Na swój sposób obie afery cofają polską politykę o kilka lat. Do punktu wyjścia, z którego walkę o dominację zaczynały PO i PiS. Nie ma to też niestety większego pozytywnego wpływu na jakość polskiej polityki. W tym sensie, że uczestniczące w boju partie nie szukają w aferze impulsu do wewnętrznej przemiany, np. do zdemokratyzowania ich struktur oraz odejścia od modelu wodzowsko-dworskiego. Przeciwnie: widać, że wokółaferalna mobilizacja skutkuje wzmocnieniem władzy kierownictwa. W jaskrawy sposób widać to w przypadku PO, gdzie afera umożliwiła Donaldowi Tuskowi przemeblowanie jego otoczenia. Mniej rzuca się w oczy to w przypadku PiS, ale i tu skończyło się sarkanie na wszechwładzę i wynikające z niej błędy Jarosława Kaczyńskiego. W mikroskopijnej formie widać to nawet w SLD, gdzie niepowodzenia PO potwierdziły "słuszność" linii Grzegorza Napieralskiego.

Reklama

Nie należy jednak narzekać, że afery wyszły na jaw. Bez ich ujawnienia byłoby tylko gorzej. Ktoś -- tak jak np. Waldemar Kuczyński, czy publicyści "Gazety Wyborczej" i "Polityki" -- kto narzeka na wścibstwo mediów powinien przypomnieć sobie słynną frazę Lecha Wałęsy o termometrze (wprawdzie wygłoszoną w skandalicznych okolicznościach, ale jednak słuszną): "Stłucz pan termometr, nie będziesz miał pan gorączki".

Czy bagatelizowanie nadużyć i skandali w najwyższych kręgach władzy służy demokracji? Czy służy nawet partii rządzącej? Wątpliwe. SLD za czasów Leszka Millera nie było śledzone przez CBA, a i tak wyszło wszystko co miało wyjść. Ze skutkiem niemal śmiertelnym dla Sojuszu.

Kto wie, czy nie jest szczęściem w nieszczęściu dla PO fakt, że obie afery zostały nagłośnione teraz? Gdy partia ma jeszcze doskonałe sondaże, jej lider jest najpopularniejszym w kraju politykiem, a opozycja jest żenująco słaba. Wysyp afer na kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi wszak nie byłby tym o czym marzy Donald Tusk.

Oczywiście nie znaczy to, że Mariusz Kamiński jest jego dobrodziejem.

Cykl ukazywania się kolejnych rewelacji jest zastanawiający i trudno dziś uwierzyć, że nie ma w tym żadnego planu.

Najgorsze dla PO jest to, że pada ofiarą serii przecieków, ale nie montażu. Nic, co zostało ujawnione do tej pory nie jest wynikiem prowokacji takiej jak w przypadku Beaty Sawickiej. Tym razem agenci CBA tylko przysłuchiwali się harcom polityków PO i to rejestrowali. Wygląda też na to, że główni bohaterowie owych harców nie wiedzą, co CBA zdobyło i nie potrafią uzgodnić wspólnej "legendy". Jeśli prawdą są ostatnie rewelacje na temat spotkań Grzegorza Schetyny z osławionym Ryśkiem oraz te o innych, oprócz Katarczyków, inwestorach chcących budować w Polsce statki to wali się cała linia obrony i wiarygodność czołówki partii i rządu.

Publikowane stenogramy i oficjalne reakcje nań demaskują też dyletantyzm ludzi, którzy budowali polityczny prestiż na podkreślaniu własnego profesjonalizmu. W szczególności w opozycji do poprzedniej ekipy.

