Robert Mazurek: We "Wprost" pokazał pan klatę, a mi co pan pokaże?
Wojciech Olejniczak*: Znowu mam się tłumaczyć, że nie ja wybierałem zdjęcia?

Nie, to słabe. Lepiej niech pan powie, że pokaże pełen wachlarz poglądów.
O, bardzo ładne, zapiszę sobie.

Wachlarz będzie rozpięty na dwa guziki czy bardziej?
Pełny, czyli bez żadnych ograniczeń (śmiech).

"Wprost" panu zapłaciło za tę sesję?
Nie zapłaciło ani też ja nikomu nie zapłaciłem, by znaleźć się na pierwszej stronie.

A jakby ktoś zaproponował duże pieniądze, żeby się pan dla niego rozebrał? Magazyn dla pań, pismo fitness?
Zapraszam na basen, plażę, gdzie biegam - jak mi tam zrobią zdjęcie, to nie będę protestował. Niech robią do woli. Pewnie jeszcze kilka lat temu bardzo bym się wstydził, ale teraz? W każdym razie pieniędzy nie dostałem i nigdy bym nie wziął.

Rozbiera się pan dla idei?
Dlatego, żeby jakoś przyciągnąć uwagę do spraw europejskich, opowiedzieć przy okazji, o co w tych wyborach chodzi...

O klatę?
Nie, na pewno nie chodzi o to, kto jaki sport uprawia i ile gra w piłkę. Chcę pokazać różnice, że Platforma Obywatelska mówi: "Głosujcie na nas, to Buzek zostanie przewodniczącym Parlamentu Europejskiego", PiS mówi, że w zamian za głosy będzie chronił polskich granic przed Niemcami i Rosją, a my mówimy: "Głosujcie na nas, a zadbamy o wasze interesy".

Gdyby zechciał pan wywołać merytoryczną dyskusję, to zwołałby pan konferencję ze stoma profesorami, a nie urządził sesję zdjęciową.
Ale ja takie konferencje regularnie urządzam i zapraszam na nie media, ale jakoś się tym nie interesują.

To może powinniście wszyscy na nich zdjąć koszule?
(śmiech) To jest jakiś pomysł, ale sam pan widzi, że opisuje pan raczej świat mediów, nie polityki.

Pozazdrościł pan sławy Palikotowi?
Nie mam takich problemów jak Janusz Palikot i nie muszę ich niczym przykrywać. On jest politykiem, który realizuje swoje interesy, nie używając do tego celu poglądów, bo ich nie ma. A ja odwrotnie - chcę rozwiązywać problemy ludzi zgodnie ze swoimi poglądami, a to, że potrafię poruszać się swobodnie w świecie mediów, nie oznacza, że zastępuję tym politykę.

Poruszać się w świecie mediów to jedno, a świecić w nich torsem to drugie.
Ale dotychczas mało kto wiedział, że kandyduję z Warszawy, a teraz wiedzą wszyscy.

Dużo SMS-ów z gratulacjami pan dostał?
Eee, trochę.

Skromny pan, a dziennikarki mówią: chippendale, niezła dżaga, wylaszczył się.
Gratulacje gratulacjami, ale najważniejsze, by 7 czerwca poszły głosować. Na mnie oczywiście.

Długo trzeba było pana namawiać do tych zdjęć?
Poproszono mnie o zrobienie kilku fotografii na potrzeby artykułu o kampanii europejskiej. Proszę bardzo, zgodziłem się. A później na sesji robiono mi zdjęcia i z tej strony, i z tamtej - ja jestem zawodowym politykiem, więc wiem, czego się ode mnie oczekuje. Była miła atmosfera, fotograf poprosił, bym zdjął krawat, a może jeszcze rozpiął koszulę, jeszcze jeden guzik, OK, na wszystko się godziłem. Nie wnikałem, które zdjęcia zostaną wykorzystane, ale w sumie dobrze wyszło. A czy to było mocne? Widziałem zdjęcia Obamy w slipkach.

To chyba robił paparazzi.
Pan żartuje? 99 proc. wszystkich zdjęć polityków prywatnie jest robione z tak zwanej ustawki, kiedy to polityk dogaduje się z gazetą. Premier na nartach, plaży, prasujący spodnie - to wszystko przecież jest ustawione. Obama nawet wiedział, kiedy ma napiąć mięśnie! A Putin na rybach?

Albo z tygrysem. Zrobiłby sobie pan?
Bałbym się.

