Jak informuje nas Ministerstwo Finansów, w projekcie ustawy budżetowej na 2019 r. przygotowana jest rekordowa kwota ponad 662,9 mln zł. Znajdzie się ona w rezerwie celowej, z której finansowane są wszystkie akcje wyborcze i referendalne w danym roku.

Dla porównania, tegoroczna rezerwa wynosiła ponad 457 mln zł. To z niej opłacono organizację minionych wyborów lokalnych (podliczanie kosztów wciąż trwa, choć wcześniej mówiło się o 300–400 mln zł). Rezerwa miała też posłużyć do sfinansowania prezydenckiego referendum konsultacyjnego, z którego obóz rządzący się ostatecznie wycofał.

Przyszłoroczna kwota jest o ok. 200 mln zł wyższa. Wynika to z faktu, że w 2019 r. czekają nas wybory do Parlamentu Europejskiego oraz do Sejmu i Senatu. Z informacji, jakie uzyskaliśmy w KBW, wynika, że lwią część z niemal 663 mln zł mogą pochłonąć wybory parlamentarne. Przygotowano na nie niemal 233 mln zł. Nieco mniej kosztować mogą eurowybory – 214 mln zł.

Ponad 191 mln zł zarezerwowano na ewentualne referendum ogólnokrajowe (taka ewentualność co roku jest brana pod uwagę). Po kilka milionów złotych przeznaczono też na ewentualne wybory uzupełniające do Senatu (2,5 mln zł) oraz wybory uzupełniające i przedterminowe w trakcie kadencji (9 mln zł).

Powodem wzrostu kosztów są tegoroczne zmiany w kodeksie wyborczym. – Wybory samorządowe jako pierwsze zostały zorganizowane w myśl nowej ordynacji. Jeszcze przed I turą wiadomo było, że będą dużo droższe od dotychczasowych. Kolejne elekcje, również organizowane zgodnie z nowymi zasadami, a więc eurowybory i wybory centralne, też będą wyraźnie droższe niż do tej pory – tłumaczy nam osoba z KBW.

Nowy kodeks wprowadził takie zmiany jak choćby podwójne komisje (co wymaga zatrudnienia dwa razy większej liczby ludzi), korpus ok. 2,5 tys. urzędników wyborczych i 100 nowych komisarzy wyborczych (wcześniej było ich 51).

Ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego, przeprowadzone w maju 2014 r., kosztowały niemal 95 mln zł. Czyli koszty zorganizowania przyszłorocznych elekcji zwiększą się o 125 proc. Jak wyjaśnia Piotr Wolski z biura informacyjnego PE w Polsce, każdy kraj członkowski sam ponosi koszty organizacji tych wyborów. – Jest kilka ogólnych zasad, które dotyczą wyborów w całej UE, to m.in. zasada proporcjonalności i próg wyborczy nieprzekraczający 5 proc. – dodaje Wolski.

Ponad dwukrotnie droższe będą też elekcje do polskiego parlamentu. W 2015 r. na wybory do Sejmu i Senatu wydaliśmy ponad 111,6 mln zł. Tym razem może to być kwota niemal 233 mln zł.

Jedną z najdroższych pozycji w wyborach, oprócz diet dla członków komisji, jest druk kart – zauważa Anna Godzwon, była rzeczniczka PKW i współautorka książki o tegorocznych zmianach w kodeksie wyborczym.

Przykładowo w wy borach samorządowych w 2014 r. wydrukowano ok. 147 mln kart w skali całego kraju. W eurowyborach drukujemy jeden rodzaj karty na okręg, więc da się tu trochę zaoszczędzić. Na dietach zaoszczędzić się nie da, bo znów potrzeba będzie dwa razy więcej osób do prac w komisjach. Ten wydatek będzie mniej więcej taki sam jak w tegorocznych wyborach samorządowych, bo liczba obwodów jest mniej więcej stała. Z tych względów spodziewam się, że wybory do PE będą mniej kosztowne niż parlamentarne. Wydaje się zatem, że kwota 663 mln zł powinna być wystarczająca na zorganizowanie obu elekcji w przyszłym roku – ocenia Anna Godzwon.

Nowy kodeks wyborczy nie zmienił zasad przeprowadzania referendów (które reguluje odrębna ustawa), na co zresztą uwagę zwracał szef Państwowej Komisji Wyborczego Wojciech Hermeliński. Wygląda więc na to, że jakiekolwiek referendum ogólnokrajowe – gdyby w ogóle do niego doszło – nie wpłynie na wzrost ogólnych „kosztów wyborczych”.

Wybory i plebiscyty nad Wisłą są tańsze niż w porównywalnych krajach europejskich. Dla przykładu Hiszpanie ostatni raz udali się do urn w czerwcu 2016 r., aby wybrać parlament. Kosztowało ich to 130 mln euro (ok. 560 mln zł), co zresztą wzbudziło poważne kontrowersje w kraju, który dopiero co zrzucił pokryzysowe jarzmo polityki oszczędności: były to drugie wybory do Kortezów w ciągu pół roku. Poprzednie, z grudnia 2015 r. także kosztowały podatnika 130 mln euro.

Kosztowne są również plebiscyty w Wielkiej Brytanii. Ostatni raz Brytyjczycy głosowali w czerwcu ub.r. po tym, jak Theresa May zwołała przyspieszone wybory. Kanclerz skarbu musiał na nie wysupłać 140 mln funtów (ok. 690 mln zł). Podobnej wielkości rachunek wyspiarze musieli zapłacić za referendum, w którym zadecydowali o opuszczeniu Unii Europejskiej (142 mln funtów; ok. 701 mln zł). Koszt tych dwóch plebiscytów także był kontrowersyjny, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że wybory parlamentarne w 2015 r. kosztowały 123 mln funtów (ok. 607 mln zł), a w 2010 r. – 113 mln funtów (ok. 560 mln zł).