Milicjanci atakowali najczęściej w tyralierze. W prawej ręce pałka, w drugiej tarcza. Ten stojący po prawej stronie zawsze mógł zasłonić przed kamieniami swojego kolegę. By przestraszyć ludzi, pluton ZOMO ruszając do ataku, bardzo często rytmicznie i miarowo uderzał pałami w tarcze. Huk był rzeczywiście przerażający.
Innym szykiem była tzw. szpica. Wyglądała jak odwrócona litera V. Stosowano ją w przypadku, gdy tłum demonstrantów był zwarty i nie rozstępował się na boki. Po rozproszeniu ludzi, formacja w zależności od rodzaju zadania moga powrócić do szyku liniowego, rozproszyć się lub też dalej uderzać w formie V. W tym ostatnim przypadku chodziło o to, żeby zatrzymać jak największa liczbę osób, które wpadały w ręce ZOMO niczym ryba w sieć ciągniętą przez rybaków.
Pierwszym zadaniem było rozbicie tłumu na małe grupy, które łatwiej było pacyfikować. W tym czasie inni funkcjonariusze zamykali cały teren czy dzielnice miasta, blokując ulice, którymi ludzie mogli uciekać. Z całą premedytacją zostawiano jednak jedną czy dwie drogi ucieczki, które pełniły rolę wentyla bezpieczeństwa. Chodziło o to, żeby zdesperowany tłum nie zachowywał się niczym szczur zapędzony w pułapkę. Wtedy stawał się nieobliczalny.
Przed rozpoczęciem akcji w tłum mieszali się konfidenci. Ich zadaniem było wyłapywanie najbardziej aktywnych demonstrantów i wyczucie nastrojów. Czy np. tłum jest gotów ostro walczyć, czy raczej nastawiony jest pokojowo. W w oknach okolicznych kamienic ukrywali się agenci Służby Bezpieczeństwa, którzy robili zdjęcia i filmowali przebieg akcji. Wcześniej, na odprawie, wszyscy funkcjonariusze dostawali znaki rozpoznawcze, tak żeby nie zarobili pałką od milicjantów. Mógł być to charakterystyczny znaczek wpięty w klapę, czy choćby czapka o określonym kolorze.
W odwodzie stały nyski z milicjantami i polewaczki. Nad miastem zazwyczaj krążył śmigłowiec M-2, z którego kontrolowano przebieg ulicznej bitwy. Na kilka godzin przed pacyfikacją władza robiła demonstrację siły. Nyski, polewaczki i UAZ-y z uzbrojonymi po zęby zomowcami krążyły po mieście, by pokazać, jaką siłę ma władza. Miało to osłabić morale demonstrantów i skłonić cześć z nich do powrotu do domu.
Milicjanci z ZOMO pałujący demonstrantów w PRL uczyli się technik od NRD-owskiej Volkspolizei. Podstawą była tyraliera. Pierwszym zadaniem było rozproszenie zwartego tłumu. Pomagał w tym atak polewaczek. Potem zaczynała się pacyfikacja poszczególnych grupek. Nad całością akcji czuwał śmigłowiec.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama