Platforma Obywatelska jako partia polityczna zmarnowała dwa lata swoich rządów, na które czekała przez tak długi czas. Zmarnowała – bo nie wykorzystała możliwości przekształcenia się w sprawny organizm podobny do partii zachodnioeuropejskich. Platforma przespała najlepszy czas. Nadal jest pospolitym ruszeniem aktywnym jedynie w czasie kolejnych kampanii wyborczych. Spojonym wyłącznie osobą lidera i sondażowym powodzeniem.

Reklama

Diagnozowanie stanu PO jest dziś opisywaniem paradoksów. Z jednej strony obraz wewnętrznego stanu partii jest fatalny – skłóceni, często nienawidzący się ludzie, których nie łączy nic poza legitymacją. Z drugiej strony Platforma to gigant na polskiej scenie politycznej, który – jak dziś się zdaje – ma wygrane najbliższe wybory prezydenckie, samorządowe, a i pewnie parlamentarne. Z jednej strony politycy tej partii z przygnębieniem narzekają na swoich liderów, z drugiej są niezachwianie przekonani, że Polacy i tak na nich zagłosują, bo konkurencja jest jeszcze gorsza.

Między górą a dołem

Platforma najgorzej wygląda na samym dole – w województwach i powiatach. Najlepiej – jeśli chodzi o sprawność i coś w rodzaju politycznego esprit de cors – w otoczeniu Donalda Tuska. Jednocześnie właśnie ta wierchuszka jest odpowiedzialna za fatalny stan partyjnych dołów.

Ani PiS, ani też SLD nie mają w terenie takiego bałaganu jak PO. Trudno znaleźć region, gdzie nie byłoby awantur i podziałów między działaczami rządzącej partii. Koalicjanci z PSL skarżą się, że np. w Warmińsko-Mazurskiem nie wiadomo, z którą Platformą mają rozmawiać – są tam trzy zwalczające się środowiska. W Świętokrzyskiem rozwiązano większość struktur. W Krakowie dwa obozy prowadzą jawną wojnę. Na Dolnym Śląsku Platforma odwoływała własnego marszałka sejmiku wojewódzkiego.

Jeszcze gorzej jest w strukturach miejskich i powiatowych. Tam od dawna trwa podjazdowa walka o wystawienie kandydatur w przyszłorocznych wyborach samorządowych. To tam też widać najlepiej, że PO stała się partią władzy. Po sukcesie w 2007 dołączyły do niej rzesze lokalnych oportunistów, którzy w poprzednich latach lepili się do SLD albo PiS. Na dodatek zbliżają się wewnętrzne partyjne wybory delegatów na kongres. Co bardziej bezwzględni gracze wrócili do znanej z poprzednich lat metody walki o władzę – tzw. pompowania kół. Powstają nowe – często fikcyjne – koła, a do starych dopisywane są martwe dusze. Trudno się oprzeć przed stosowaniem tej metody zwiększania własnego zaplecza, skoro korzystał z niej przed laty – jeszcze w Unii Wolności – sam Grzegorz Schetyna, skutecznie marginalizując Władysława Frasyniuka.

Między Tuskiem a Schetyną

Były wicepremier, obecnie szef klubu parlamentarnego, jest obwiniany także za zły stan struktur terenowych. To charakterystyczne, że poza kilkoma wyjątkami – np. Janusza Palikota lub Waldy Dzikowskiego – regionami PO kierują osoby mało znane opinii publicznej. Taki jest efekt polityki Schetyny, który wolał wyznaczać osoby słabsze, łatwiejsze do kontroli. Ten negatywny dobór przenosił się na niższe struktury.

Ale i tu jest paradoks. Te skłócone struktury cały czas pozostają faworytem wyborów samorządowych. Jest to zjawisko, które przeraża nawet niektórych działaczy PO. Ci bowiem są przekonani, że zemści się to za jakiś czas – choć teraz powoduje samozadowolenie kierownictwa. Po co coś zmieniać, skoro i tak ludzie nas kochają – to częsty argument w wewnątrzplatformerskich debatach.

Tym samym argumentem ucinane są też dyskusje w klubie parlamentarnym. Posłowie często nie wiedzą, co sądzić o kondycji swojej partii. Uważają, że ścisłe kierownictwo traktuje ich instrumentalnie. W pracach nad kolejnymi ustawami parlamentarzyści PO dostają z kancelarii premiera gotowe projekty i harmonogram, kiedy mają je uchwalić. Bez prawa do zmian. Mirosław Sekuła dowcipnie to określił, że posłowie są tylko interfejsem między ściągawką do głosowania a przyciskiem. Posłowie narzekają też, że ich wiedza o działaniach rządu pochodzi wyłącznie z konferencji prasowych premiera i wypowiedzi w mediach.

