Nie tyle zmienić, co uzupełnić. Nasz dotychczasowy wizerunek przyciągnął pięć milionów wyborców, a to niemało. Teraz chcemy zwrócić się także do
elektoratu, który wprowadzono w błąd w ciągu ostatnich dwóch lat.
Po pierwsze inteligencja. Do niej chcemy dotrzeć w oparciu o tę część inteligencji, która popiera nas już dziś, niemałą i jakościowo dobrą. To ludzie, którzy są oburzeni tym, co się w
Polsce stało - gigantyczną manipulacją, która z ludzi uczciwych zrobiła nieuczciwych i odwrotnie. Niedługo tę część inteligencji pokażemy.
Proszę wykazać trochę cierpliwości. To nastąpi niedługo, jeszcze zimą. Z ludzi, o których mówię, chcielibyśmy stworzyć ruch.
Nie, on nie będzie miał charakteru partyjnego. Po drugie, będziemy chcieli się zwrócić do młodego pokolenia, które rzeczywiście zaniedbaliśmy. Pozostawiliśmy ich na żer niebywałej
kampanii toczonej przeciwko nam, co przyniosło niedobre skutki.
Nasz Komitet Polityczny został mocno odmłodzony. Kilka dni temu było jego pierwsze posiedzenie w nowym składzie. Jest w nim teraz znacznie więcej młodych twarzy niż przedtem.
Kompletne nieporozumienie. O prawdziwą modernizację walczymy my. PO nie była zainteresowana odrzuceniem struktury anachronicznej, opartej na relacjach stworzonych przez komunizm.
Bardzo poważnie się zastanawiamy, czy warto taki gabinet powoływać. To nigdy w Polsce nie wyszło, a gabinet cieni Platformy skończył się samoośmieszeniem. Przeciwko gabinetowi cieni
istnieją poważne argumenty.
Jeśli ktoś zostaje w nim ministrem, to pozostali tracą motywację do działania w danej dziedzinie, bo zakładają, że nie warto. Inny problem to spory między resortami. Każdy premier ma z tym olbrzymi problem, a gdyby stworzyć działający na serio gabinet cieni, to te spory przeniosłyby się do działalności opozycyjnej. Nie jestem pewien, czy warto podejmować to ryzyko.
Owszem, w brytyjskim parlamencie jest nawet specjalna sala posiedzeń dla gabinetu cieni, a lider opozycji jest wysoko opłacanym urzędnikiem państwowym. Ale to jest jak z brytyjską trawą: jak
się ją przycina przez 300 lat, to potem można na niej robić, co się chce.
Niczego takiego nie planujemy. Frakcje w partii są rzeczą niedobrą. Doświadczenie nauczyło nas, że warto stawiać na ludzi, którzy nie traktują partii jako wehikułu.
Nie. Tylko wskazuję, że istnienie frakcji zachęca takie osoby.
Nie chodzi o monolit w sensie ideologicznym, bo pod tym względem PiS oczywiście monolitem nie jest. Między ludźmi ze skrzydła tradycjonalistycznego a na przykład Joanną Kluzik-Rostkowską jest
znaczna różnica. I tych różnic nie zamierzamy wygładzać. Chodzi tylko o instytucjonalizację tego typu podziałów wewnątrz partii – tego nie chcemy.
Tylko że taka armia musiałaby się w pewnym momencie zmienić w armię dużą, bo inaczej nie da się wygrać wyborów. Nie uważam, żeby partia była w tej chwili za duża, ale na pewno nie
będziemy błagać każdego, żeby z nami został i tolerować każdej ekstrawagancji. To się zawsze źle kończy.
Uczciwie mówiąc – nie wiem. Rzeczywiście, Dorn ma tendencję do ekstrawagancji. Nie potrafię tego wyjaśnić, człowiek jest tajemnicą. Na razie wszystko jest w stanie zawieszenia.
Gdyby miał wrócić jako dawny Ludwik Dorn, taki, jaki był kilka lat temu, to tak. To człowiek o wielkim potencjale.
Jan Rokita to człowiek bardzo zdolny, znakomity w retoryce politycznej. Problemem jest niestety kwestia jego stosunków z ludźmi, co w polityce jest niesłychanie ważne, oraz kwestia
umiejętności oceny sytuacji. Rokita nie potrafi w tej ocenie abstrahować od własnej osoby. Jego indywidualizm jest tak daleko posunięty, że skutkuje swego rodzaju politycznym autyzmem. Ale
doświadczenia zmieniają ludzi, a Rokity szkoda.
Został wiceprezesem partii, najmłodszym spośród wiceprezesów. Można powiedzieć, że został nagrodzony za swoje wysiłki. Zobaczymy, jak się w tym będzie odnajdował. Uważam, że to
człowiek dużych możliwości, choć oczywiście, jak każdy z nas, nie wolny od jakichś słabości. Generalnie oceniam go bardzo wysoko i uważam, że to jedna z wielkich nadziei polskiej
polityki.
