Rozumiem, że chce pan pogratulować rządowi podjęcia ryzyka wyrażenia gestu dobrej woli. Owszem, nie mieliśmy pewności, czy spotka się to z odzewem. Dziś
wiemy już, że tak się stało. Embargo na polskie mięso zostało przedwczoraj zniesione. Bez ryzyka nie ma sukcesu.
Jeśli zmienią się okoliczności, to zmieni się i nasze stanowisko. Pamiętajmy, że 90 procent naszego obrotu z Rosją to produkty roślinne, a rozmowy o ich wpuszczeniu na rynek rosyjski mają
mieć miejsce w styczniu. Myślę, że to stworzy bardzo dobre podstawy do dalszych zmian.
Embargo z jednej strony, a weto z drugiej źle służyło obu krajom. Jeżeli z tego pata wychodzimy, to powinniśmy się tylko cieszyć.
Co wolno mówić senatorowi, to niekoniecznie wolno ministrowi spraw zagranicznych. Jednak nie znalazłby Pan mojej wypowiedzi, w której nadmiernie rozdmuchiwałbym oczekiwania. Tutaj potrzebna jest
seria pragmatycznych posunięć. Jeżeli nie będziemy oczekiwać zbyt wiele, być może będziemy przyjemnie zaskoczeni.
Na razie premier Tusk i ja zostaliśmy zaproszeni do Moskwy, mamy dialog, także w sprawach trudnych - nazwałbym to normalizacją. Co nie oznacza, że ma być różowo. Zadaniem ministra spraw zagranicznych jest układanie jak najlepszych stosunków z sąsiadami, takimi jakimi są. Premier Tusk podkreślał zresztą wyraźnie, że mamy swoje opinie na temat sytuacji w Rosji. Ale nie musimy ich co rusz wykrzykiwać.
Proszę zauważyć, że podpisane właśnie w Królewcu memorandum jest trójstronne: obejmuje Rosję, Unię Europejską i Polskę.
Mam nadzieję, że zacytuje mnie pan dokładnie.
Prasa dokonała tak zwanego skrótu myślowego. W rzeczywistości powiedziałem: „Polska jest szczególnie wrażliwa na porozumienia, zawierane ponad naszymi głowami, takie
jak…” – i tutaj wymieniłem kilka, w tym właśnie wspomniany pakt. Mógłbym jeszcze dodać Rapallo, czy rozbiory.
Polska jest naprawdę szczególnie wrażliwa na porozumienia zawierane ponad naszymi głowami. Historii tego typu porozumień też nie zmienimy.
To była pierwsza, zapoznawcza wizyta nowego premiera. Oczekiwania były stanowczo zbyt wyśrubowane. Nawet w czasie bardzo udanego spotkania nie da się załatwić spraw, które nawarstwiały się
przez lata.
Ale my także nie zmieniamy naszego stanowiska, na przykład w sprawie gazociągu.
Czasami nawet między bliskimi sprzymierzeńcami jest różnica interesów. Nie zawsze dochodzi do uzgodnienia stanowisk.
Myślę, że najlepiej pytać o to samych Amerykanów. Prof. Brzeziński stwierdził już, że takie sformułowania to nonsens, który mogą wypowiadać osoby nie znające Stanów Zjednoczonych.
Myślę, że osądy takich osób powinny być traktowane podobnie, jak moje opinie o technologii produkcji łożysk kulkowych.
Rozumiem, że ci, którzy taką krytykę wyrażali, są zwolennikami tezy, że skoro Stany Zjednoczone są naszym potężnym sojusznikiem, to Polsce nie wolno wysuwać wobec nich żadnych
postulatów. Ta postawa byłaby przyjęta ze zdziwieniem we wszystkich ważnych stolicach. Co ciekawe, stawia ją obóz, który tak bardzo podkreśla, że w polityce zagranicznej potrzebna jest
asertywność i stanowczość.
Prowadzenie polityki zgodnie z taką zasadą oznaczałoby godzenie się na relację protektor – protegowany. Ja uważam, że między naszymi krajami powinny obowiązywać zasady sojuszniczej przyjaźni. A wobec przyjaciół ma się przecież czasami wymagania.