Zapewne słabe występy medialne Schetyny nie mają związku z jego dokonaniami w MSWiA, ale w oczach telewidzów nieskładnie broniący się polityk nie będzie kojarzył się już z profesjonalizmem. Katastrofalna konferencja prasowa Mirosława Drzewieckiego pokazuje jak bardzo rozpieszczeni przez media byli politycy Platformy. I jak dziś nie potrafią sobie dać rady z dobrze przygotowanymi dziennikarzami. Bo trzeba przyznać, że nonszalanccy na co dzień reporterzy mediów elektronicznych błyskawicznie wykuli na pamięć kalendaria spotkań z Ryśkiem czy tajemniczymi inwestorami z Kataru. Nawet tzw. specjaliści spoza polityki -- jak np. prezes Agencji Rozwoju Przemysłu (nie poległ całkowicie tylko dzięki rzeczniczce, tej od "ręce przy sobie" i "idziemy, idzieeeemy, panie prezesie") -- dają argumenty głosicielom tezy o krótkiej ławce Platformy. Warto wspomnieć tu też o jakości służb kontrolowanych przez ludzi PO -- ABW i AW. Można zrozumieć, że nie były one zainteresowane tropieniem swoich patronów. Ale przegapienie akcji CBA może świadczyć tylko o ich dyletantyzmie, bo przecież nie zaufaniu do ludzi Kamińskiego.

W tej sytuacji nietrudno zrozumieć dlaczego liderem tej partii jest Tusk. Tylko on, mimo wybuchowego charakteru, nie traci głowy. Nawet tak doświadczony polityk jak Grzegorz Schetyna chciał trzymać się swojej posady, choć wiedział, że dalej tam trwając byłby wymarzonym celem dla opozycji. Jako ów Grześ od Rysia. Wygląda na to, że zaskakująco szybko tracąca wiarę w siebie Platforma może ocaleć tylko dzięki zdecydowaniu Tuska. Rekonstrukcja rządu już została oceniona wysoko -- nawet przez polityków opozycji. Nawiasem -- każdy dzień przynosi kolejne potwierdzenia, że Tusk nie miał innego wyjścia niż tylko pozbycie się swych niezbyt udolnych kolegów. Z tego powodu chyba trzeba oczekiwać kolejnych dymisji w rządzie.

Tuskowi trudno odmówić odwagi w podejmowaniu decyzji. Prawdopodobnie to jedyna szansa na ratowanie Platformy. Według sejmowej pogłoski platformerskim przedstawicielem w komisji śledczej ds. afery hazardowej ma być Jarosław Gowin. Ten sposób myślenia zdradza główną myśl -- przeciwnikiem jest nadal PiS. Osobowość Gowina, jego soft power, ma z jednej strony powstrzymać przepływ wyborców z PO do PiS. Z drugiej rozbroić przedstawicieli PiS, którzy wiedzą jak atakować Karpiniuka czy Palikota, ale nie Gowina. Choć nie wiadomo, czy pomysł z Gowinem zostanie zrealizowany, bo ambitny polityk z Krakowa ma dość wrogów wewnątrz PO.

Zresztą, gdyby nawet członkiem komisji został Stefan Niesiołowski nie znaczy to, że opozycja jest w stanie skolonializować opuszczane przez PO terytoria. Jeśli w polityce jest wartością "dawanie nadziei" to ani PiS ani SLD nie mają szansy stać się cieniem prezydenta Obamy. Te partie dziś nadzieje dają tylko swoim wyznawcom. A że jednocześnie poparcie dla PO zmierza do podobnych ograniczeń klincz będzie trwał dalej. Dwa dni temu redaktor naczelny "Dziennika" pisał o rozczarowaniu jako o dominującym uczuciu wiążącym się z polską polityką. Ma rację Michał Kobosko pisząc o rezygnacji szerokich mas wyborców. W praktyce będzie to oznaczało, że w przyszłym parlamencie odtworzy się obecny układ partyjny. Może nawet mniej funkcjonalny, jeśli np. PSL nie przekroczy progu wyborczego. Ani PO ani PiS nie posiądą możliwości samodzielnego rządzenia. Konieczna będzie koalicja z coraz bardziej pewnym siebie, a przez to kapryśnym, Sojuszem. W żadnym przypadku nie będzie to stabilny układ.

Nie jest to jednak wina Mariusza Kamińskiego. W pierwszym rzędzie trzeba obwiniać za to Mira, Zbycha, Rycha, może też Grzesia. No i na pewno Olka. Olka Grada.