– pyta Tomasz Trela, wiceprezydent Łodzi. Jego słowa w dużej mierze oddają to, o czym myśli większość samorządowców.
– – wtóruje mu Marcin Skonieczka, wójt gminy Płużnica. Jego zdaniem intencje władzy są jasne: centralizacja państwa. –
Włodarze wielkich miast i wsi odpierają teraz zarzuty ze strony władz centralnych. Te wypowiedziane wprost i te, których można się domyślać. Bardziej lub mniej merytoryczne. – – mówi Skonieczka. I przekonuje, że największą bolączką władz lokalnych jest dziś niepewność. Czy zmiany wejdą? Jeśli tak, to jakie? Projekty ustaw nie są konsultowane, gdyż Komisja Wspólna Rządu i Samorządu Terytorialnego jest pomijana. Rządowe projekty zgłaszane są jako inicjatywa poselska. Tak m.in. było niedawno, gdy weszła ustawa o wycince drzew. Tak było rok temu, gdy cofano sześciolatki ze szkół...
Z tych mniej merytorycznych zarzutów samorządowcy cytują wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który komentując konieczność zmian kadrowych, mówił: „Jak w filmie »Ranczo« widzimy, jakie są konsekwencje długiego utrzymywania władzy. Kliki lokalne, w gminach, powiatach, w miastach. Tworzą wokół siebie istny dwór”.
To może należałoby wprowadzić taką samą kadencyjność dla parlamentarzystów? „Nie, bo posłowie i senatorowie nie tworzą wewnętrznego układu zarządzania” – odpowiedział polityk. Czyli my kontrolować to dobrze. Nas kontrolować – źle. Nasi ludzie są dobrzy, reszta – zła. Ot, i filozofia Kalego – odpowiadają samorządowcy.
Do tablicy!
„Łódź idzie na wojnę z minister edukacji” – grzmiały tytuły prasowe, gdy okazało się, że wdrażanie reformy edukacji nie idzie po myśli Anny Zalewskiej. Sama minister zapewniała, że w Łodzi odbyła się rzetelna debata, w której uczestniczył kurator. Jego zastrzeżenia mają odpowiadać na potrzeby rodziców, uczniów i nauczycieli. Projekt sieci szkół w Łodzi otrzymał pozytywną opinię z warunkami, w których wskazuje się, gdzie jest złamane prawo i gdzie trzeba się do tego prawa dostosować. To jedna strona medalu. O drugiej opowiada Tomasz Trela, wiceprezydent miasta odpowiadający za łódzką oświatę. – – mówi. Przyznaje, że nie zgadza się z reformą oświaty. Ale, podkreśla, to jego prywatne zdanie. –
Łatwiej jest decydować o losie nauczycieli i uczniów, gdy gmina ma jedną szkołę. W Łodzi jest jednak 86 podstawówek i 42 gimnazja. Tamtejsi samorządowcy mają za sobą tysiące godzin rozmów. Z dyrektorami, rodzicami. Udało się osiągnąć kompromisy, nieidealne, ale też nie zgniłe. Dzięki temu zbudowali sieć szkół, która ma sprostać reformie oświaty. Przedstawili ją kuratorowi, który miał 21 dni na odpowiedź... – komentuje Trela. Miasto chciało pozostawić 90 podstawówek, kurator mówi, że ma ich być 94. – Jaki jest tego cel, skoro nawet nie ma tylu dzieci w Łodzi? – pyta wiceprezydent. –
W zamian, jak przekonuje, dostali propozycję nie do odrzucenia: połączenie trzech gimnazjów i trzech podstawówek, w których miałyby powstać trzy szkoły podstawowe. – – przekonuje. Po decyzji kuratora poprosił na spotkania dyrektorów. Bo, jak mówi, chce dotrzymać słowa i wprowadzić łódzkie pomysły, tylko w innym trybie oraz terminie. Szkoły, które miasto chciało powołać, ruszą 1 września 2018 r. Reszta – z czasem – gdy dawne gimnazja będą pustoszały. – – mówi. –
Marek Wojtkowski, prezydent Włocławka, rozumie te emocje, ale też bije się w piersi. – – ucina.
