Jaka jest różnica pomiędzy samotnością a emigracją? Z jednej strony żadna, z drugiej strony przepastna. Emigracja wzmaga samotność? Prawdopodobnie. Ale od samotności w ojczyźnie samotność na emigracji może być znośniejsza. Słynne zdanie Miłosza o samotności raz i definitywnie wybranej. Czuł się osamotniony w Ameryce. I czuł się przez samotność wybrany. I wynagrodzony. Bardziej niż przez Nobla. Samotność samotności nierówna. Jak powszechnie wiadomo.

Reklama

W 3. numerze „Odry” przejmujący tekst Tomasza Tabaki o amerykańskiej samotności Tymoteusza Karpowicza. Kto napisze książkę o tych dwu samotnościach? Kto ułoży taki esej i nie pomyli światła z ciemnością? Założenia są tu tak jasne i wyraźne, że muszą być zwodnicze. Obaj z Wileńszczyzny, obaj przed emigracją uznani w kraju (Karpowicz mylnie miał się za represjonowanego - iluzja udręki - udręki wszakże nie umniejsza), obaj długie lata w USA, obaj wielcy, choć biegunowo różni poeci.

Dalej co? Też bieguny? Po stronie jednego światowa sława, podróże, tłumaczenia na wszystkie języki, kąpiele w ciepłych morzach, dzieła zebrane, skały marmurowe, lektury szkolne, witalne życie, wszelka jasność? Po stronie drugiego jedynie ciemność, niespełnienie i udręka? Nic bardziej mylnego. Po obu stronach udręka, po obu stronach ciemność. To, że jeden pracował nad jasnością strofy, dzieła jego nie umniejsza. To, że drugi taką jasność olewał, głębi mu nie przydaje.

Karpowicz znalazł upodobanie w najbardziej grząskich rewirach języka, niepodobna nie pomyśleć, że niekiedy te narkotyczne grzęzawiska wciągały go nie tylko po pas i nie tylko po szyję. Ale był to wybór świadomy. Miłosz stał na twardym gruncie. Kto myśli, że twardy grunt jest płytszy od bagiennego, raczej się myli. Różne demony różne podziemia zamieszkują. A może te same. Wedle Tabaki Karpowicz miłośników poezji Miłosza zwał kąśliwie „miłosznikami” - „dupkami salonowej narracji”. Do Barańczaka miał pretensje, że tłumacząc w USA polską literaturę, „promuje kiepski łatwy kanon”. (W przekładzie z polskiego na istotny: nie promuje Karpowicza). Nie zyskuje Tymoteusz Karpowicz na takich szczegółach. Ale w końcu autorowi szkicu nie idzie o to, by zyskiwał, nie idzie mu ani o panegiryk, ani nawet o esej biograficzny. Idzie mu o najwszechstronniejszy z możliwych, bo powieściowy (a zatem częściowo też imaginacyjny ) portret poety.

Ogłoszony przez „Odrę” fragment to jest - jak głosi nota - fragment powieści „Nic nie przemija”, w której to powieści Tymoteusz Karpowicz kryje się pod nazwiskiem Uparty. Pod tym akurat - „powieściowym” - względem zachowałbym dość daleko idący spokój. Pewnie, że jeśli termin „powieść” potraktować jako formę worek, zmieści się w tym worku wszystko, też literalne „wspomnienie o przyjacielu”. Bo na razie więcej świata powieściowego tu nie widać.

Tomaszowi Tabace, którego z lat 90. pamiętam jako roznamiętnionego rozmaitymi ideami redaktora chicagowskiego periodyku „2B”, z całego serca życzę, by swoją powieść ukończył i wydał, ale czy tak się stanie, nie założyłbym się - szczerze mówiąc - o nic. Powieści piszą miliony ludzi - kończą je nieliczni. Jeszcze mniej liczni piszą następne. Stare zdanie Konwickiego: jedno okrążenie zrobi każdy - literatura to jest dystans dla maratończyków. Na razie u Tabaki maratonu nie widać. Na razie nie jest tak, że autor w oparciu o karpowiczowski pierwowzór buduje jakąś inną, ogólniejszą postać, której inne jeszcze niż li tylko karpowiczowskie (owszem są one studziennie pojemne - powieść musi być jednak przekraczaniem) cechy przypisuje. Redaktorzy „Odry” - starzy wyjadacze z Mietkiem Orskim na czele - fragmentu (na razie imaginacyjnej w sensie ścisłym) powieści Tabaki nie drukują w dziale: proza; drukują ją w dziale: Tymoteusz Karpowicz, bo też nie bohater literacki o nazwisku Uparty, a z krwi, kości i męki pisarz jest tu bohaterem, on daje siłę tekstowi. „Odra” zawsze wierna pamięci poety (wierniejsza jemu niż on jej) raczej nie fetuje ważnego debiutu prozatorskiego - daje kolejne świadectwo swej czci dla autora „Odwróconego światła”, starzy druhowie mają świadomość, że dla dzieła z natury rzeczy skazanego (skazującego się) na wielkie nieistnienie - każde przypomnienie ważne. Czułość, z jaką autor o swym zmarłym przyjacielu pisze, jest donioślejsza od chybotliwej niekiedy sprawności literackiej. Tym donioślejsza, że Tabako opowiada o pełnej chorób i wszelakiego męczeństwa końcówce domu Karpowiczów.

