Podpisy pod petycją są zbierane w internecie od kilku dni. Złożyło je już 30 organizacji pozarządowych i półtora tysiąca osób prywatnych. Sygnatariusze apelu piszą, iż projekt
przygotowany przez Gowina "zagraża wolnościom i prawom obywatelskim oraz prawom człowieka", jest niezgodny z "międzynarodowymi standardami ochrony praw
człowieka" i konstytucją RP, gdyż narusza zasadę neutralności światopoglądowej państwa, niedyskryminacji i równego dostępu do opieki zdrowotnej.
Gowinowi zarzuca się też brak konsultacji ze środowiskiem pacjentów, lekarzy i prawników. A jego ustawie - błędy merytoryczne. "Dzięki metodom wspomaganego rozrodu w ciągu 30 lat na
świecie urodziło się blisko 3,5 mln dzieci, w Polsce w ten sposób na świat przychodzi rocznie ok. 6 tys. dzieci. Tych dzieci nie będzie, jeśli dziś nie zaprotestujemy przeciwko złemu
prawu" - czytamy w proteście.
Inicjatorka protestu Wanda Nowicka z Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny przekonuje, że ustawa oznacza de facto zakaz stosowania metody in vitro w Polsce ze względu na zapisany w niej
zakaz tworzenia i mrożenia zarodków nadliczbowych. "Zamiast tego proponuje się mrożenie komórek jajowych, które jest metodą eksperymentalną. Na świecie urodziło się w ten sposób
mniej niż 300 dzieci. W Polsce zaledwie dwoje" - podkreśla Nowicka.
Jarosław Gowin komentuje inicjatywę ze stoickim spokojem. "Wierzę, że najważniejsze zapisy ustawy zostaną utrzymane" - mówi nam poseł PO. I dodaje: "Taka liczba
podpisów nie świadczy o szerokim poparciu społecznym dla protestu.
Ustawą Gowina zajmie się po weekendzie specjalny zespół wyłoniony w PO. "Boję się, że Platforma będzie chciała przepchnąć ustawę szybko, już w styczniu. A to nie byłoby
dobre" - mówi Joanna Kluzik-Rostkowska, która jako jedna z niewielu polityków PiS otwarcie opowiada się za sztucznym zapłodnieniem. "Nam potrzeba spokojnej, merytorycznej
debaty o in vitro. Najlepiej byłoby ją odłożyć i poczekać, aż opadną emocje po wyborach do europarlamentu" - dodaje posłanka PiS.