: Szorstka wrogość. Nie ulega wątpliwości, że obecnie każdy chwyt jest dozwolony w relacjach prezydent - premier. Łącznie z takimi, które świadczą o małości tych
dwóch ośrodków. Albo nawet niestosowności ich metod, jak było w przypadku katastrofy samolotu CASA.
Widzę dwa powody. Lech Kaczyński nawet nie usiłuje wejść w rolę "prezydenta wszystkich Polaków", tylko jest eksponentem interesów PiS. Widzi też w Donaldzie Tusku
potencjalnego rywala w wyborach prezydenckich. Zresztą on też tak może być postrzegany przez kancelarię premiera, zakładając, że Tusk dalej myśli o prezydenturze.
Pamiętam maksymę, że nikczemność władców jest niczym w porównaniu do nikczemności dworów. Obie kancelarie mają naturalną skłonność do rywalizacji. Miałem dokładnie z tym samym do
czynienia za czasów prezydenta Kwaśniewskiego. Pamiętam rozmowę z nim, gdzie staraliśmy się powściągnąć wojownicze temperamenty naszych współpracowników.
To przejaw niepotrzebnej małostkowości. Obydwa dwa pałace są pod silnym reflektorem mediów, więc każdy taki gest będzie urastał do wielkiego wydarzenia politycznego.
Miał obiekcje do Wiesława Kaczmarka. Muszę przyznać, że miał proroczą wizję. Ale w tym wypadku prezydent nie ma nic do powiedzenia. Konstytucja jest precyzyjna: prezydent odgrywa rolę
notariusza. Kiedy dyskutowałem o tym z Kwaśniewskim, użyłem sformułowania: "Oluś, ty nie masz tu nic do powiedzenia". Potem dowiedziałem się od współpracowników
Kwaśniewskiego, że on nie mógł mi tego zapomnieć.
Decydują zapisy konstytucyjne. Ale na podstawie tego, co teraz się dzieje, i wcześniejszych relacji prezydenta z premierem uważam, że powinno zmienić się sposób wyłaniania prezydenta. Jego
kompetencje są zbyt małe w stosunku do wagi wyborów. Trzeba zmienić konstytucję i wyłaniać prezydenta przez wybór w Zgromadzeniu Narodowym.
Jeżeli chodzi o prawne kwestie, to premier nie popełnił żadnego błędu. Choć oczywiście mógłby bardziej informować prezydenta. Proponowałbym, aby obaj panowie stosowali zasadę, która
sprawdzała się w moich relacjach z prezydentem Kwaśniewskim. W każdy poniedziałek o godzinie 11 jechałem do Pałacu Prezydenckiego. Bez żadnych kamer i komunikatów prasowych było spotkanie.
Mówiłem prezydentowi, co będę robił, o swoich zamiarach. Prezydent mówił mi dokładnie to samo, co u niego. Uzgadnialiśmy, gdzie kto jedzie, czym się zajmie, jak kontaktować się między
sobą.
To było przygnębiające. Obaj panowie nie próbowali nawet tworzyć pozorów, że poważnie się debatowało. U mnie było tak, że wcześniej z prezydentem umawialiśmy się co do obrad Rady. Po
tym była wspólna konferencja prasowa premiera i prezydenta. Na którejś z tych konferencji użyłem sformułowania o "szorstkiej przyjaźni".
Tusk powinien powiedzieć prezydentowi: chciałem uprzejmie przypomnieć, że konstytucyjnym zwierzchnikiem ministrów jest prezes Rady Ministrów. Jeżeli chce pan spotykać się z ministrami, to
proszę mi o tym mówić.
Owszem. Ale ja za każdym razem wiedziałem. Albo on sam do mnie dzwonił, albo ktoś w jego imieniu.