"To była Noc Długich Noży" - opowiada DZIENNIKOWI Andrzej Lepper o godzinach w przeddzień swojej dymisji. "O trzeciej w nocy PiS dzwoniło do naszych posłów" - mówi. "Mamy do czynienia z najdalej posuniętą korupcją. I pewną odmianą zamachu stanu. Nie przypominam sobie, żeby poseł, minister proponował stanowiska, miejsca na listach dla znajomych i rodziny" - mówi oburzony.
Ale ta "gorąca noc" była tylko uwieńczeniem tego, co działo się według Leppera w koalicji wcześniej. "Panowała niesamowita dyktatura. Nikt nie ma prawa mieć odrębnego zdania. Kiedy wybuchła sprawa Macierwicza, który zarzucił ministrom spraw zagranicznych współpracę z sowieckimi służbami, miałem odwagę mieć swoje zdanie. Wówczas premier Kaczyński nie podał mi ręki na zapleczu Sejmu" - opowiada rozżalony Lepper.
Skoro było mu tak źle, czemu nie odszedł sam, a dał się wyrzucić? "Oni czekali, żebym sam odszedł, chcieli mnie do tego sprowokować. Żeby powiedzieć, że to ja zerwałem umowę" - odpowiada w DZIENNIKU szef Samoobrony.
Mimo tego, że współpraca z koalicjantami układała się fatalnie, Lepper nie żałuje tego "romansu". "Warto było. Pokazaliśmy, że jesteśmy poważną partią, która potrafi współrządzić" - mówi dumnie Andrzej Lepper.
Co teraz? "Wybory. Będziemy też żądać utworzenia komisji śledczej badającej korupcję członków rządu oraz posłów" - zdradza swoje plany Lepper.