O tym, jak bardzo tej możliwości zabrania głosu brakowało samorządowcom, świadczą wydarzenia sprzed kilku dni. Na Zgromadzeniu Ogólnym Związku Miast Polskich w Serocku pod Warszawą była minister edukacji. Był też Karol Rajewski, burmistrz miasta i gminy Błaszki. Jego wystąpienie przerywały burze oklasków, a pikanterii dodawało to, że jeszcze rok temu Rajewski był członkiem PiS. – – mówił, kierując swoje słowa bezpośrednio do Anny Zalewskiej. Już rok temu był w ministerstwie, żeby przedstawić sytuację w gminie. Nie doczekał się odpowiedzi. Do dziś nikt z resortu nie raczył też odwiedzić miasta Błaszki. –
Tymczasem na stronie internetowej resortu edukacji od wielu dni stoi informacja: „Proces przyjmowania uchwał w sprawie projektu dostosowania sieci szkół przebiega zgodnie z harmonogramem. (...) Podczas wprowadzania zmian jesteśmy blisko każdego samorządu, każdej szkoły i każdego rodzica. Do dyspozycji lokalnych władz są kuratorzy oświaty i wojewodowie, którzy mają za zadanie wspieranie procesu organizowania oświaty zgodnie z nowym ustrojem szkolnym”. Słowa, słowa, słowa – komentują nie bez złośliwości samorządowcy. I chociaż burmistrz miasta i gminy Błaszki ma powody do zadowolenia. Na stronie miasta pojawił się wpis: „Jest pierwszy sukces. Pani Minister stwierdziła, że w tym konkretnym przypadku potrzebna jest jej osobista interwencja”.
Gdy przykład nie idzie z góry
Edukacja nie jest jedyną kością niezgody między samorządami a rządem. Kolejne na liście jest choćby in vitro. Tu jednak nie chodzi o podawanie w wątpliwość ustaw centralnych, a wprowadzanie konkretnych działań uchwałami miejskimi. Problem w tym, że coraz częściej są one torpedowane. Tak było ostatnio w Gdańsku, gdzie dzięki uchwale budżet miasta miał przeznaczyć 1,1 mln zł na 200 procedur. Wojewoda pomorski z PiS wykorzystał to, że projekt nie miał opinii z Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Miejscy urzędnicy tłumaczyli, że wystąpili o taką zgodę i z pewnością by ją otrzymali do lipca, bo wtedy miał ruszyć program. Wojewoda pozostał jednak niewzruszony na te argumenty i całą akcję zablokował.
Wprowadzony przez rząd PO-PSL program leczenia niepłodności był realizowany od lipca 2013 r. Konstanty Radziwiłł, minister zdrowia w rządzie PiS, od początku zapowiadał jego zamknięcie. Ostatecznie swój cel zrealizował w połowie 2016 r. Wtedy statystyki mówiły o 5285 dzieciach, które przyszły już na świat dzięki in vitro. W sumie wykonano 37,6 tys. transferów zarodka, w wyniku czego klinicznie potwierdzono 11,8 tys. ciąż. – – przekonywał minister i na otarcie łez obiecywał powstanie narodowego programu prokreacji.
30 czerwca skończyła się więc pomoc rządowa, a już w lipcu 2016 r. działał program miejski w Łodzi. Miasto zaproponowało swoim mieszkańcom leczenie niepłodności metodą in vitro. W zeszłym roku wydało na ten cel blisko 1 mln zł. I, jak mówią miejscy włodarze, nie ma większych problemów ze znalezieniem środków. – – zastrzega Tomasz Trela. – .
Podobne nastawienie słychać chociażby w Sosnowcu czy Częstochowie. Grażyna Stramska-Świerczyńska, która w drugim z tych miast odpowiada za programy zdrowotne, podkreśla, że jej urząd był pierwszym w Polsce, który jeszcze w 2012 r., nie oglądając się na centralne pomysły którejkolwiek z politycznych opcji, ruszył z programem in vitro. – – mówi. –
W zeszłym roku na 30 par wykonano tam 24 procedury. Już urodziło się 10 dzieci, za chwilę na świat przyjdzie kolejne. – To wielkie szczęście dla rodziców, a dla nas olbrzymia satysfakcja – mówi Grażyna Stramska-Świerczyńska. Przyznaje, że początkowo były protesty. Nawet programy telewizyjne, w których pokazywano Częstochowę jako antyprzykład na to, czym samorząd nie powinien się zajmować. Dziś jednak te głosy ucichły, choć temat trudny pozostał. – – dodaje.
