Matka Damiana walczyła, wierzyła, że kiedyś ją zrozumie: nie chciała go porzucić, tylko zarobić na dom. Dziś oboje próbują wszystko zacząć od nowa - czytamy w DZIENNIKU.

Damian to typowy przedstawiciel pokolenia eurosierot, które dorasta obok nas i na naszych oczach. Według danych DZIENNIKA” dzieci, które po wielkiej emigracji 2004/2005 r. straciły przynajmniej jednego z rodziców, może być w Polsce około 130 tys. "Dopiero teraz zaczynamy zdawać sobie sprawę, że emigracja to nie sielanka, to także przyczyna całej masy tragedii" - mówią eksperci.

Polska długo zamiatała sprawę pod dywan. W prasie można było tylko przeczytać fantastyczne success stories Polaków, którzy osiedlili się w Anglii i wyszli na prostą. Tymczasem na prowincji alarmowano: w naszym kraju są miejscowości, gdzie na wywiadówkach w szkołach pojawia się zaledwie kilka mam - reszta dzieci ma rodziców na Zachodzie i wychowują je dziadkowie albo dalsi krewni. Niemal każdy dom dziecka zetknął się ze zjawiskiem zostawiania dzieci "na przechowanie”, do łez doprowadza dziecięcy wierszyk do "mamy we Włoszech” zamieszczony w internecie.

Bartłomiej Walczak z Wyższej Szkoły Pedagogiki Resocjalizacyjnej w Warszawie szokuje wynikami swoich badań. Twierdzi, że połowa eurosierot ma w domu jednego rodzica. Jedna czwarta mieszka z dziadkami, ponad 10 proc. jest wychowywanych przez pełnoletnie rodzeństwo, a 3 proc. - przez dalszych krewnych. Pozostali zostają w domach sami bądź trafiają do domów dziecka i rodzin zastępczych. Bywa, że dyrektorzy tych pierwszych mają do czynienia z telefonami od rodziców, którzy wyjeżdżają za granicę i chcieliby oddać swoje dzieci.

Patologie, które towarzyszą eurosieroctwu, są coraz powszechniej obowiązującą normą. "Rozmawiając z nieletnimi, którzy zostali z jakichś powodów zatrzymani przez policję, zacząłem zwracać uwagę na to, co robi ojciec i matka dzieciaka. W znacznej większości pracują w Anglii, Irlandii czy Danii" - mówił lokalnemu portalowi kaliski policjant Roman Szeląg.

Sprawy dzieci zostawionych z przypadkowymi ludźmi albo wręcz bez żadnej opieki doskonale znają dyrektorzy placówek opiekuńczych. Szefowa jednego z ośrodków pomocy społecznej mówiła DZIENNIKOWI o pięcioletnim chłopcu i dziesięcioletniej dziewczynce zostawionych przez matkę pod opieką znajomej, inna o dwójce dzieci, którą pozostawiono w domu dziecka w Białymstoku. Zarabiający za granicą rodzice do Polski nie przyjeżdżają, z dziećmi kontaktują się tylko telefonicznie.

Najbardziej zadziwia to, że Polska do tej pory nie przeprowadziła nawet pełnych badań dotyczących zjawiska, nie zaproponowała też żadnej akcji uświadamiającej. O jak najszybsze zajęcie się problemem eurosierot apelują tymczasem socjologowie rodziny. "Rośnie nam ogromna grupa ludzi skrzywdzonych emocjonalnie przez rozłąkę" - mówi Anna Giza-Poleszczuk z Uniwersytetu Warszawskiego.

Roman Szeląg od czasu swojego odkrycia zmienił się w bojownika z eurosieroctwem. Objeżdża Kalisz, organizuje pogadanki w gimnazjach. "Błagam, nie zostawiajcie swoich dzieci" - apeluje. W rozmowie z DZIENNIKIEM przekonuje, że najgorsza bieda jest lepsza niż zniszczenie komuś życia. "Lepiej najeść się małą łyżką, niż zadławić chochlą" - mówi.

p

Nie było mnie, kiedy byłem potrzebny

KATARZYNA ŚWIERCZYŃSKA: Długo nie było pana w domu?
TOMASZ*:
Wyjechałem do Anglii 3,5 roku temu, kiedy żona była w zaawansowanej ciąży. Przyjechałem tylko na poród i znowu wróciłem na Wyspy. Po raz drugi córkę zobaczyłem, gdy miała sześć miesięcy. Straciłem pierwsze miesiące życia mojego dziecka. To czas, kiedy ona zmieniała się z dnia na dzień. A mnie nie było.

Miał pan jakiś moment przebudzenia? Kiedy dotarło do pana, że angielska przygoda może się źle skończyć?
Wie pani, któregoś dnia zorientowałem się, że zaczynam tracić rodzinę. Wcześniej pomagałem żonie rozwiązywać problemy, a kiedy wyjechałem, okazało się, że nauczyła się radzić sobie ze wszystkim sama. Tak jakby mnie zupełnie nie było. Okazało się, że mamy dwa osobne życia. Żona do dziś mi wypomina, że po prostu ich wtedy zostawiłem.

Sprowadził pan rodzinę do Anglii?
Żona razem z córeczką przyjechały do mnie po półrocznej rozłące. Bałem się, że dziecko potraktuje mnie jak intruza. Na szczęście było chyba zbyt malutkie.

Ale mimo to wróciliście do dawnego modelu - pan znów jest w Anglii, a rodzina w Polsce.
Córka szła do przedszkola, uznaliśmy, że lepiej, aby poszła w Polsce. Co miałem robić? Rzucić pracę? Spróbowaliśmy jeszcze raz żyć osobno. Wychodzi bardzo różnie.

Walczy pan o dziecko?
Staram się przyjeżdżać jak najczęściej, nawet dwa razy w miesiącu, codziennie dzwonię. Wieczorami gapię się w ekran monitora i oglądam filmiki ze swoją córeczką. Staram się wynagrodzić rozłąkę, kupując małej prezenty. Mimo to boję się, że córka za kilka lat wypomni mi tak jak żona: nie było cię, kiedy byłeś mi potrzebny.

Nie ma pan ochoty rzucić tego wszystkiego? Po prostu zaryzykować powrót?
To nie jest łatwe, bo tu zarabiam pieniądze. Ale wiem, że wrócę. Najdalej za rok, jak skończymy budować dom w Polsce. Wtedy mogę być nawet stróżem na parkingu. Byle być z rodziną. Inaczej sobie nie wyobrażam.

*Tomasz ma 37 lat, pracuje na stanowisku kierowniczym w dużej firmie w Manchesterze