Powiedział to między jednym a drugim spotkaniem z polskimi politykami, czyli ludźmi - a tak się składa, że dotyczy to wszystkich naszych rządzących - którzy jeszcze dwadzieścia lat temu mogli powiedzieć, że walczą o to samo co słynny Tybetańczyk.

Reklama

Szczytem obłudy byłaby więc odmowa spotkania z Dalajlamą ze strony polskiego prezydenta, premiera, czy kilku innych naszych oficjeli. Na szczęście nikt nie przyniósł nam wstydu. Owszem, warszawscy radni stchórzyli i w stolicy nie będzie ronda Wolnego Tybetu. Naprawiła to prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz spotykając się z Dalajlamą kilka godzin po nieszczęsnym posiedzeniu warszawskich radnych. Pewnie odbierze ona teraz, tak jak prezydent Kaczyński, premier Tusk, marszałek Borusewicz, gniewne monity ze strony władz chińskich.

Tak jednak szczęśliwie się składa, że chiński gniew jest nie tylko głęboko niemoralny, ale i nieskuteczny. Wprawdzie wszyscy powtarzają wokół, że z Chinami trzeba się układać. A spotkania z Dalajlamą są nieodpowiedzialne, bo szkodzą naszym obrotom handlowym, inwestycjom, kontaktom itd. Ludzie, którzy głoszą takie hasła odrzucają kontrargumenty natury etycznej - np. to, że tanie chińskie produkty często produkowane są przez więźniów lub dzieci. Ale dlaczego lekceważą dane, według których Polska nie ma żadnego interesu w zbyt bliskich kontaktach gospodarczych z Chinami? Bo cała prawda o rzekomych korzyściach sprowadza się do tego, że Chiny sprzedają nam towary, a my za nie płacimy twardą walutą. Bilans w tym względzie jest dla nas całkowicie negatywny.

Z Dalajlamą warto będzie się spotykać także wtedy, gdy chińskie groźby staną się realne. Po to by despoci z Pekinu wiedzieli, że głoszone w zachodnich demokracjach hasła wolności, demokracji i praw człowieka to coś więcej niż tylko puste slogany.