Od tego roku z podobnymi pomysłami startują kolejne miasta, których radni mówią wprost: chcemy podjąć program zarzucony przez władze centralne. Np. w tegorocznym budżecie Poznania zabezpieczono na ten cel już 1,9 mln zł. Pieniądze, jak precyzyjnie wyliczono, dadzą szansą na dzieci 367 parom. – Też myślimy o in vitro. Potrzebna jest uchwała miasta. Jesteśmy jeszcze na tyle suwerenni, że możemy ją podjąć – to z kolei głos z Włocławka.
Znikające kompetencje
Samorządowcy mówią zgodnie: obawiamy się pełzającej rewolucji. Zależy im na działaniu w ramach swoich kompetencji. I właśnie z nimi jest coraz bardziej krucho. – – mówi Marek Wojtkowski. Tylko w 2015 r. na dotacje w całym kraju przeznaczono ponad 410 mln zł, a na pożyczki – blisko 2 mld zł. Dzięki tym ogromnym środkom władze lokalne mogły swobodnie kształtować swoją politykę ochrony środowiska. Jak będzie teraz?
–– mówi Wojtkowski. –
Marcin Skonieczka, wójt gminy Płużnica, dopisuje do tej listy kolejne punkty: –
Jest jeszcze sprawa o wiele bardziej subiektywna: styl sprawowania władzy. Rząd mówi o sitwie i lokalnych dworach, samorządowcy o niepotrzebnych gestach, które niczemu dobremu nie służą. – – mówi Eugeniusz Gołembiewski, burmistrz miasta Kowal. I proponuje, by przyjrzeć się również posiedzeniom samej Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. –
Powtórka z idei
– – denerwuje się Robert Malinowski, prezydent Grudziądza. Zaraz jednak dodaje: –
Gdybyśmy policzyli głosy oddane na władze lokalne i zestawili z głosami oddanymi na obecną ekipę, to okazałoby się, że mamy szersze społeczne poparcie – mówią prezydenci miast. Zastrzegają, że o żadnym państwie w państwie nie może być mowy. Bo, jak przekonuje z kolei Marek Wojtkowski, rząd nad samorządem ma już pełną kontrolę poprzez wiele instytucji: regionalne izby rozrachunkowe, NIK, Krajową Izbę Odwoławczą, prokuraturę, sądy. – – pyta prezydent Włocławka. On widzi przyszłość w ciemnych barwach. Przekonuje, że decyzje dotyczące ordynacji już podjęto. Dwukadencyjność z opcją wsteczną zostanie wprowadzona. – – ucina.
Zdaniem Eugeniusza Gołembiewskiego, burmistrza Kowala, reforma samorządowa jest jedyną, oprócz urynkowienia gospodarki przez prof. Balcerowicza, która w naszym kraju po 1989 r. się udała. –– zastrzega. Pierwsza na liście zmian jest sprawa finansowania, wkładu własnego. Nie można bazować tylko na dotacjach europejskich, jak ma to miejsce w wielu małych gminach. Te pieniądze w końcu się skończą. Albo – przy okazji brexitu – mogą zostać radykalnie ograniczone. – – mówi. I podkreśla, że w Polsce lokalnej, a zwłaszcza w małych gminach, których jest większość, poglądy polityczne są prawie bez znaczenia. Zdecydowana większość wójtów i burmistrzów nie należy do żadnej partii. –
– – podkreśla wójt gminy Płużnica. Dlatego zapanowało lokalne pospolite ruszenie. Trwają spotkania w regionach, województwach, również ogólnopolskie. Jest pomysł, by w maju większość gmin przyjęła uchwały w sprawie samorządności. –