Tu jest różnica percepcji niebezpieczeństw i, co za tym idzie, interesów. Iran, podobnie jak wcześniej Irak Saddama Husajna, jest w Stanach Zjednoczonych uznawany za poważne zagrożenie dla
bezpieczeństwa narodowego. W tej kwestii obowiązują tam ustawy. My takich ustaw nie mamy. USA nie mają stosunków dyplomatycznych z Iranem – my tak. Przyjaźń nie musi oznaczać
pełnej jedności poglądów.
Załóżmy, że chce pan na balkonie swojego mieszkania zainstalować bardzo dużą antenę satelitarną, a pana sąsiad powiada: „Po moim trupie!”. Pan się upiera, ale sąsiad
mówi: „Proszę cię, żebyś wysłuchał moich argumentów. Później sam podejmiesz decyzję, nie mogę ci zabronić”. Wysłuchałby pan, czy nie?
A są tacy, którzy tak się boją o swoją pozycję, że nawet nie chcą słuchać. My wysłuchamy. Teraz w sprawie tarczy mamy coś w rodzaju okresu rekolekcji. Jest nowy rząd, rozmawiamy z NATO,
z Czechami, z USA, czekamy na konsultacje z Rosjanami. Wszystko to potrwa kilka tygodni i daje stronie amerykańskiej czas na złożenie nam nowej oferty.
Nie tylko teoretycznie, ale i praktycznie - Polska jest suwerennym krajem.
Mogę jedynie zacytować, co powiedział mi główny amerykański negocjator w tej sprawie: stosunki polsko-amerykańskie mają tak głęboki wymiar, że nie zależą od decyzji w kwestii jednej
instalacji.
Konstytucyjnie. Normalnie funkcjonuje przepływ dokumentów, wymieniam z panem prezydentem poglądy. Spodziewam się, że w nowym roku, gdy szykuje się mianowanie około 50 ambasadorów, bo
dotychczasowym kończą się kadencje, moja współpraca z Lechem Kaczyńskim będzie jeszcze intensywniejsza.
Nie lubię narzekać na media. Ale gdy widzę, jak wszyscy szukają dziury w całym, muszę powiedzieć, że to nie ułatwia pracy. Dajmy spokój z tym jątrzeniem, bo rządzenie w warunkach
kohabitacji i bez tego jest wystarczającym wyzwaniem.
Pyta mnie pan o kuchnię polityki, a już kanclerz Bismarck powiedział, że gdyby ludzie wiedzieli, jak się robi kiełbasę, to by jej pewnie nie chcieli jeść. Będziemy działać na rzecz dobra
naszego kraju poprzez przemyślane decyzje, a nie zagłębiać się w roztrząsanie procesu uzgodnień, który czasami bywa ożywiony nawet wewnątrz samego rządu, a co dopiero pomiędzy rządem a
prezydentem w sytuacji kohabitacji. To nikogo nie powinno dziwić.
Platforma ma najwyższe poparcie w historii, a polityka zagraniczna jest najlepiej ocenianym aspektem działalności rządu. Będę szczęśliwy, jeśli tak będzie nadal. Powody do frustracji mają
ci, którzy nam zazdroszczą.
Premier nadzoruje wszystkich ministrów – także mnie. To banał.
Osoba, o której pan mówi, piastowała to stanowisko już wcześniej i teraz została na nie jedynie przywrócona. Gdyby pojawiły się podejrzenia co do lojalności pracowników MSZ, zastosujemy procedury kontrwywiadowcze, ale sam fakt, że osoba kształciła się na MGIMO, nie ma większego znaczenia. Kilka dni temu przez moje biurko przeszła nominacja, o której zdecydował jeszcze poprzedni rząd - także dyplomaty po MGIMO. To nie jest wyjątek.
Moją zasadą jest, że oceniam ludzi indywidualnie. Ambasador Edward Pietrzyk, który studiował na dwóch sowieckich uczelniach, prawie stracił życie w zamachu terrorystycznym w Bagdadzie, dbając tam o interesy wolnej, demokratycznej Polski. Dzielenie ludzi na podstawie tego, na jakiej uczelni się kształcili, to stare myślenie. Przez kilkanaście lat wolnej Polski ludzie zweryfikowali się swoimi działaniami.
Powiem tylko tyle: słyszałem, że jedna z miłych pań, które podają nam kawę i herbatę, powiedziała, że po raz pierwszy od roku nie trzęsą jej się ręce.