"Często przebywam w towarzystwie Lecha Kaczyńskiego i od kilku tygodni zdarza mi się słyszeć: <Tutaj nie zgadzam się z Jarkiem. Tutaj mam inny pogląd>. A wcześniej nigdy nie słyszałem od niego takich słów" - mówi urzędnik z Pałacu Prezydenckiego.

Reklama

Jak ustalił DZIENNIK, do największej różnicy między Lechem a Jarosławem Kaczyńskim doszło w sprawie rozwiązania problemu opcji walutowych.

Początek lutego. Wybucha afera z opcjami. Media podają, że polskie firmy mogły na nich stracić dziesiątki miliardów złotych. Wicepremier gospodarki Waldemar Pawlak chce ustawy, która mogłaby nawet unieważnić te umowy. Platforma się nie zgadza. Ale Pawlak szybko zyskuje sojusznika - PiS. Co na to prezydent? "Nie chciał ani publicznej dyskusji o takim rozwiązaniu, bo uważał ją za szkodliwą dla Polski, ani scenariusza, w którym ustawa przechodzi głosami koalicji PiS-PSL-Lewica, a Donald Tusk publicznie apeluje do Lecha, by zawetował ustawę, bo i tak by to zrobił" - opowiada nam prezydencki doradca.

Bliski współpracownik Lecha Kaczyńskiego opowiada, że ostatnie tygodnie prezydenta to mnóstwo przeróżnych narad: z ekonomistami z różnych szkół, finansistami, przedsiębiorcami. "U Lecha bywają prezesi banków, liderzy Business Centre Club i profesorowie kojarzeni z Balcerowiczem. I praktycznie wszyscy są nim zachwyceni. Bo wiedza, jaką mu przekazują, nie idzie w las" - mówi nam polityk PiS związany z Pałacem Prezydenckim. Prezydencki urzędnik opowiada, że gdy zaczęło być głośno o opcjach, Lech Kaczyński od razu stanął na stanowisku, że firmom trzeba pomóc, ale nie można ich długami obarczać państwa. "Argumentował, że jak firmy zarabiały na tych samych opcjach, nikt nie krzyczał" - mówi nasz rozmówca.

Co zrobił prezydent? Parlamentarzysta PiS uchodzący za dobrego znajomego obu braci opowiada, że aż nim zatrzęsło. "Jeden z ekonomistów powiedział mu, że samo zagrożenie unieważnieniem opcji spowoduje ucieczkę kapitału z giełdy i wzrost kursu euro" - zdradza polityk. Dodaje, że niedługo potem bracia umówili się na spotkanie. "Słyszałem plotki, że było gorąco, ale znając ich obu wiem, że to raczej było starcie ekonomicznych racji Lecha z politycznym interesem Jarka" - mówi nasz rozmówca. Podobną wiedzę przekazuje nam jeden z prezydenckich ministrów: "Czy mediacja prezydenta odniosła zamierzony skutek? Gdy na początku marca PiS złożyło wreszcie własny projekt ustawy, okazało się, że znacząco odbiega od rozwiązań promowanych przez Pawlaka".

Referendum o euro

Reklama

Choć Lech i Jarosław Kaczyńscy mają podobne zdanie na temat drogi Polski do waluty euro, to na temat referendum w tej sprawie już się różnią. Prezes PiS uważa je za konieczne i niezbędne. Ale prezydent tak stanowczy już nie jest. W wywiadzie dla DZIENNIKA mówił, że chce być patronem porozumienia w tej sprawie. I zaznaczył, że wówczas do referendum nie powinno dojść. A kilka dni wcześniej szef prezydenckiej kancelarii Piotr Kownacki powiedział o referendum, że prezydent tego nie forsuje. "To jest inicjatywa Prawa i Sprawiedliwości. To projekt drugiego pana Kaczyńskiego" - powiedział minister.

>>>Prezydent może zrezygnować z referendum

Jeden z posłów PiS dziwi się naszemu zainteresowaniu taką różnicą. "Przecież już rok temu, gdy toczyła się gra o traktat, Leszek twardo powtarzał, że referendum to fatalne rozwiązanie. A w tym samym czasie Jarek mówił coś zupełnie innego" - twierdzi nasz rozmówca. Czemu wtedy się różnili? Czy z tego samego powodu różnią się dzisiaj?"Obaj bracia są politykami, ale to Jarosław jest głównym strategiem. Umie blefować i ostro wistować. Lech nie ma takiego doświadczenia w twardej grze politycznej. Dlatego w tych rozgrywkach to Jarek zawsze będzie <złym policjantem>" - opowiada polityk dawnego Porozumienia Centrum.