Ale tygrys był uśpiony.
E, to nie ma sensu. Albo żywy, albo wcale.

Doradzali panu w tej sprawie specjaliści od wizerunku?
Nie, bo nie mam żadnych specjalistów od wizerunku.

I nie mieliście żadnych szkoleń PR-owskich?
Ja w żadnym nie uczestniczyłem. Natomiast mam doradców od spraw ekonomicznych czy społecznych. Kiedy mam mówić o budżecie, to rozmawiam najpierw z byłymi ministrami finansów, konsultuję się, pytam ich o zdanie. Na to zawsze mam czas i chętnie korzystam z tych rad.

A z lekcji PR-owców nie?
Komunikacja z wyborcami musi być naturalna. Można oczywiście wykreować jakiś sztuczny wizerunek, ale to działa na krótką metę i potem są z tego powodu same problemy. Co z tego, że coś jest świetnie opakowane, skoro pozbawione opakowania okazuje się blefem? To zbyt często spotyka polityków, a ja chcę tego uniknąć, więc z takich rad nie korzystam.

Czyżby? Sam pan jest nieźle opakowany.
Ale nie to jest istotą mojej pracy. To, co robiłem jako minister rolnictwa, trzeba było zrobić, tu nie wystarczyłoby opakowanie. A teraz kilkadziesiąt poważnych wystąpień w najważniejszych debatach: kryzys, budżet, edukacja, do tego kilkadziesiąt ustaw, przy których pracowałem - to nie żaden wizerunek, opakowanie, ale to bilans mojej pracy w Sejmie.

I dwie przegrane kampanie wyborcze.
Żadnej z porażek nie dało się uniknąć. Było z jednej strony PiS, którego rządy doskwierały wielu Polakom, i z drugiej strony Platforma Obywatelska, która jak walec szła do wyborów i obiecywała, że ma antidotum na wszystko. Przecież w 2007 r. Donald Tusk był największym populistą, jaki kiedykolwiek pojawił się w polskiej polityce! Owszem, był to populizm sprawny, schludny, wykształcony, ale jednak czysty populizm. Jak mieliśmy z tym walczyć?

Nie mieliście pomysłu wtedy, nie macie i teraz. Odsunięcie Millera, Oleksego, Janika, Jaskierni nic nie zmieniło w waszej sytuacji. Są młodzi jak pan i Napieralski, i nic.
Proces odnawiania oblicza partii i odbudowywania zaufania do niej musi trwać. Tego się nie da zrobić z tygodnia na tydzień czy nawet z miesiąca na miesiąc i nie pomogą w tym żadne puste gesty.

Pracuje pan nad tym cztery lata.
I dziś fundamenty przyszłej pozycji lewicy zostały położone. Mamy wizję państwa diametralnie inną od tej, którą proponują PO i PiS, a po drugie dla większości elektoratu jesteśmy partią drugiego wyboru. Wielu wyborców Platformy, jeśli zniechęci się do niej, zagłosuje na nas. Kilka lat temu byłoby to nie do pomyślenia.

Co z tego? Do końca świata będziecie partią drugiego wyboru.
Przyjdzie taki moment, że ludzie rozczarują się PO i zwrócą w naszą stronę. Myślę, że już te wybory, do Parlamentu Europejskiego, pokażą, że wielu ludzi nie tylko może głosować na lewicę, ale i na nas zagłosuje.

Lewica młodych - pana czy Napieralskiego - nie ma Polakom nic do zaoferowania poza hasłami.
Mamy przygotowaną dla Polaków pełną koncepcję.

Raczej antykoncepcję. I to w szkołach.
To też, ale mamy także pomysł na politykę gospodarczą: na podatki, składki rentowe, politykę społeczną, edukację i upowszechnienie wychowania przedszkolnego. Może pan nam zarzucić wiele, ale złożyliśmy kilkadziesiąt projektów ustaw, wykonaliśmy ogromną pracę!

A i tak jesteście kojarzeni z karykaturalnym zrzynaniem z Zapatero.
Nie da się dziś przenieść rozwiązań hiszpańskich czy brytyjskich do Polski.

Może powinien pan to wytłumaczyć Grzegorzowi Napieralskiemu?
Nie ma takiej potrzeby.

I tak nie zrozumie?
Mogę najwyżej tłumaczyć ludziom, że chodzi nam o polski model edukacji, ale w standardach europejskich.

