Gdy w XXI w. prezydent George Bush podróżuje gdziekolwiek, w Ameryce czy na świecie, też czekają na niego tłumy: krzyczące, wygrażające mu, wymachujące szturmówkami z najbardziej wulgarnymi hasłami i „propozycjami”. Wszyscy chcą go obrazić, opluć, upokorzyć. Za główną przewinę George’a Busha uważa się jego nieumiejętność przeprowadzenia operacji wojskowej przeciw znacznie słabszemu wrogowi. Ale przecież i George Washington był bez wątpienia jednym z najgorszych dowódców, jakich wydała Ameryka. Tylko dlatego nie przegrał Wojny o Niepodległość, że jego angielscy przeciwnicy byli jeszcze bardziej nieporadni. Swoje jedyne praktycznie zwycięstwo odniósł, gdy wbrew ówczesnym regułom zaatakował biwakującego w zimie przeciwnika. Uczynił to w poranek po Bożym Narodzeniu, gdy żołnierze strony przeciwnej, niemieccy najemnicy, odpoczywali powaleni obezwładniającym kacem. Nie ma w historii innej "wielkiej" bitwy, w której zwycięzcy nie ponieśliby żadnych strat - a tak się właśnie stało w tym wypadku.
Dlaczego więc Washington jawił się współczesnym jako prezydent dumy narodowej, o Bushu zaś mówi się jako o prezydencie narodowej hańby? Kto jest odpowiedzialny za to niewątpliwe skundlenie najważniejszego urzędu świata? Wina leży nie tyle po stronie samego George’a W. Busha ani jego współczesnych poprzedników, lecz jest wynikiem niekompatybilności ustanowionego w XVIII w. systemu politycznego ze współczesnymi realiami politycznymi.
Jednym z mitów mających udowadniać specjalne miejsce Ameryki i Amerykanów w historii jest opowieść o konstytucji amerykańskiej. Ma ona być dziełem geniuszy napisanym i uchwalonym w kilka tygodni i niedościgłym w swej doskonałości. Choć bowiem powstała w końcu XVIII w. dla 4 mln ludzi żyjących w 13 oddzielnych państewkach nad brzegiem Atlantyku, to jest jakoby tak doskonała, że niemal niezmieniona świetnie spisuje się w XXI w., w państwie liczącym 300 mln ludzi i zajmującym kontynent. Ale w rzeczywistości konstytucja amerykańska nie była aż tak znakomita nawet w realiach XVIII w., a jej rozmaite braki są aż nadto widoczne w wieku XXI.
Pierwszą kwestią, którą zajęli się twórcy konstytucji, był podział władzy między rządem federalnym a rządami stanowymi. Po wielu kłótniach sprokurowano katalog uprawnień władzy federalnej, resztę hurtem pozostawiając w gestii stanów, i do dzisiaj trwają spory, co tak naprawdę Ojcowie-Założyciele mieli na myśli w tej czy innej kwestii.
Potem zajęto się władzą ustawodawczą, a właściwie jej składem, co z oczywistych powodów najbardziej interesowało zebranych: ile ma być izb, ilu mają one liczyć członków, kto i na jak długo ma ich wybierać. Ta dyskusja zajęła najwięcej czasu.
Gdy przyszła kolej na określenie zakresu i natury władzy wykonawczej nowego państwa, delegaci byli całkowicie zgodni: nie wolno jej oddawać w ręce jednego człowieka. Nie po to prowadzili długą wojnę z królem angielskim, nie po to oskarżali go o tyranię, by samemu tworzyć kolejną odmianę jedynowładztwa. Ściśle biorąc, uważali tak, zanim zasiedli w dusznej sali w Filadelfii, gdy bowiem doszło do nakreślenia zakresu konstytucyjnych prerogatyw władzy wykonawczej, delegaci po prostu oddali całą władzę w ręce prezydenta.
Było to posunięcie niewiarygodne. Po rewolucji przeciw tyranii monarchy republika stworzyła urząd prezydenta, którego władza równa była królewskiej, a nawet ją przewyższała. Stany Zjednoczone nie mają premiera czy choćby konstytucyjnego rządu - mają tylko prezydenta, który jest jednoosobową władzą wykonawczą, mianuje sędziów i jest naczelnym dowódcą sił zbrojnych. Wszystkie funkcje prezydent mógł (wówczas) pełnić, jak długo chciał.