Nasi rozmówcy sugerują, że w sprawie referendum różnice to jedynie taktyka. "W finale tej gry Lech pokaże się jako arbiter nakłaniający PiS do rezygnacji z tego postulatu. Zyska wtedy mocny atut przed wyborami w przyszłym roku" - mówi doradca prezydenta. Ważny polityk PiS dodaje: "Z takim porozumieniem nie ma się co spieszyć. Im bliżej kampanii prezydenckiej to się wydarzy, tym lepiej".

W opozycji twardej i miękkiej

Ale prezydent jako arbiter nie może być nagłym zjawiskiem na scenie politycznej. "Choć to jego szczera postawa, taki nagły zwrot byłby odebrany jako sztuczny" - mówi współpracownik prezydenta. Dlatego Lech Kaczyński już dziś unika konfrontacji z rządem tam, gdzie to możliwe. Siłą rzeczy dochodzi więc na tym polu do różnic między nim a bratem. Bo Jarosław Kaczyński jest liderem twardej opozycji.

Mały sukcesik - mówili prezydenccy urzędnicy o nieformalnym szczycie UE 1 marca. Totalna porażka - mówił w tym samym czasie prezes PiS. "Nie dążę do konfrontacji" - tłumaczył prezydent. A już chwilę później jego brat powtarzał, że sukcesy Tuska na szczycie to jak udaremnienie ataku Gabonu na Polskę.

>>>Lech Kaczyński przeciwko programowi PiS

"Gdy prezydent nie potępia w czambuł premiera i jego polityki, politycy Platformy <głupieją> i sami zaczynają podkreślać, jak bardzo Lech różni się od Jarka" - zaciera ręce bliski współpracownik prezydenta. Poseł PiS uważany w partii za przeciwnika tzw. spin doktorów, czyli Adama Bielana i Michała Kamińskiego uważa, że sytuacja, w której bracia ustawiają się w kontrze do siebie jest chora. "A raczej nie <się ustawiają>, bo to <spinki> ich ustawiają.To fatalny błąd, bo przecież każde dziecko wie, że bracia mają takie same poglądy" - oburza się polityk. Ale inny poseł PiS przyznaje, że strategia jest skuteczna. "W ostatnią środę siedziałem w Sejmie i oglądałem prezydenta na uniwersytecie w Katowicach. Poza kilkoma nudziarstwami, był świetny. Po czym TVP Info kończy transmisję i na ekranie pojawia się Jarek, który jedzie po Tusku. Ani ja, ani nikt w pobliżu, a byli i posłowie PO, nie komentował tego w niemiły sposób. A to znaczy, że pokazanie jednego bliźniaka po drugim już nie budzi tak negatywnych emocji, jak kiedyś" - opowiada nasz rozmówca.

Zupełnie inny niż brat

Ale przecież pomysł, by zmusić społeczeństwo i polityków do rozróżniania jednego Kaczyńskiego od drugiego nie jest nowy. Dlaczego więc teraz wychodzi, a kiedyś nie? "To Lech miał zawsze z tym wielki kłopot. Czuł, że Jarosław jest za wszystko atakowany i niehonorowe jest pozostawienie go bez wsparcia" - mówi bliski współpracownik prezydenta. Co innego mówi jednak nasz rozmówca z otoczenia prezesa PiS. "Było dokładnie odwrotnie. To Jarosław nie dawał się namawiać na żadne strategie, które pozwalałyby na wskazywanie różnic między nim a prezydentem. Jedyne na co przystawał, ale nieskuteczne, to chowanie się w cieniu" - wyjaśnia. "Dlaczego więc teraz jest inaczej?" - pytamy. "Bo wreszcie specjaliści nauczyli Jarosława, że różnienie się z bratem to nie jest brak lojalności" - mówi nasz rozmówca. Opowiada, że to sukces szkoleń prowadzonych przez prof. Marka Kochana, socjologa UW specjalizującego się w autoperswazji.

Tusk: Niech Kaczyńscy nie przeszkadzają

Młody poseł PiS mówi nam, że w stosunku do kilku osób główny nacisk „trenerów” został położony na ich więzi z prezydentem. "Niektórzy wręcz wściekali się, gdy prowadzący kazał im przestać bronić Lecha Kaczyńskiego. Tłumaczył im, że taką obroną tylko mu szkodzą. Bo PiS ma elektorat negatywny większy niż prezydent, a jak w mediach pojawia się zastęp jego obrońców posłów, to postrzegany jest jako prezydent PiS, a nie wszystkich Polaków" - opowiada polityk PiS. Jego zdaniem także prezes Kaczyński przechodził przez te treningi. "Złościł się, dyskutował, ale dał się przekonać" - mówi ważny polityk PiS.