Nie wiadomo jednak, czy naprawdę chcą być bardziej samodzielni. Grzegorz Schetyna jako nowy szef klubu spotkał się z jego senacką częścią. Przemawiał do senatorów – z których wielu to wykładowcy akademiccy – w sposób cokolwiek obcesowy. Poruszyło ich szczególnie stwierdzenie, że „takie są wytyczne i proszę to wykonać”. Po przemówieniu wielu buńczucznie zapowiadało, że nie pozwoli, by ich tak traktować. Buntu jednak nie było, a i niektórzy urażeni tonem Schetyny zaczęli przyznawać, że dzięki jego energii klub zaczął pracować sprawniej. Jest zresztą dość zabawne, że sama wizja groźnego Grzegorza jako szefa klubu zmobilizowała niektórych spóźnialskich parlamentarzystów do uregulowania długów wobec klubu i partii oraz poprawiła frekwencję na wszystkich zebraniach.

Między siłą a słabością

Platforma nie jest już monolitem. Najwierniejsi z wiernych przyznają, że znaczący spadek sondaży wywoła ruchy odśrodkowe. Wymuszona aferą hazardową rekonstrukcja rządu zmusiła wielu polityków PO do określenia się, czy bliżej im do Schetyny czy do Tuska. Piszący do tej pory przemówienia premierowi Rafał Grupiński powędrował z KPRM do Sejmu mimo że nie miał nic wspólnego z aferą. Przyjaźnił się jednak od wielu lat ze Schetyną, a nie z Tuskiem. Wysłany do Sejmu dla pilnowania Schetyny Sławomir Nowak miał być uhonorowany prestiżowym stanowiskiem szefa sejmowej komisji spraw zagranicznej. Zajmuje je jednak Andrzej Halicki – znajomy Schetyny jeszcze z czasów NZS. Jest więc pat. Za to Jarosław Gowin, który potrafi ostro skrytykować własną partię (co wyjątkowe w polskiej polityce), zaś zawsze bronił Tuska, nie przyjął oferty od Schetyny, by zostać wiceszefem klubu.

Gry i gierki pokazują, że wiele decyzji kierownictwa PO nie jest wynikiem przemyślanego planu działania, ale skutkiem wewnętrznych kompromisów. Wyznaczenie daty zakończenia pracy komisji ds. ustawy hazardowej na 28 lutego ma wynikać z tego, że zimą odbędą się w Platformie wybory delegatów na kongres. Ucięcie prac komisji ma zapobiec wykorzystywaniu jej w wewnętrznych rozgrywkach. Także zaskakujący skład platformerskiej delegacji do komisji może być wynikiem trudnego kompromisu. PO posłała trójkę posłów z drugiego i trzeciego szeregu – chemika, filozofa i ekonomistę. Nikt z nich nie jest prawnikiem. Wiadomo jednak, że kandydaturę Jarosława Urbaniaka mocno promował Waldy Dzikowski, Sławomir Neumann to człowiek związany z Tuskiem, zaś Sekułę popierał Gowin.

Między wyborami

Reklama

Ciężko byłoby utrzymać te napięcia w ryzach, gdyby nie doskonałe sondaże i wspólny cel. Oczywiście chodzi o prezydenturę dla Tuska. Nawet najbardziej obrażeni na premiera nie mają interesu, by mu w tym przeszkadzać. Przeciwnie także dla nich będzie zyskiem jak najszybsze wyekspediowanie go do Pałacu Prezydenckiego.

Powszechne jest też przekonanie, że Platforma dziś byłaby niczym bez PDT – bo takim skrótem Tusk jest określany wśród wtajemniczonych. PDT, czyli premier Donald Tusk, jest traktowany jako przewodnik, który wyprowadzi stado z najstraszniejszej opresji. W tym stosunku jest coś z zabobonu. W najgorszym momencie afery hazardowej, gdy w kuluarowych rozmowach zdezorientowani posłowie nie wiedzieli, co powiedzieć, uciekali do formuły: – Ale przecież Donald chyba wie, co dalej robić.

Dlatego tak ważne, mimo niesnasek, pozostają dawne rytuały. Zwłaszcza rozgrywane i oglądane mecze. Niektórzy zesłani do Sejmu wobec dziennikarzy i szarej poselskiej masy podkreślają ostentacyjnie, że „właśnie wczoraj” oglądali z PDT mecz Barcelony i stąd „taki jestem dzisiaj niewyspany”. Ale jeśli jednocześnie wierzyć informatorom „Gazety Wyborczej”, którzy twierdzą, że mimo meczów Schetyna (to nie on się chwali niewyspaniem) od dawna nie rozmawiał w cztery oczy z Tuskiem, to widać, że dawna przyjacielska rozrywka wyrodziła się w pusty dworski rytuał.

Co będzie dalej z Platformą? A zwłaszcza z jej ciągle rewelacyjnymi notowaniami? Zapytany o kondycję partii znany polityk PO odpowiada: – Wychodzimy po aferze hazardowej na prostą. A będzie jeszcze lepiej, gdy zostaną zrealizowane projekty przygotowywane w kancelarii premiera.

Na pytanie, co to za projekty, nie chciał jednak odpowiedzieć. Stwierdził, że to nadzwyczaj tajne. Pozostaje pytanie: czy rzeczywiście otoczenie Tuska przygotowuje coś, co olśni społeczeństwo i sparaliżuje opozycję? Wtedy wysokie notowania nadal będą integrowały jego partię. Czy może to tylko wiara w mityczną, lecz nieistniejącą Wunderwaffe?