Bardzo krytyczna. Oceniam dobrze sam pomysł, ale w kategorii przedstawienia sporu major Sucharski - kapitan Dąbrowski. To pomysł na wielką literaturę lub wielki
film, bo to tragedia na miarę greckiej czy szekspirowskiej. Tragedia, gdzie obie racje są równo podzielone. Rację miał i Dąbrowski, i Sucharski. Nie sposób jednego potępić, a drugiego
uczynić bohaterem. Obaj byli gorącymi patriotami myślącymi o Polsce, tylko inaczej czuli te myśli: czy walkę o Polskę na Westerplatte zrealizować pragmatycznie, czy romantycznie? To stary
spór w historii Polski i temat na wielkie dzieło. Niestety, w tej wersji, którą poznałem i recenzowałem, wyszła karykatura.
Rozumiem, że twórcy mieli ambicje na miarę Hollywood, ale wyszedł Bollywood. Straszliwa tandeta. Chyba jestem w stanie na pewnym poziomie ocenić także stronę artystyczną filmu. Stosowanie
najniższych chwytów - scena zerżnięta z Kurosawy, pies, który biega najpierw z kawałkiem oderwanej skóry z twarzy, potem z odciętą ręką. Na miłość boską, to najtańsze z tanich
chwytów.
Mówię o sprawie estetycznego gustu. Mogło być wszystko. Ale pies Sucharskiego, z tego co wiadomo, nie biegał. Bo nie puszcza się psa, jeśli chce się go chronić, tam gdzie strzelają. Tak na
marginesie, pies był trzymany w piwnicy. Można filmować wszystko, akty fizjologiczne też, tylko po co? Niczemu to nie służy poza próbą taniego epatowania widza.
To też nie jest najważniejsze. W tym wszystkim mi się nie podoba jedna rzecz - że idą na to pieniądze nas wszystkich. Zostanie zrobiony film, który nic nie wniesie do utrwalenia wiedzy czy przybliżenia przeciętnemu widzowi tradycji Westerplatte. Będzie to tylko idiotyczna strzelanina, bo tak to w scenariuszu wygląda. Niech pan Chochlew (reżyser - red.) robi film za własne pieniądze. Wtedy nie będę miał cienia pretensji. Państwo, jeśli przyznaje pieniądze, to niech robi to z głową. Ten film nie jest tego wart także dlatego, że jest tam mnóstwo błędów rzeczowych.
Panu Chochlewowi widzą tam się niemieckie kontrtorpedowce, czyli duże okręty. Tymczasem Westerplatte ostrzeliwały torpedowce, okręty dużo mniejsze. Ale w filmie inna rzecz jest bardziej
irytująca: Chochlew kompletnie nie rozumie mentalności oficerów II Rzeczypospolitej. Nie rozumie tego, że byli to ludzie, którzy potrafili strzelić sobie w łeb, gdy stawali przed dylematem
złamania przysięgi, jak np. w maju 1926. Nie rozumie tego, że przedwojenny oficer nie kłamał. Jego stopień pojmowania i rozumienia Sucharskiego i Dąbrowskiego jest knajacki. Sprowadzenie ludzi
wysokiej próby, szlachetnych - to jest dobre słowo - do poziomu knajaków jest irytujące, przykre i świadczy o kompletnej nieznajomości epoki, nieznajomości obyczajów, sposobu zwracania się,
rozmowy. Innymi słowy - może to jest film, który opowiada o współczesnym Wojsku Polskim, ale na pewno nie o armii II Rzeczypospolitej.
Kompletny. Kłamliwy i szkodliwy. Oprócz tego brak koncepcji. Reżyser nie wiedział, jak tę historię opowiedzieć. Od 2 września jest to zbiór luźnych, bezsensownych scen, z których nic nie
wynika. Strzelają do Niemców, Niemcy do nich. Notabene Niemców nie widać, poza jakimiś cieniami na horyzoncie. Żołnierze, przepraszam, ale proszę o dosłowne zapisanie - odlewają się na
portrety i chleją jeszcze na umór. Nie twierdzę, że być może nie wypili jednej czy drugiej butelki. To mogło się zdarzyć, ale nie tym wówczas się zajmowali.
Wiemy, że było kasyno oficerskie, tam były jakieś alkohole. Z tego, co wiem, śladów o piciu nie ma. Być może w jakichś wspomnieniach Chochlew na to wpadł. Ale nie sądzę, bo rzeczą
oczywistą jest, że większość alkoholu w takiej sytuacji się niszczy, by nie dopuścić do przypadków pijaństwa. Coś tam zostaje na wszelki wypadek, dla celów medycznych itp. Nie sądzę
jednak, że można mówić o masowym pijaństwie. Nie ma źródła, które by to opowiadało.
To bardzo wątpliwe. Do końca nie wiemy, ilu żołnierzy było na Westerplatte. Tu jest pewna tajemnica. Ale w scenariuszu jest to pokazane idiotycznie. Trudno sobie wyobrazić dezertera, który
się błąka po takim nieobszernym terenie jakim jest Westerplatte, gdzieś między ułomkami drzew. Dezerter z Westerplatte mógłby podjąć próbę przepłynięcia przez kanał i dezercji do
Niemców. Jeżeli Niemcy by go nie zastrzelili, a nie dogonili Polacy, to wylądowałby po stronie niemieckiej. A Niemcy nie meldowali faktu zatrzymania dezerterów.
Inna kwestia to słynna sprawa białej flagi. Czy nie doszło wtedy do jakiejś strzelaniny? Mogło dojść. Tego akurat nie wiemy, bo to jedna z tajemnic Westerplatte. Ale to można było inaczej pokazać. Nie tak prostacko, przynajmniej w wersji, którą czytałem.
Nie, tak daleko bym nie szedł. Myślę, że kompletnej chucpy, przekonania, że wszystko jest łatwe i proste, że nie ma tematu, z którym nie można się zmierzyć. Może to prawda, bo do
ambitnych świat należy, ale są tematy, nad którymi trzeba popracować. Jak się nie umie pracować albo się nie ma kwalifikacji, to potem wychodzą gnioty.