Lekarze, pielęgniarki i salowe kłócą się, kto ile powinien zarabiać od nowego roku. Dlatego przyszłoroczne płace stoją pod wielkim znakiem zapytania - pisze DZIENNIK.
Przed świętami dla pracowników służby zdrowia nie ma dobrych wiadomości. Wprawdzie minister zdrowia Zbigniew Religa kilka dni temu obiecywał lekarzom, że realny
jest coroczny 15-20 procentowy wzrost płac, ale na razie nie widać żadnych konkretów.
Ustawa, która dała całej służbie zdrowia 30-procentowe podwyżki, miała być rozwiązaniem przejściowym - obowiązuje od października zeszłego roku do końca 2007 r. Do tego czasu rząd z tzw. partnerami społecznymi miał znaleźć inne rozwiązanie, które zapewni wzrost płac. Ale tak się nie stało.
Związki zawodowe już teraz przewidują, że dyrektorzy placówek będą masowo zmieniać warunki zatrudnienia i od nowego roku obcinać płace. A to by oznaczało, że niektórzy pracownicy zamiast zyskać, wręcz stracą.
Jak temu zapobiec i zapewnić sprawiedliwe i stabilne zarobki - to miał ustalić zespół złożony z przedstawicieli związków zawodowych, rządu i samorządu lekarzy. Ale jego prace zakończyły się fiaskiem.
"Mieliśmy opracować zasady płacy na poszczególnych stanowiskach. Ale nie wszystkim na tym zależało. Hamulcem była strona rządowa i samorząd lekarski" - twierdzi Maria Ochman, szefowa "Solidarności" służby zdrowia.
Dlaczego tak trudno było się porozumieć? Związki zawodowe od początku chciały, aby nie było tak, że niektóre szpitale dostają więcej pieniędzy, a inne mniej. W tej chwili różnice płac w szpitalach są znaczne. Duże pieniądze wędrują do szpitali klinicznych, resortowych i niektórych pracujących tam lekarzy. Natomiast szpitale powiatowe i pracownicy niższego szczebla dostają grosze.
"Solidarność" proponowała ustalenie widełek na poszczególnych stanowiskach. To nie spodobało się lekarzom. "<Solidarność. chciała ustalenia płac zgodnie z zasadą równych żołądków. Chciała tabeli zaszeregowań, jak za komuny. I żeby tylko lekarze nie dostawali za dużo. To dziś jest nie do przyjęcia. Bo wprawdzie salowa ma taki sam żołądek, ale to nie ona operuje" - mówi Andrzej Włodarczyk z Naczelnej Izby Lekarskiej.
Lekarze popierali projekt Ministerstwa Zdrowia wyceny punktowej poszczególnych zawodów. Na przykład lekarz bez specjalizacji miałby 10 punktów, po specjalizacji - 15, pielęgniarka tuż po szkole 8 punktów. Co rok ministerstwo podawałoby przelicznik tych punktów na złotówki. Nikt na danym stanowisku nie mógłby zarabiać mniej niż tak wyliczona kwota. Górna granica nie była określona.
Ustawa, która dała całej służbie zdrowia 30-procentowe podwyżki, miała być rozwiązaniem przejściowym - obowiązuje od października zeszłego roku do końca 2007 r. Do tego czasu rząd z tzw. partnerami społecznymi miał znaleźć inne rozwiązanie, które zapewni wzrost płac. Ale tak się nie stało.
Związki zawodowe już teraz przewidują, że dyrektorzy placówek będą masowo zmieniać warunki zatrudnienia i od nowego roku obcinać płace. A to by oznaczało, że niektórzy pracownicy zamiast zyskać, wręcz stracą.
Jak temu zapobiec i zapewnić sprawiedliwe i stabilne zarobki - to miał ustalić zespół złożony z przedstawicieli związków zawodowych, rządu i samorządu lekarzy. Ale jego prace zakończyły się fiaskiem.
"Mieliśmy opracować zasady płacy na poszczególnych stanowiskach. Ale nie wszystkim na tym zależało. Hamulcem była strona rządowa i samorząd lekarski" - twierdzi Maria Ochman, szefowa "Solidarności" służby zdrowia.
Dlaczego tak trudno było się porozumieć? Związki zawodowe od początku chciały, aby nie było tak, że niektóre szpitale dostają więcej pieniędzy, a inne mniej. W tej chwili różnice płac w szpitalach są znaczne. Duże pieniądze wędrują do szpitali klinicznych, resortowych i niektórych pracujących tam lekarzy. Natomiast szpitale powiatowe i pracownicy niższego szczebla dostają grosze.
"Solidarność" proponowała ustalenie widełek na poszczególnych stanowiskach. To nie spodobało się lekarzom. "<Solidarność. chciała ustalenia płac zgodnie z zasadą równych żołądków. Chciała tabeli zaszeregowań, jak za komuny. I żeby tylko lekarze nie dostawali za dużo. To dziś jest nie do przyjęcia. Bo wprawdzie salowa ma taki sam żołądek, ale to nie ona operuje" - mówi Andrzej Włodarczyk z Naczelnej Izby Lekarskiej.
Lekarze popierali projekt Ministerstwa Zdrowia wyceny punktowej poszczególnych zawodów. Na przykład lekarz bez specjalizacji miałby 10 punktów, po specjalizacji - 15, pielęgniarka tuż po szkole 8 punktów. Co rok ministerstwo podawałoby przelicznik tych punktów na złotówki. Nikt na danym stanowisku nie mógłby zarabiać mniej niż tak wyliczona kwota. Górna granica nie była określona.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|