To jest rozwiązanie prawdopodobne, ale w żadnym wypadku nie przesądzone. Żeby było jasne - Zbigniew Ziobro nie jest żadnym delfinem.
O tym, czy konferencji prasowych Ziobry jako ministra sprawiedliwości było za wiele, można dyskutować.
Natomiast o tym, kto i jak często będzie się w imieniu PiS wypowiadał, zdecydujemy po badaniach wizerunkowych, które zamierzamy przeprowadzić. Pokazywać się mają ci, którzy najbardziej oddziałują na opinię publiczną. Polska polityka bardzo się sprofesjonalizowała. W ostatnich wyborach zwłaszcza Platforma doszła do poziomu zachodnioeuropejskiego. To ma swoją cenę, bo partię trzeba sprzedawać jak proszek do prania, ale tak dzisiaj na świecie jest i my także musimy się do tego dostosować, bo inaczej będziemy bez szans.
Dowcip o naradzie u szefów mediów, na której zapada decyzja, że dość już ataków na rząd, teraz atakujemy opozycję, dobrze oddaje rzeczywistość. Gdyby za naszych rządów działo się to,
co dzisiaj wyczynia Platforma, to media stworzyłyby poczucie niezwykle ciężkiego kryzysu. Proszę sobie na przykład wyobrazić, co by było, gdyby w czasie rządów PiS w kolejce na granicy
umarł kierowca.
Tak, ale w wersji bardzo zmiękczonej. O sytuacji pisze ostro jedynie "Gazeta Polska" – tygodnik o niezbyt dużej sprzedaży. „Rzeczpospolita” bywa
krytyczna, ale tam ukazują się różne teksty. Czasem pisze "Fakt", ale w sumie też bardzo oszczędnie. DZIENNIK to właściwie organ Platformy Obywatelskiej.
Co więcej, PO dąży do zaostrzenia tej sytuacji. Prowadzi atak na telewizję publiczną, prawdopodobnie nie zostanie też pominięta "Rzeczpospolita". Nam, czyli opozycji, jest się niezwykle trudno przebić i to jest – nie chcę tego zwrotu nadużywać, ale tu akurat znakomicie pasuje - oczywista oczywistość. Tu się robi putinada, tyle że zmiękczona w stosunku do pierwowzoru.
To była ewidentna bzdura. Natomiast dzisiaj jest u władzy środowisko, które ma środki, ma poparcie potentatów różnego rodzaju, mediów, grup ludzi mocno osadzonych w układach służb
specjalnych, co ich wiąże z wielkim kapitałem niejasnego pochodzenia. Ktoś słusznie powiedział, że przy Donaldzie Tusku Leszek Miller jest człowiekiem zasad. To są przesłanki, żeby
obawiać się putinady.
Łagodne ograniczenie demokracji. Taka koncepcja pojawiła się w otoczeniu Lecha Wałęsy w latach 90. Dzisiejsze koncepcje Platformy, takie jak jednomandatowe okręgi wyborcze czy ograniczenie
finansowania partii z budżetu dobrze się w ten sposób myślenia wpisują. Przecież w takim systemie opozycja nie miałaby szans.
Ta propozycja zmierza do jednego: dać przewagę tym, którzy mają pieniądze i media. A to ma grupa, która w wyniku działania ułomnego systemu politycznego znalazła się w sytuacji
uprzywilejowanej. Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy wspierać uprzywilejowanych. Polska jest pokryta siecią klik i układów. Okręgi jednomandatowe będą sprzyjać wybieraniu właśnie
przedstawicieli tych klik i układów.
Nie widzę powodu, dla którego głosowanie miałoby trwać dwa dni. Tego nie ma nigdzie na świecie. A co do głosowania przez internet - uczestnictwo w demokracji powinno być świadomym wyborem,
wymagającym pewnego wysiłku. Klikanie przy nazwisku kandydata między jednym a drugim łykiem piwa z butelki nie wchodzi w grę.
Nie do końca. Możemy się zgodzić na zmiany oznaczające przywrócenie realnych praw wyborczych niepełnosprawnym, czyli umożliwienie im głosowania, albo pewien bonus dla wygrywających partii
lub tylko tej zwycięskiej. Możemy też wesprzeć zakaz kandydowania osób w prawomocnymi wyrokami.
Jeden wynik - nie wynik. Nas bardziej cieszy, że także inne badania pokazują, że nasze poparcie wróciło do poziomu powyżej 25 procent. Spodziewamy się, że z czasem Platforma swoją
dzisiejszą nadzwyczajną pozycję straci, ale nie liczymy, żeby to się stało w błyskawicznym tempie. Jesteśmy cierpliwi.