Pewnym wytłumaczeniem tych decyzji był fakt, że obradom przewodniczył generał Washington, bohater mitologii narodowej, i wszyscy zakładali, że to on właśnie zostanie pierwszym prezydentem nowej republiki. Oddano mu więc pełnię władz - a przy okazji oddano ją także wszystkim kolejnym prezydentom.
Delegaci mogli się czuć usprawiedliwieni powszechnym przekonaniem, że wkrótce zbierze się kolejna konstytuanta. We wszystkich zresztą innych państwach ustawy zasadnicze są periodycznie aktualizowane. Ojcowie-Założyciele byliby przerażeni, gdyby wiedzieli, że na sformułowanych przez nich siedmiu krótkich artykułach będzie się opierało najnowocześniejsze państwo świata, z najpotężniejszą armią, jaką znała ludzkość.
Szybko też okazało się, jak wiele kwestii było niedomyślanych i niedopracowanych. Nikt nie wiedział na przykład, po co właściwie istnieje stanowisko wiceprezydenta, który nie ma żadnych praktycznie konstytucyjnych obowiązków i żadnych uprawnień. Ale najważniejszym problemem było i pozostaje, że stworzony w Filadelfii urząd prezydenta dalece przerasta możliwości jednego człowieka.
Gdy urząd ten piastował George Washington, przynajmniej przydawał on prezydenturze dostojeństwa i sprawiał wrażenie giganta. Większość jego następców nie była jednak równymi mu herosami. Przez długi czas nie zwracano na to specjalnej uwagi, gdyż Ameryka nie była zbyt istotna dla świata. Nikogo specjalnie nie wzburzało, że w XIX w. wśród prezydentów amerykańskich był zdeklarowany alkoholik, a także populistyczny watażka. A przede wszystkim w tymże XIX w. Ameryka miała wielu prezydentów tak nijakich i miałkich, że tylko maniacy historii pamiętają ich nazwiska i twarze.
Także i w czasach współczesnych historia tego urzędu nie wyglądała imponująco. Aż pięciu spośród dziesięciu prezydentów w okresie po II wojnie światowej skompromitowało się tak bardzo, że musieli zrezygnować z ubiegania się o drugą kadencję lub przegrali kolejne wybory: Harry Truman, Lyndon Johnson, Gerald Ford, Jimmy Carter i George Bush senior, a trzeba jeszcze do tej galerii klęski dodać Richarda Nixona.
Co spowodowało utratę godności prezydentury? Najprościej byłoby oczywiście odpowiedzieć, że media. Ale tak nie jest. Medium bowiem to tylko pośrednik, coś pomiędzy, w tym wypadku pośrednik pomiędzy podglądactwem obywateli a ekshibicjonizmem polityków. Całkowitą winę ponoszą natomiast sami zainteresowani, czyli prezydenci i kandydaci na ten urząd. W połowie lat 70. prezydent Nixon uznał za możliwe (i konieczne) oświadczyć publicznie: "Nie jestem oszustem". Jego następca, Gerald Ford, z uśmiechem potwierdzał, że istotnie jako jedyny zawodnik nie nosił na głowie hełmu, gdy grał w futbol amerykański. Po nim przyszedł Jimmy Carter, który chełpił się publicznie, że w heroicznym boju pokonał atakującego go… królika; Ronald Reagan z kolei zachęcał dziennikarzy, by własnoręcznie sprawdzili, że nie nosi peruki ani nie ma sztucznej szczęki. Potem nastał George Bush, którego niestrawność znalazła swój niezapomniany wyraz na smokingu premiera Japonii. A wreszcie Bill Clinton, globalny samiec alfa, który do zabaw w Gabinecie Owalnym musiał się wspomagać kubańskim cygarem.
Obecny prezydent posunął się jeszcze dalej, gdyż rozpoczął niszczenie tego urzędu już od dnia wyborów. Podczas bowiem gdy George’a Washingtona wybrano jednogłośnie, George Bush zawdzięcza prezydenturę wykłóceniu się o kilka głosów emerytów z Florydy, którzy byli zbyt nieporadni, by przedziurkować na wylot kartę do głosowania.
