Tak, będzie. I to mimo że wiele racji przemawia za tym, by po prostu ignorować wszelkie zachowania i wypowiedzi pana Palikota.
W polskim kodeksie karnym ustawodawca zapisał, że głowa państwa korzysta ze szczególnej ochrony. Prokurator powinien zastosować ten przepis. Uważam, że w okresie rządów premiera Tuska
świadomie jest prowadzona z jego strony polityka dezawuowania prezydenta i jego urzędu.
Oczywiście. Jest jednym z najważniejszych "kierowników" PO. Ponieważ należy do najściślejszego kierownictwa, oczywiste jest, że pozostali członkowie tego kierownictwa tak
samo sądzą. Tylko że podzielili się rolami. Ktoś jest dobrym gliną, a akurat Janusz Palikot tym złym, czyli harcownikiem czy zagończykiem, jak piszą inni. Ja uważam go za zwykłego chama.
Uważam, że nie ma elementarnej kultury osobistej, nie przejmuje się tym, jakie świadectwo wystawia samemu sobie i tak się zachowuje. Pozostali członkowie kierownictwa PO to akceptują, inaczej
by protestowali.
Bo jako prawnik nie potrafię przejść do porządku dziennego nad uzasadnieniem prokuratury. Tu jest mnóstwo błędów prawniczych. Najważniejszy to powołanie się na ekspertyzę językoznawcy
prof. Jerzego Bralczyka w kwestii rozumienia przepisu. Bo prokurator nie może posługiwać się językoznawcą jako ekspertem w kwestiach prawnych.
Tak. To znaczy, że można bardzo brzydko publicznie mówić o prezydencie i to nie stanowi zniewagi, a tym samym przestępstwa. Jeszcze jeden jest element w tej ekspertyzie budzący nasze
wątpliwości. Prokurator uznał, że jeśli Palikot powiedział: "uważam, że Lech Kaczyński jest chamem", to nie wypowiedział sądu o Lechu Kaczyńskim, tylko o swoich
przemyśleniach. Tego typu stwierdzenie to kpiny ze zdrowego rozsądku, bo mogę dowolną rzecz powiedzieć, bylebym użył słowa "uważam".
Nie, kwestia kultury osobistej czy jej braku nie należy do głównych powodów. To jest przykre, ale nie jest główną przeszkodą.
Były dobre i z tego, co sobie przypominam, olbrzymia większość bezpośrednich rozmów była inicjowana przez prezydenta. Natomiast najbardziej spektakularne konflikty zaczynał premier. Wydawało
się, że już jest nieźle po szczycie brukselskim, gdy obaj polecieli razem, ale już przy następnym była hucpa wymyślona przez premiera z niedawaniem samolotu, z utrudnieniami, z zagrywkami z
poziomu piaskownicy na zasadzie "ja pokażę, kto tu rządzi".
Nie przewiduję tym razem żadnych problemów samolotowych. Po prostu panowie pojadą, pewnie spotkają się tam, bo prezydent leci z Poznania z konferencji klimatycznej. Nie będą lecieć
razem.
Nie ma zaplanowanego. 7 grudnia prezydent wraca z podróży do Azji i ma trzy dni na przygotowanie się do szczytu: już szykujemy materiały i ekspertów. Może w tym czasie nastąpić spotkanie z
premierem, ja tego nie wykluczam.
Do załatwienia są kwestie klimatyczno-energetyczne, ale tu nie ma żadnych rozbieżności między prezydentem a rządem. Gdy są obaj na szczycie, ułatwia to działania, tworzenie koalicji.
Jeśli jest jednolite stanowisko rządowe i na jego podstawie się działa, to wiadomo, co chcemy osiągnąć, do czego trzeba przekonywać partnerów. Poza tym i tak trzeba działać elastycznie i
przygotowanie wcześniejszych schematów działań może być zbędne.
Ich raczej dzieli nie kwestia traktatu, ale tego, w którym momencie powinien być podpisany. Pan prezydent deklarował, że Polska nie jest krajem, który uniemożliwi przyjęcie traktatu
lizbońskiego. I tak będzie.
Lech Kaczyński dotrzymał zobowiązań i jeśli mowa o tym, na co panowie się umówili, to właśnie Lech Kaczyński ich dotrzymał.
No, zdaje się, że mu się nie udało.
W tym, by spowodować, że Irlandia przeprowadzi kolejne referendum. Prezydencja Francji jest bardzo pechowa z powodów obiektywnych, na które ani Francja, ani prezydent Sarkozy nie mieli żadnego
wpływu. Najważniejsze wydarzenia z tego półrocza są zupełnie inne, niż sądzono, że będą. Przy czym dramatycznie trudno wykreować sukcesy tej prezydencji. Ja doskonale rozumiem, że
Francuzi bardzo by chcieli wylegitymować się tymi sukcesami. Wymyślono, że skoro takim sukcesem nie będzie ratyfikacja traktatu przez całą Unię, to przynajmniej będzie pseudosukces, bo
wszystkie kraje poza Irlandią ratyfikują. Tak się raczej nie stanie, także z powodu Niemiec, o czym u nas się prawie nie wspomina.
Nie. Nie chodzi o prztyczek, ale by świat nie zamykał oczu na to, co się dzieje w Gruzji. By powstrzymywać imperialną politykę Rosji, a nie ją akceptować. Jeśli ktoś się wpisuje w ten
prorosyjski chór, to jest jego problem.
Tak, to być może kluczowy problem naszej polityki zagranicznej. W sierpniu w Tbilisi jeden z liderów państw bałtyckich wprost porównał obecną sytuację z okresem poprzedzającym wybuch II
wojny światowej, działania Rosji z działaniami III Rzeszy i ówczesną reakcję Zachodu z dzisiejszą. Wówczas wydawało mi się, że to zbyt daleko idące porówanie, ale dziś całkowicie mu
przyznaję rację. Bo jeśli Rosja zaprowadzi swój porządek na Kaukazie, to pytanie co dalej? Odpowiedź jest prosta: Ukraina, a kto następny, niech każdy odpowie sobie sam.
Piotr Kownacki, szef Kancelarii Prezydenta