Jedna z wątpliwości podnoszonych przez "Rzeczpospolitą" dotyczy prędkości, z jaką miały jechać auta w rządowej kolumnie. Oficjalne informacje ze wstępnej opinii biegłych mówią o 50-60 km/h, jednak zestawienie przebiegu wydarzeń - godziny przylotu premier do Krakowa i samego wypadku - każe w to wątpić. Zdaniem "Rz", auto, które uderzyło w drzewo, mogło jechać z prędkością 100 km/h.

Reklama

Ale to nie koniec. Inne nieścisłości dotyczą oznakowania kolumny i tego, czy miała ona włączone sygnały dźwiękowe, czy tylko świetlne. I choć wersję o syrenach potwierdzili funkcjonariusze BOR, świadkowie nie są już tak zgodni. Do tego nie udało się zebrać zeznań tych kierowców, którzy mieli jechać tuż za fiatem seicento, o którego bok otarła się rządowa limuzyna. Co więcej, jeden z funkcjonariuszy BOR stwierdził w rozmowie z gazetą, że standardem jest wyłączanie sygnałów na trasie prowadzącej do domu premier Szydło.

Jeszcze inne wątpliwości dotyczą umiejętności kierowcy, który prowadził samochód z premier Szydło na pokładzie. Według resortu spraw wewnętrznych jest to doświadczony funkcjonariusz. Jednak zdaniem dziennika, nie był on przeszkolony w prowadzeniu samochodu opancerzonego, który jest znacznie cięższy od każdej standardowej maszyny osobowej, a za prezydentury Bronisława Komorowskiego kierował wyłącznie pojazdy ochronne.

Do wypadku doszło w piątek ok. godz. 18.30 w Oświęcimiu. Rządowa kolumna trzech samochodów na sygnale, w której pojazd premier Beaty Szydło jechał w środku, wyprzedzała fiata seicento. Jego 21-letni kierowca przepuścił pierwszy samochód, a następnie zaczął skręcać w lewo i zderzył się z autem szefowej rządu, które uderzyło w drzewo. W sobotę kierowca seicento usłyszał zarzut spowodowania wypadku. Sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa w Krakowie. W wypadku ranni zostali też dwaj funkcjonariusze BOR - kierowca i szef ochrony premier. Kierowca opuścił w sobotę szpital w Oświęcimiu, a szef ochrony przebywa w WIM. Zastrzegł, że nie chce upubliczniać informacji o swoim stanie zdrowia.