Tak się złożyło, że za trzy tygodnie przypada pewna osiemdziesiąta druga rocznica, której w Polsce się nie obchodzi. Trudno bowiem świętować to, że z upadającego państwa jednej nocy uciekli wszyscy, którzy wcześniej nim rządzili.

Reklama

W micie, jaki później się narodził, uciekali w popłochu szosą przez Zaleszczyki do przejścia granicznego z Rumunią. W rzeczywistości znajdował się tam jedynie most kolejowy i dlatego: prezydent, premier, Naczelny Wódz, minister spraw zagranicznych oraz mnóstwo pomniejszej rangi urzędników przebijało się do mostu drogowo-kolejowego w Kutach. „Droga była zapchana nieprzebraną ilością samochodów: licząc na oko, było ich niewątpliwie wyżej tysiąca. Mieszanina wozów rządowych, dyplomatycznych, prywatnych oraz samochodów ciężarowych zalegała i zatarasowywała wąską drogę” - zapisał w dzienniku podsekretarz stanu w MSZ Jan Szembek.

Ucieczka władz II RP

Ewakuacja przed nadciągającymi wojskami niemieckimi i sowieckimi okazała się dla ówczesnych władz II RP jedynie kolejnym z nieszczęść w ich długiej serii. Wedle układów sojuszniczych zawartych z Francją i Rumunią, powinny bez przeszkód dotrzeć do portu w rumuńskiej Konstancy. Po czym zostać stamtąd ewakuowane. Jednak zamiast trafić do Paryża: prezydentowi Mościckiemu, marszałkowi Rydzowi-Śmigłemu, ministrowi Beckowi i premierowi Składkowskiemu przytrafiło się internowanie. Wszystko dlatego, że rząd Francji postanowił zafundować Polakom mały zamach stanu. Sanacyjne elity były harde i nieskore do podporządkowywania się woli Paryża. Co innego mający znakomite relacji z francuską generalicją oraz tamtejszym wywiadem wojskowym, gen Władysław Sikorski. Poza tym kilka razy w przeszłości udowodnił, iż ulega woli sojusznika bez stawiania jakichkolwiek warunków.

Rumuńskie władze spełniły życzenie rządu Francji i uwięziły niedawnych przyjaciół. Następnie zmuszono prezydenta Mościckiego, by zgodnie z konstytucją kwietniową przekazał swą władzę - nie jak chciał gen. Wieniawie-Długoszowskiemu - lecz znajdującemu się w Paryżu byłemu marszałkowi Senatu Władysławowi Raczkiewiczowi. Następnie premierzy Wielkiej Brytanii i Francji nie dali prezydentowi Raczkiewiczowi wyboru, nakazując mianować szefem polskiego rządu gen. Sikorskiego. Przy okazji nowy prezydent musiał przekazać mu większość swych konstytucyjnych uprawnień. W tym momencie ci, którzy po 1926 r. rządzili II RP przestali być komukolwiek potrzebni. Mościcki dzięki wstawiennictwu prezydenta USA Roosvelta mógł osiąść w Genewie. Tam, żeby zarobić na życie, musiał przypomnieć sobie, jak to jest pracować w laboratorium. Jednak szybko posypało mu się zdrowie i nim zmarł, wegetował jedynie dzięki opiece żony oraz wyprzedaży cennych przedmiotów zabranych podczas ucieczki. Rydz-Śmigły próbował zmyć z siebie hańbę wodza, który porzucił własną armię. Zdołał więc uciec z Rumunii do Polski. Tu jednak nikt w podziemiu go nie chciał. Dlatego z ulgą przyjęto niespodziewaną śmierć marszałka. Oficjalnie jej przyczyną był zawał, acz podejrzewano otrucie.

Reklama

Coraz rzadziej trzeźwiejącego Józefa Becka stopniowo zabijała gruźlica. Konał w pozbawionej dostępu do bieżącej wody i prądu izbie przy szkole we wsi Stăneşti-Chirculeşti. „Gasło w nim życie. Siły uciekały, a tak coraz intensywniej chciał żyć! Potworne było na to patrzeć. Im było gorzej, tym więcej robił projektów” – zapisała we wspomnieniach Jadwiga Beckowa.

Premier Felicjan Sławoj Składkowski uciekł z Rumunii aż do Palestyny. Tam klepał biedę, śląc kolejne listy do gen. Sikorskiego z prośbami o danie mu szansy na powrót do służby. Gdy ciężko zachorował, nikt nie chciał mu pożyczyć pieniędzy na opłacenie operacji. W przypływie desperacji napisał list do prezydenta Roosvelta z prośbą o pożyczenie 100 dolarów. Obiecywał oddać po wojnie. Prezydent USA pożyczył, a Składkowski przeżył, układając sobie po wojnie życie w Anglii. Acz ilekroć nadchodził wrzesień natychmiast zaczynał ciężko chorować. Zmarł nomen omen 31 sierpnia 1962 r.

Znacznie gorzej miewali się ci z elit władzy, którym nie udało się uciec. Duża część skończyła w zbiorowych mogiłach. Wysłali ich tam Niemcy lub Sowieci.

Gdy Polacy tracą swoje państwo...

Tak to już w tradycji jest zapisane, że gdy Polacy tracą swoje państwo, to tym ze szczytów władzy pozostaje: albo zdrada, albo śmierć, albo ucieczka i wegetacja na emigracji. Przy czym ocalenie życia nie przynosi im ani dobrobytu, ani sukcesów, ani nawet satysfakcji.

Owa reguła sprawdziła się po insurekcji kościuszkowskiej, zamykając czasy I Rzeczpospolitej. Historia powtórzyła się wraz z końcem Królestwa Polskiego po powstaniu listopadowym. Doświadczyli jej ci, z „szosy na Zaleszczyki”.