Pan wybaczy, ale to wszystko slogany.
Kiedy my nie godzimy się na tak wielkie rozwarstwienie społeczne, na to, że nadchodząca inflacja przeniesie koszty kryzysu na zwykłych ludzi, to jest to bardzo wyraźny konkret, który odróżnia nas od innych partii. I stąd nasz pakiet antykryzysowy zgłoszony w Sejmie i o nim chcemy rozmawiać.

Ale nikt nie chce słuchać, bo macie doświadczenie w obiecywaniu gruszek na wierzbie. Przez te dwadzieścia lat byliście konsekwentni tylko w dwóch sprawach: w walce o wolną aborcję i w obronie esbeków.
Skoro już pan jest przy emeryturach, to wnieśliśmy projekt ustawy zakładający szybszy wzrost najniższych emerytur i rent. To nasza odpowiedź na pytanie, o kogo walczymy.

Może mi pan wytłumaczyć, jak to jest, że SLD rządzą trzydziestolatkowie, a zawsze osłaniacie esbeków, jak choćby ostatnio broniąc ich emerytur? Jaki tu macie interes? Dziadków bronicie, elektoratu?
No nie, tego się nie da w ten sposób przedstawiać. Nigdy nie będziemy głosować nad ustawami niezgodnymi z konstytucją. My już te wielokrotnie te tematy przerabialiśmy.

Zapewniacie, że wasza tradycja to Daszyński, PPS, KOR, a potem tulicie się do esbeków i ubeków i sprowadzacie do Sejmu kilkudziesięciu oficerów SB.
Pięćset dni tego Sejmu to pięćset dni aktywności SLD: setki spotkań, dziesiątki ustaw, tysiące rozwiązań zgłaszanych podczas prac w Sejmie i jeden dzień, kiedy zaprosiliśmy generała Czempińskiego, ministra Milczanowskiego i innych funkcjonariuszy. A istotą ustawy o emeryturach dla nich nie był podział na złych i dobrych, ale niekonstytucyjne rozstrzygnięcia. Czempiński ma mieć tysiąc złotych emerytury?

Nie, skąd! Tysiąc złotych to może mieć nauczycielka, ale nie ubek.
Nie chodzi nam o jakieś nienależne przywileje, ale zostawmy już to, panie redaktorze. A dla nauczycieli wywalczyliśmy wcześniejsze emerytury w pełnej wysokości, podczas gdy rząd proponował w 80 proc. Jestem, podobnie jak pan, młodym człowiekiem i nie rozumiem, czemu pan mnie męczy o to SB?

Bo to prawdziwa tożsamość SLD - ubecja i aborcja, ale nie chcę się z panem spierać. Miller, Oleksy - cokolwiek o nich nie mówić - mieli charyzmę. A pana oskarżają, że jest letni.
Wyletniony, bo idzie lato. A tak poważnie, to ostatnio słyszałem, że jestem zbyt ostry, a nie letni.

Miał być pan nadzieją na odrodzenie potęgi lewicy.
W 2005 r. w końcu zostałem przewodniczącym partii, bo takie były oczekiwania, choć nie byłem do tego w ogóle przygotowany i wcale się do objęcia tego stanowiska nie paliłem. Wszystkiego w prowadzeniu partii musiałem się uczyć od początku. I kiedy już nabrałem wielu doświadczeń i wiele się nauczyłem, to przegrałem z Grzegorzem Napieralskim i przestałem być przewodniczącym SLD.

Bolało?
Wtedy trochę tak, ale ta porażka wiele mnie nauczyła.

Dlaczego ucieka pan do Parlamentu Europejskiego? Bo tu poniósł pan klęskę?
Nigdzie nie uciekam, nie wyprowadzam się, tylko angażuję się w przedsięwzięcie, z którego może być dla Polaków bardzo wiele dobrego. Zastanawiałem się długo nad tą propozycję i jestem teraz całkowicie przekonany, że energię, którą mam, to doświadczenie mogę spożytkować w Parlamencie Europejskim.

Każdy jest podejrzewany, że kandyduje dla pieniędzy.
Kiedy szedłem do polityki w ogóle o tym nie myślałem i przez te lata w niej spędzone nie dorobiłem się szczególnego majątku.

Teraz się pan odkuje.
Nie, panie redaktorze, teraz też o tym nie myślę. Chcę wykorzystać swoje doświadczenie i umiejętności, by pracować w Parlamencie Europejskim, i nie kieruję się wysokością diety.

