Tylko w ubiegłym tygodniu, choć niesejmowym, Palikot zwołał komisję osiem razy. Wczoraj postawił na nogi komisję już o 8.15. Dwa dezyderaty do Ministerstwa Finansów. Krótka przerwa i kolejne posiedzenie o 11. Rozpatrzenie obywatelskich skarg w sprawie dowodów osobistych i meldunków. Przerwa ok. 40 minut. I znów - trzecie posiedzenie. Tym razem po to, by spotkać się ze zrzeszeniem handlowców. "To jest taka polityka gadżetowa. Tak jak mieliśmy Powszechną Spółdzielnię Spożywczą, tak tu mamy też PSS: PR, statystyka, socjotechnika" - komentuje członek komisji z LiD Marek Wikiński.

Reklama

Palikot mógłby zwoływać jedno długie posiedzenie, ale wtedy nie dobiłby w sto dni do setki. A to zapowiadał, więc goni. I jak odpowiadają sejmowi koledzy, bardzo pilnuje, żeby nikt nic mu nie zarzucił. Za każdym pociągnięciem stoi analiza skutków dla wizerunku Palikota. On sam zresztą tego nie ukrywa. Kiedy wczoraj przedstawiciele jednej z organizacji referowali pożądane według nich zmiany w ustawie o wychowaniu w trzeźwości, Palikot słuchał cierpliwie, a potem nie pozostawił wątpliwości. "Ta ustawa nie może być pierwszą inicjatywą mojej komisji, bo jakby to wyglądało, producent wódki nagle zajmuje się taką ustawą" - powiedział dobitnie.

Ale ci sami posłowie, którzy podśmiewają się z Palikota, jednocześnie go bronią. Tym razem to nie tylko PR. "Jest też druga strona medalu: merytoryczna. Trzeba powiedzieć, że Palikot jest świetny. Ma ideę, pomysł, koncepcję, wizję, chciałby naprawdę coś zrobić" - wychwala Wikiński. I tak Palikot, który do tej pory uchodził w oczach opozycji za czarnego luda w Platformie, wyrasta na jednego z bardziej cenionych polityków.

"Jego komisja to ostatnia deska ratunku dla PO, żeby wypełnić obietnice wyborcze dotyczące walki z biurokracją" - uważa Paweł Poncyljusz z PiS. Szumnie zapowiadany bowiem pakiet Szejnfelda w tej dziedzinie utknął w rządzie. Resortowi urzędnicy zgłosili do niego ponad 300 wątpliwości. Na jakieś owoce, którymi będzie można się pochwalić, przyjdzie poczekać. Ratować sztandarowe hasła PO chce więc za wszelką cenę Palikot. "Ledwo patrzę na oczy" - rzuca w biegu na korytarzu sejmowym. I biegnie dalej. Żadnego posiedzenia komisji nie zamierza bowiem odpuścić. Każde chce prowadzić sam.

Anna Wojciechowska: PiS twierdziło, że Janusz Palikot będzie ośmieszał komisję Przyjazne Państwo. Rzeczywiście tak jest?
PAWEŁ PONCYLJUSZ: Trzeba przyznać, że większych szaleństw nie ma.

A zwoływanie trzech posiedzeń komisji jednego dnia i tak dzień za dniem nie jest trochę śmieszne?
Jest to oczywiście w pewnej mierze podkręcanie licznika, żeby wyszło, że jest 100 posiedzeń w 100 dni, tak jak zapowiadał. Z drugiej strony jednak regulamin Sejmu na to pozwala i żadna komisja nie obraduje dłużej niż dwie godziny ciurkiem.

Ile w tych komisjach jest PR, a ile rzeczywistej pracy?
30 do 70 proc. Palikot ma takie stachanowskie podejście i to męczy już niektórych posłów. Kiedy jeden z posłów poprosił, by nie zwoływał posiedzenia w przerwie między obradami Sejmu, bo chce wyjechać z dzieckiem na narty, Palikot natychmiast odparł: tu nikt na narty teraz nie będzie jeździł, bo my musimy ciężko pracować. Z drugiej strony trzeba przyznać, że sam jest bardzo pilny, siedzi na wszystkich posiedzeniach, nie biega już do kamer. Jest trochę jak prymus, który siedzi w pierwszej ławce, ma ładny zeszyt i jest gotowy do odpowiedzi na każde pytanie.

Zależy mu naprawdę na komisji czy gra bardziej na siebie?
Bardzo dba o swój wizerunek. Kiedy wyszło na jaw, że nie płacił ZUS za swoich pracowników, był bardzo przejęty. Tłumaczył mi długo, że już wszystko załatwił, że ma nowego dyrektora. Trochę gwiazdorstwa widać też, kiedy przychodzą duże organizacje biznesowe. Ale trzeba przyznać, że sprawnie prowadzi obrady i w sprawach merytorycznych już gwiazdorstwa nie ma. Na euforię jednak za wcześnie. Testem będzie to, na ile poradzi sobie z biurokracją rządową.

*Paweł Poncyljusz, poseł PiS, wiceszef sejmowej komisji Przyjazne Państwo