzewieje w Szczecinie. Można przytoczyć informacje o kolejnych upadłościach w polskim przemyśle stoczniowym. Ale jak pisałem wcześniej, po co kopać tonącego? Wydaje się, że rządzący politycy powinni przestać się wreszcie oszukiwać i parafrazując kasjerkę z filmu Miś stwierdzić, że "nie ma takiego rodzaju Sił Zbrojnych jak Marynarka Wojenna".