"Gdy ona spała po zabiegu chemioterapii, on nie potrafił zasnąć. Stękając, wstawał o czwartej nad ranem. Ucierał dwa jabłka i marchewkę dla żony. Przygotowywał sok z porzeczek. Gotował zupę szczawiową. Szedł do piekarni po chrupiące bułeczki. Albo wędrował z plecakiem trzy kilometry do najbliższego supermarketu. Lub tłukł się kolejką do polskiej dzielnicy w Chicago, aby kupić tam kaszę gryczaną i sery. Lodówka się zepsuła, więc to, co kupił, umieszczał w przedsionku pomiędzy kuchnią a ogrodem. Szedł do ogrodu po świeży szczypiorek. Maryla wstawała, pomagał jej rozczesać włosy i nałożyć perukę; od radioterapii była już całkiem łysa”.

W obliczu choroby żony Tymoteusz Karpowicz skrywał (błahą wobec przerzutów? - nie tylko; prawdziwie piekielne tu są zapętlenia) pracę literacką. "Niekiedy złaził do piwnicy albo szedł do łazienki i tam się zamykał: siedząc na sedesie, przeredagowywał kolejną wersję wiersza. (…) Raz zapomniał zamknąć drzwi na zasuwkę - i nagle zrozumiał: był bezbronny. Ujrzał Marylę stojącą w drzwiach łazienki. Była bez peruki. On na sedesie. Patrzyła na niego groźnie (…) <Ja umieram a ty piszesz wiersze?>”.

"Gdy ostatni raz widziałem Tymka i Marylę razem, na stole leżał tom <Słoi>, ale był zamknięty. Na cztery spusty. Tymek nie chciał rozmawiać o poezji. Było lato 2003. Maryla ostrożnie weszła do pokoju. Przyniosła kieliszek. Schyliła się. Dopiero wtedy spostrzegłem, że była kombinacją ciała i plastiku: zestaw rurek oplatał jej tułów. Od metabolitów był Tymek, który kilka razy dziennie czyścił dolną część plastikowej kanalizacji”.

"Tego wieczoru, gdy skremowano Marylę, Tymek wciąż zachowywał się, jakby odmówił podpisania protokołu zdarzeń. Był nieogolony, poczochrany, w starej marynarce i nieświeżej koszuli. Ale wieczorem, gdy zadzwoniłem, odebrał telefon. No dobrze, ale po co ta rozmowa? Nic się nie zmieniło - wymamrotał”.

Z bliska, z bardzo bliska patrzy na swych przyjaciół autor opowieści. Czyta się to ze ściśniętym sercem, niektórzy mogą czytać ze sprzeciwem. Domysł, że Tabako jest swoiście ukąszony przez Amerykę, tzn. że uważa za normalne i oczyszczające to, co u nas uchodzi za zabronione i chorobliwe, jest uprawniony. Nie zdziwiłbym się gdyby jacyś - zwłaszcza - monopoliści przyjaźni z poetą albo inni urodzeni lustratorzy ruszyli do natarcia. Wyznam, że z niejaką nadzieją przekartkowałem w tej sprawie kolejny 4. numer "Odry”. I co? Nic. Duch w narodzie ginie? Nikogo nic nie oburza? Święcie? Nawet szaleńcy boży milczą? Wszyscy - jak ja - po lekturze dramatycznej opowieści - w lekturze wierszy Karpowicza zanurzeni? Ktoś się chyba odważy? Pokaże? Obnaży? Na Boga! Na Wszechmogącego! Polacy! Kto jest przeciw?