Wprawdzie symbol ten wykreowali omyłkowo komuniści w Polsce Ludowej, z całych sił pragnąc oczernić tych rządzących niepodległą Rzeczpospolitą. Potem w III RP wahadło wychyliło się w drugą stronę i oczernianie zastąpiła bezkrytyczna gloryfikacja. Symbol szosy na Zaleszczyki mimo to pozostał i warto zacząć o nim przypominać zarówno rządzącym, jak i opozycji (most w Kutach nikomu z niczym się nie kojarzy). Wprawdzie ta ostatnia od 2015 r. jakieś 56 razy ogłaszała, że w III RP demokracja upadła, lecz mimo to nadal grozi jej, że już za dwa lata (a w przypadku przyśpieszonych wyborów nawet wcześniej) to ona będzie musiała sprawować władzę.

Tymczasem z każdym miesiącem ubywa powodów, do czerpania z tegoż sprawowania jakiejś radości. Obok trwającej nadal pandemii, doszło podważenie (za sprawą ewakuacji z Afganistanu), zaufania do gwarancji bezpieczeństwa dawanych przez USA sojusznikom. To napawa podobnym optymizmem, jak próby prezydenta Bidena i kanclerz Merkel znalezienia kompromisu z Władimirem Putinem. Równie wesoło prezentuje się zwożenie drogą powietrzną na Białoruś, w ramach operacji „Śluza”, emigrantów z całego Bliskiego Wschodu. Weselej może być, gdy Kreml uzna, iż warto wesprzeć Łukaszenkę samolotami Aerofłotu.

Temu co nadciąga z zewnątrz stawić czoła musi kraj, w którym scenę polityczną zabetonowała polaryzacja na dwa niezdolne do kompromisu, dominujące obozy.

W efekcie jeśli obóz władzy podejmie decyzję, że trzydziestka koczujących na białoruskiej granicy emigrantów nie zostanie wpuszczona do Polski, wówczas już nie może się cofnąć o krok. Jeśli to zrobi, okaże słabość nie tylko prezydentowi Białorusi, ale też opozycji i własnym wyborcom. Oczywiście takie postępowanie można uzasadniać tym, iż po wpuszczeniu jednej grupy natychmiast zjawi się kolejna, lub od razu kilka, zaś białoruska i rosyjska propaganda oszaleją z radości. Jednak nadal to w rękach polskiego rządu pozostanie możność skutecznego uszczelnienia granicy. Tak, jak od woli Mińska i Moskwy zależy, czy zechcą zwiększyć liczbę emigrantów dostarczanych nad Bug z Bliskiego Wschodu, Afryki i Azji Środkowej. To co zrobimy z tą nieszczęsną trzydziestką może nie mieć najmniejszego znaczenia. Opieramy się bowiem tylko na spekulacjach i tak naprawdę nie wiemy, co wywrze decydujący wpływ na kolejne ruchy Łukaszenki i Putina.

Grupa migrantów i wpływ na politykę wewnętrzną

Natomiast owa grupa migrantów wywarła już ogromny wpływ na politykę wewnętrzną. Podziałała niczym kij do walenia w pręty przysłowiowej klatki. Tej z czasów opowieści o tym, jak Donald Tusk walił po prętach, żeby ówczesna opozycja (dziś rządzący) zachowywali się niczym rozwrzeszczane małpy. Owszem trzydziestu przybyszy jest bezwzględnie traktowanych na polecenie rządu przez Straż Graniczną i wojsko, ale cyrk jaki w tym tygodniu odstawiły „małpy z klatki” przeszedł ludzkie pojęcie. Szkoda miejsca na przypominanie szczegółów. Każdy kto chciał, to je widział i tego już się nie da „odzobaczyć”.

Wydawać by się mogło, że jest to przede wszystkim problem Donalda Tuska. Pragnąc zachować szansę wygrania wyborów, zrobił wiele aby podkreślić, iż z rozhisteryzowanym stadem nie ma nic wspólnego (nawet jeśli jego część tworzyli posłowie PO). Niestety cyrk rozgrywający się nad głowami zwykłych wyborców (ci przejęli postawę biernych obserwatorów) stanowi kolejne ostrzeżenie, iż nie powinni czuć się bezpieczni. Polska klasa polityczna, otaczające ją media i wspierające organizacje społeczne, czyli jednym słowem elity władzy, żyją w głębokim przekonaniu o swej nieśmiertelności. Są dogłębnie pewne, że wszelkie zagrożenia zewnętrzne to iluzja, przydatna do niekończących się gier wewnątrz kraju. A nawet jeśli nie iluzja i państwo nagle się zawali, to opcji takiego końca jak Józef Beck nikt nie bierze do siebie. Już raczej optymistycznie się zakłada, że będzie się niczym prezydent Afganistanu Aszraf Ghani. Ponoć uciekając zdołał na otarcie łez zabrać ze sobą 169 mln dolarów. Zważywszy, iż otrzymał schronienie w luksusowych Zjednoczonych Emiratach Arabskich, z takimi oszczędnościami ma szanse urządzić tam sobie mały, muzułmański raj.

Tymczasem, w razie jakby wszystko w Polsce poszło nie tak, zanik instynktu samozachowawczego klasy politycznej oraz trzy poprzednie utraty własnego państwa nakazują zakładać, iż nasi przywódcy nie trafią do komfortowego miejsca, pełnego hurys. Raczej doczekają się nowej odsłony szosy na Zaleszczyki. Fakt - dziś zamiast niej mamy autostradę do Zgorzelca. Ale szybsza i wygodniejsza ucieczka nie musi oznaczać lepszego końca.