Będzie pan kandydował w wyborach do Sejmu za dwa lata?
Dziś podejmuję zobowiązanie wypełnienia swojej kadencji w Parlamencie Europejskim, chcę w pracę w nim zaangażować się w stu procentach, ale dwa lata to w polskiej polityce ogrom czasu i nikt nie może być pewien, co się wydarzy.

A kto będzie kandydatem lewicy na prezydenta? Nie pan?
Na pewno nie ja. Raz już podjąłem decyzję, nie będąc do niej przekonany, i objąłem przywództwo w SLD. Teraz nie popełnię tego błędu.

Mówił pan, że jest długodystansowcem. Więc jak pan sobie wyobraża przyszłość w polityce?
Nauczyłem się, by nie wybiegać zbyt daleko w przyszłość. Wiem, że ułoży się ona pomyślnie, jeśli będę jak najlepiej wypełniał powierzone mi obowiązki. I o swojej przyszłości wiem tylko, że jeśli dostanę się do Parlamentu Europejskiego, to zaangażuję się w jego pracę z całą mocą. I wtedy będę mógł jeszcze w polityce wiele osiągnąć.

Ile pan schudł?
Wróciłem do swej wagi ze studiów, czyli od czasów rekordu wagowego sprzed czterech lat zrzuciłem jakieś dwadzieścia kilogramów.

Dwadzieścia kilo lewicy mniej - jak to się robi?
Przede wszystkim dużo sportu.

Winston Churchill pytany o sekret długowieczności odpowiadał: "Po pierwsze, żadnych sportów".
A ja uprawiam sport, mniej jem i jest mi z tym dużo, dużo lepiej.

Te sporty, to jakie?
Pływanie, bieganie...

Setka?
Poniżej czterystu nie zaczynam. I nie siadam do stołu. (śmiech)

Aż mi głupio, że nie przyniosłem butelki.
Nie postarał się pan, a ja się staram. Na przykład codziennie staram się pobiegać. Gram też w piłkę.

Jak się pan przygotowuje do trudów kampanii?
Gimnastyka, pływanie, bieganie, jazda rowerem - ja to wszystko lubię i robię bez względu na kampanię wyborczą.

Skąd ta opalenizna?
Ze spotkań z wyborcami.

W solarium się spotykacie?
Ostatnio miałem sporo spotkań okolicznościowych, a pogoda była dobra, stąd opalenizna. Mam typową opaleniznę polityka, czyli od kołnierzyka w górę. A że, jak niektórzy zauważyli, zdarza mi się chodzić bez krawata i z lekko rozpiętą koszulą...

Chyba z lekko zapiętą.
(śmiech) Więc wyjątkowo mam opalony również tors. Ale proszę zobaczyć, o, tu jestem nieopalony... (Wojciech Olejniczak podnosi nogi i podciąga nogawki do kolan).

Czuję się nieco skrępowany. Czy w ramach rewanżu też powinienem pokazać panu łydkę?
Z tego, co wiem, to pan redaktor był właśnie na południu, więc w tej konkurencji gorzej wypadnę.

Podobno ubiera się pan tylko u Hugo Bossa.
Skądże znowu!

To niech pan pokaże marynarkę.
Zwyczajna, ze sklepu. W Stanach zapłaciłem 50 dol. O, nawet nie ma metki.

Bo jest z drugiej strony. O, proszę, Calvin Klein! Buty szpanerskie, koszula włoska, spodnie też, Corneliani, z najdroższego segmentu...
Panie redaktorze, zwyczajne rzeczy, naprawdę.

A jak z pańskim angielskim?
Much better.

Uczy się pan?
Od kilku lat i to nie z myślą o kandydowaniu. Płacę za lekcje i konwersacje sam, czasem udzielają mi ich przyjaciele, ale ani partia, ani państwo do tego nie dokładają.

Jakieś inne języki?
Uczyłem się rosyjskiego, ale nie pogawarit.

Nie pogawarim, towariszcz Olejniczak, niet "nie pogawarit"
Ojej, tak, "nie pogawarim’, przepraszam! Skoro mówimy o nauce języka, to problemem nie jest jej znajomość wśród polityków, ale to, że nie zrobili nic, by polskie dzieci miały zapewnioną naukę angielskiego od przedszkola, tak jak to jest w Europie. I to powinno być celem kandydowania, a nie nauka angielskiego w Brukseli.

*Wojciech Olejniczak, poseł Sojuszu Lewicy Demokratycznej, w latach 2005 - 2008 przewodniczący SLD. Przewodniczy klubowi poselskiemu Lewicy