Kolejnym krokiem mogło już tylko być okaleczanie prezydenta, zanim objął to stanowisko. George Washington ustanowił obyczaj, ściśle przestrzegany przez ponad sto lat, że kandydaci na najgodniejszy urząd w państwie nie uczestniczą osobiście w kampanii wyborczej. W najlepszym razie można ich było spotkać na ich własnej werandzie, gdzie kołysząc się w bujanym fotelu, przyjmowali swoich zwolenników czy też namaszczali aktywistów partyjnych. Nikt inny ich nie widział i mało kto słyszał.
Nawet gdy od końca XIX w. kandydaci zaczęli osobiście zabiegać o urząd prezydenta, kampania wyborcza trwała bardzo krótko. Dzięki temu kandydaci mieli mało czasu na skompromitowanie się swą ignorancją czy ograniczonością przed dniem głosowania. Gdy kandydat zostawał prezydentem, dość długo mógł liczyć na szacunek i uznanie obywateli, zanim i on okazał się kolejną pomyłką wyborców.
W erze współczesnej natomiast wiemy o prezydentach amerykańskich i kandydatach na ten urząd wszystko; w istocie wiemy o nich więcej, niżbyśmy chcieli wiedzieć. Przestał ich otaczać nimb niedopowiedzenia czy tajemniczości, co jest warunkiem koniecznym boskości, heroizmu, mitycznego wymiaru czynów. Nie bez przyczyny śmiertelnicy nie byli dopuszczani do stołu bogów: im bliżej kogoś znamy, tym mniej go poważamy.
Na naszych oczach zaszła ponadto kolejna zmiana: kandydatów ogarnia szaleństwo już nie tyle wyborów, ile prawyborów, które rozpoczęły się w styczniu i trwały dłużej, niż ktokolwiek chciał je oglądać. A dopiero wtedy rozpoczęła się właściwa kampania wyborcza.
I od niemal roku trwa żenujący reality show pod nazwą "Upokorzę się, by wygrać". Politycy chcą się pokazywać jak najczęściej, by wyborcy ich zapamiętali. Żeby zaś utrzymać zainteresowanie widzów, pozwalają, by ich poniżano na wszelkie możliwe sposoby. Jeden z najpoważniejszych kandydatów statecznej wydawałoby się Partii Republikańskiej ogłosił zamiar ubiegania się o prezydenturę podczas telewizyjnego programu rozrywkowego w rodzaju naszego "Kuby Wojewódzkiego". Tam, gdzie dawniej poważni komentatorzy polityczni zadawali kandydatom merytoryczne pytania, teraz pojawiła się debata kandydatów w YouTube. I zamiast dyskusji mieliśmy jarmark: ktoś wyśpiewywał swoje pytania, inny pytający przebrał się za bałwanka, a jeszcze ktoś zadał pytanie tak głupie, że żadnemu z kandydatów nie chciało się nawet na nie odpowiadać.
Czy po takim spektaklu przyszły prezydent zachowa choć odrobinę poważania: wśród wyborców, za granicą, wśród swoich wrogów? Wyborcy są chętni do okazania kandydatom zaufania, chcą choć na moment zobaczyć w nich herosów, są gotowi "świadomie powstrzymać swój sceptycyzm". Wyborcy amerykańscy, i nie tylko oni, chcą wierzyć, że kandydat na najpotężniejszy urząd świata nie tylko zna rozwiązanie ich problemów, ale także potrafi to rozwiązanie zrealizować. Szkoda, że wiara ta niezmiennie okazuje się złudzeniem.
Było do tej pory regułą, że najbardziej niedocenianym politykiem amerykańskim jest prezydent kończący swoje urzędowanie - ale zarazem najbardziej przecenianym politykiem jest osoba rozpoczynająca swoją kadencję w Białym Domu. O ile pierwsza część tej reguły pozostaje prawdziwa i nikt nie będzie płakał za George’em W. Bushem, o tyle kampania wyborcza w obecnej postaci skutecznie okalecza wszystkich kandydatów na prezydenta, zanim jeszcze obejmą oni urząd.
I dlatego choć nie wiemy, kto wygra wybory w listopadzie, wiemy już z całą pewnością, że ktokolwiek założy szaty Washingtona, będzie pod nimi boleśnie i nieodwracalnie pokiereszowany.
*Zbigniew Lewicki jest profesorem w Instytucie Badań Interdyscyplinarnych Uniwersytetu Warszawskiego i kierownikiem Katedry Amerykanistyki Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego