I jak się rządzi, panie premierze?
Cóż rządzenie to żmudne i niewdzięczne zajęcie - takie zdanie można znaleźć już w sumeryjskim eposie o Gilgameszu. Z drugiej strony na początku XXI wieku rządzenie nie jest już tym, czym było kiedyś. Profesor Jadwiga Staniszkis ma rację, gdy przypomina, że w dobie Unii Europejskiej sprowadza się ono w znacznej mierze do wykonywania procedur, administrowania, wpisywania się w reguły i mechanizmy europejskie. Dla Polski to dobrze, bo w naszym położeniu geograficznym i z naszym potencjałem ekonomicznym te procedury, standardy nas chronią.

Świat zewnętrzny reaguje na pana rozkazy?

Czasem tak, a czasem nie. Na przykład strajk celników pokazał mi, jak bardzo są ograniczone możliwości władzy, jak bardzo potrzebna jest odpowiedzialność i wola kompromisu..

Polityk lewicy i były szef MSWiA Krzysztof Janik powiedział nam kiedyś, że wysoki urzędnik przekonuje się przede wszystkim o własnej bezradności.
Janik rozumie zapewne władzę na sposób PZPR-owski, kiedy rzeczywiście decyzje były stosunkowo łatwo egzekwowalne. Siła władzy od tego czasu osłabła i to ma też dobre strony. Ale rzeczywiście trzeba nieustannie pilnować, czy wypełniana jest wola polityczna . I gdy pilnuję, to wiem, że sprawy są załatwiane jak trzeba.

Sam pan przywołuje strajk celników. Gdy urzędnicy państwowi sparaliżowali ruch graniczny, nie zobaczyliśmy premiera Tuska twardo egzekwującego elementarny porządek - jak prezydent USA Ronald Reagan, który wyrzucił w 1981 roku strajkujących kontrolerów lotów. Zobaczyliśmy premiera Tuska - petenta ludzi posługujących się oszustwem i szantażem.
Też byłem rozczarowany, bo okazało się, że nie mam władzy Reagana. Że długa jeszcze droga do Polski, w której prawo chroni w pełni interes publiczny.

Czego panu zabrakło?
Celników. Reagan miał do dyspozycji wojskowych kontrolerów lotu, których mógł skierować na miejsca zwolnionych. Ja miałem jedno wyjście - porozumienie z celnikami poza związkami zawodowymi. Znaleźliśmy dla nich pieniądze, ale też oni wiedzieli, że szykujemy ekipę, która będzie mogła ich zastąpić i rozładować korki na granicy w wypadku braku kompromisu. W ostatecznym rachunku okazaliśmy się więc skuteczni.

A wcześniej sami sobie sprowadziliście na głowę kłopoty - deszczem placowych obietnic przed wyborami. I dziś PiS łatwo pana przedstawiać jako wilka, który oszukał i w końcu zjadł Czerwonego Kapturka. A wyborcy masowo żądają: więcej kasy.
Mam czyste sumienie. Mówiłem, że budżetówka powinna zarabiać więcej - choć nie wszyscy lekarze i nie wszyscy nauczyciele. Nadal tak mówię. To przecież ja obciąłem już w tym budżecie 2 mld zł z wydatków na administrację, żeby dać je nauczycielom. Będę godził się na podwyżki, gdy będzie to możliwe. Ale nikt nie dostanie grosza więcej za to tylko, że zorganizował demonstrację. Michał Boni z Michałem Kuleszą pracują nad standaryzacją usług publicznych. Praca każdego urzędnika czy nauczyciela będzie przeliczona na pieniądze, będziemy też wiedzieli, czego możemy od nich wymagać.

Ruszy pan nienaruszalną do tej pory Kartę nauczyciela?
Tak. Mówię już dziś związkowcom, także członkom mojej rodziny, którzy są nauczycielami: ta Karta to dla was zguba. Trzeba zbudować system umożliwiający płacenie więcej za cięższą pracę. Część nauczycieli woli mniej zarabiać, gdyż woli mało pracować. To po części dotyczy zresztą i lekarzy.

Za miesiąc premier Tusk pojawi się w parlamencie z projektem zmian w Karcie nauczyciela?
Nie, gdyż najpierw muszę przyjść z tym projektem do Pałacu Prezydenckiego, a także do klubu PiS i do lewicy. Dwa kluby opozycyjne postanowiły w każdej sprawie popierać związki zawodowe. Prezydent przyjął podobną postawę.

Brzmi to jak wymówka.
To nie sztuka złożyć ustawę i przegrać.

Na pewno? Projekt ustawy oznacza debatę. Jak pan przyjdzie z argumentami i z konkretnym pomysłem, może pan wygrać poparcie społeczne dla reform.
I dlatego na przykład w dużo drażliwszej sprawie służby zdrowia złożyliśmy już siedem projektów ustaw. W tym tę kluczową pozwalającą na uszczelnienie systemu zdrowotnego, zanim jeszcze zaczniemy rozmawiać o podwyżce składki zdrowotnej.

Na razie te projekty nie są nawet oficjalnymi drukami sejmowymi.
Gdyż marszałek Sejmu musiał je przesłać do konsultacji. Także wszystkie kluby otrzymały je na naszą prośbę.

A jak przekona pan opozycję?
PiS jest więźniem swojej propagandy, oskarżeń, że chcemy prywatyzować szpitale, choć myślę, że Zbigniew Religa gotów byłby poprzeć nasze rozwiązania. Już raczej mam nadzieję na przekonanie LiD, choć z kolei ich główny autorytet w tej dziedzinie, poseł Marek Balicki, jest bardzo przywiązany do swoich propozycji. Z tego punktu widzenia czasem krytykowane jako hucpa rozmowy białego szczytu miały głęboki sens.

A jest pan pewien, że prezydent zawetuje wasze projekty?
Zgadzam się z poglądem Piotra Zaremby, wedle którego warto byłoby przetestować gotowość prezydenta do weta. Ale w rozmowie ze mną Lech Kaczyński wyraźnie zapowiedział, że będzie blokował wszystkie reformy kwestionowane przez związki zawodowe, że zawsze stanie po stronie rozmaitych grup zawodowych czy branż. Zresztą już dwa lata temu, gdy nie było wiadomo, że dojdzie do wyborów, obiecał mi: "Nawet jeśli wygracie, nie myślcie, że przeprowadzicie jakąkolwiek ustawę". Nie ma spotkania z prezydentem, niezależnie, czy mówimy sobie na "pan" czy na "ty", czy mamy miny ponure, czy przyjazne, żeby Lech Kaczyński nie demonstrował wielkiej pretensji i poczucia krzywdy, że nie rządzi jego brat.

My mamy jednak wrażenie, że prezydent to dla pana rządu nie tylko kłopot, ale również dogodne alibi, żeby usprawiedliwić własny brak twórczości.
Kalendarz rządowych przedsięwzięć różni się od notesu eksperta. Strajk celników czy zażegnywanie kłopotów w służbie zdrowia nas po prostu dopadły. Ale na przykład w tym roku pojawi się pakiet propozycji reformujących edukację. To będzie jeden z naszych sztandarów, choć nie ukrywam, że do paru pomysłów Katarzyny Hall, skądinąd dobrze przygotowanego i zorganizowanego ministra, mam zastrzeżenia.

Minister Hall stawia m.in. na jak najszybsze posyłanie dzieci do szkół i na jak najwcześniejszą specjalizację uczniów.
I tu mam wątpliwości. Żeby posyłać sześciolatki do szkół, trzeba najpierw szkołę odpowiednio przygotować. Patrzę też z powątpiewaniem na pomysł radykalnej specjalizacji na poziomie liceów.

