Jakub Stachowiak: Minister Marek Surmacz wysyła radiowóz policyjny, by dowiózł jadącej pociągiem pani minister Rafalskiej hamburgera...
Marek Biernacki: To szokujące!
To było 30 października, czyli dzień przed imprezą urzędników MSWiA w klubie Melodia, po której dwoje policjantów odwoziło z Warszawy do Siedlec dyrektora Serafina. Policjanci w
powrotnej drodze zginęli.
Ta sprawa ze śmiercią policjantów to wypadkowa tego, co się dzieje w MSWiA. Gdyby nie doszło do tragedii, te praktyki trwałyby nadal, nie zostałyby ujawnione. To cofnięcie się policji z IV
RP do głębokiego PRL, kiedy towarzysze partyjni mogli w ten sposób wpływać na policję i rozkazywać.
Przypomina to panu ręczne sterowanie policją?
Oczywiście, taka została stworzona atmosfera w całym ministerstwie. Policja to już nie brzmi dumnie, ona ma tylko i wyłącznie słuchać polityków i koniec.
To już było: za ministra Sobotki, za ministra Brachmańskiego, tak bardzo krytykowanych przez obecne władze.
Cały czas nie możemy wyrwać się z jakiegoś zaklętego kręgu. To zmierza w zamierzchły czas PRL, a nie nowoczesnego, demokratycznego państwa. Pan minister Surmacz był przecież milicjantem, a
potem nie poradził sobie w policji. Został z niej wywalony z hukiem, za łamanie zasady apolityczności. Teraz okazało się jednak, że tradycja milicyjna jest dla niego silniejsza od
policyjnej.
Czy pana zdaniem minister Surmacz w obliczu takiej sprawy nadal powinien pełnić swoją funkcję?
Za to odpowiada nie tylko Marek Surmacz, ale także Ludwik Dorn. Obaj powinni podać się do dymisji. Pytanie tylko, czy przyjmie je premier.