Mittera przyznał, że gdyby potwierdziły się zarzuty o antysemickich wpisach jednego z członków KRS i zarzuty dotyczące prowadzenia hejterskiej nagonki na sędziów sprzeciwiających się zmianom wprowadzanym przez PiS, to są to sprawy naganne.

Dopytywany o ujawnienie list poparcia kandydatów do KRS powiedział, że nie KRS jest tu gospodarzem, ponieważ listy są w rękach marszałek Sejmu. Dopytywany o swoją listę poparcia powiedział, że nie pamięta dokładnie 25 nazwisk. Wskazał, że były tam dwie jego koleżanki, które dokładnie przepytywały go przed podpisaniem listy poparcia, co bezie robił w KRS oraz jedna osoba z ministerstwa sprawiedliwości.

Nie chciał jednak podać tych nazwisk. - Nie, nie chcę tutaj różnicować - stwierdził. - Będę różnicował, stygmatyzował niejako te osobę - nie, nawet dla jej dobra - dodał.

Pytany, czy nie powinno być stanowiska Rady wzywającego tych negatywnie ocenianych jej członków do co najmniej zawieszenia, jeśli nie dymisji z członkostwa w radzie przypomniał, że KRS taki ruch wykonała - w ramach swoich uprawnień powołując zespół. Nie przyjął on jednak stanowiska.

Pamięta pan te burzliwe obrady, które zakończyły się brakiem stanowiska - to też o czymś świadczy. Najbliższe tutaj posiedzenia październikowe. Proszę poczekać, będzie stanowisko - zapewnił.

Pytany, czy będą takie sugestie wobec członków rady - o zawieszenie bądź dymisję - odpowiedział: - Oczywiście, my czekamy zgodnie z procedurami - poprosiliśmy członków zespołu, aby ustosunkowali się, przedstawili stanowisko. Nie zdążyli i nie było wypracowanego go proceduralnie. Proszę zachować procedury i dać nam czas, abyśmy procesowo to rozstrzygnęli i zobaczy pan później reakcję - zapewnił.

My możemy tylko wywierać presje, grzecznie prosić - zwrócił uwagę Mitera przypominając, że KRS jest konstytucyjnym niezależnym ciałem, a zasiadający w nim są również niezależni. Zapewnił jednak, że taka presja jest wywierana, choć nie jest to działanie formalne.

Proszę dać nam czas w postaci pracy zespołu i później prezydium zabierze głos. Natomiast tzw. kuluary zapewniam pana, że żyją - mówił w porannym wywiadzie dla TVN24 Mitera.

Mitera przypomniał, że w przypadku prof. Krystyny Pawłowicz która wydała pozytywną opinie o jednym z sędziów, który - jak później się okazało pozytywnie orzekał w jej sprawie - zajął jednoznacznie negatywne stanowisko. - Stwierdziłem publicznie, że jest to niedopuszczalne i w ostrą polemikę z panią profesor wszedłem - tłumaczył.

Uważam, że powinna zostać wyłączona w tej sprawie, czy tez sama siebie wyłączyć, a dodatkowo uważam, że jest rzeczą niezręczna, że wygłasza ktoś laudacje na temat danego sędziego (...) i powinna być wyłączona z tego procesu - mówił rzecznik przypominając swoją postawę podczas posiedzenia Rady.

Nie wszystko podoba mi się, co tu się dzieje. Niektóre fakty na pierwszy rzut oka rzeczywiście mogą być bulwersujące, czy skandalizujące, ale o tyle państwo - ale to immanentna cecha demokracji - macie możliwość śledzenia minuta po minucie (obrad KRS). Czy przedtem to było, czy wie pan jak zachowywała się ówczesna rada? Nie wie pan tego - mówił.

Pewien segment wymaga reform. Teraz państwo wszystko widzicie - nie ma tajnych uzgodnień, załatwiania wszystkiego - i dlatego możemy u pana w studio dyskutować o tym - przekonywał.

Mitera przekonywał też, że nie mijał się z prawda opisując wcześniej swoje kontakty z "Emi" przy aferze hejterskiej z oczernianiem sędziów. Przypomniał, że była to żona jednego z sędziów, którego znał, więc przyjął np. formułę rozmowy na "ty".

Zaznaczył, że dzwonił do niego też jej mąż i prosił, by rozmawiać z żoną "bardzo spokojnie, grzecznie, bo Emilia ma problemy", które wymienił.

Zapewnił, że przed funkcją rzecznika KRS nie miał konta na Twitterze, nie śledził tez dyskusji na tym formum, nie wiedział też o jej działalności.