Magister historii Donald Tusk zgadza się, że historii warto by uczyć do matury?
Tak jak matematyki, bo oba przedmioty uczą różnego typu myślenia. Wczesna specjalizacja ma swoje zalety - ułatwia szybszą karierę zawodową. Ale ona może też pozbawić pewnych sprawności potrzebnych przy bardzo elastycznym rynku pracy, bo ludzie zmieniają nieraz profesje wiele razy.

Będzie pan tego pilnował jako premier?
Pani minister Hall ma własne poglądy, ale jest bardzo lojalna. Pochwalam kreatywność ministrów, ale w razie sporu rację ma premier.

A nie powinna najpierw uzgodnić swoich pomysłów z panem, a potem je ogłaszać? Inaczej w Polskę idą mylące komunikaty obciążające konto całego rządu.
Nie widzę nic zdrożnego w tym, że spory wewnątrz rządu, oczywiście te merytoryczne, są publiczne. A co do debaty o przyszłości edukacji - to są decyzje na wiele lat. Niech ta debata się toczy.

Z kolei rektorzy uczelni publicznych przyszli niedawno do pana zaniepokojeni pomysłem minister Barbary Kudryckiej wspierania prywatnych szkół wyższych przez państwo. W dobie niżu demograficznego to kurs na sztuczne podtrzymywanie ich bytu.
A może spojrzycie panowie na to inaczej? Może warto, aby podstawą finansowania był poziom nauczania. By zasady były takie same dla wszystkich? Jestem przeciwny dyskryminacji sektora prywatnego edukacji. Zarazem mam nadzieję, że uspokoiłem lęki rektorów, których zresztą ja zaprosiłem do siebie, by o tym porozmawiać. Bo dobre, flagowe uczelnie publiczne nie mają się czego obawiać. Ale ogólny poziom innowacyjności na polskich uniwersytetach jest przecież niski. Mogą go wzmocnić nie tylko większe nakłady. ale i większa konkurencja o pieniądze, także europejskie.

Mówi pan o niskim poziomie polskiej nauki. Żeby go podnieść, trzeba by uderzyć w interesy profesorskiej oligarchii.
I minister Kudrycka zamierza tego dokonać.

Platforma Obywatelska ma z tym chyba kłopot. Poszliście do wyborów z hasłem obrony elit przed złym PiS. I teraz profesorowie czy adwokaci wystawią wam czek za poparcie.
Nie mam takiego wrażenia, że PO jest partią obrony elit...

W 2003 czy 2005 roku pewnie nie była. Ale logika walki z braćmi Kaczyńskimi skazała was trochę na taką rolę.
Skoro PiS atakował bez ładu i składu wszystkie środowiska, my braliśmy je w obronę. To nasi konkurenci podali nam polityczną broń na talerzu. Teraz jest inna sytuacja, rząd nie prowadzi wojny ze wszystkimi, więc nie ma powodu do obrony.

A teraz nadszedł czas spłaty długów.
To nieprawda. My elitom żadnych takich zobowiązań nie składaliśmy. Odrzucamy tylko filozofię PiS, zgodnie z którą przedsiębiorca jest gorszy niż robotnik, a profesor gorszy niż magister. Skądinąd w prywatnych relacjach bracia Kaczyńscy uważają, że jest odwrotnie. Gdy porównują siebie z innymi politykami, zachowują się bardzo elitarnie.

Ale co z tego wynika dla młodego człowieka, który usiłuje się przecisnąć przez pilnie strzeżone wrota prawniczych korporacji?
Walkę z korporacjami podjęliśmy kilka lat temu wspólnie z PiS i tu nic się nie zmieniło. Tyle że na tle retoryki Kaczyńskiego czy Macierewicza każdy wygląda na zwolennika elit. Jestem przeciwny podejmowaniu wszystkich równocześnie. Tak właśnie działał PiS.

Ale na przykład to nasza minister Ewa Kopacz przygotowuje radykalne ograniczenie długich lekarskich stażów. I to jest właśnie reforma antykorporacyjna. Ma w tej sprawie pełne moje wsparcie, mimo że część starszych stażem lekarzy będzie przeciw, więc poniesiemy koszty polityczne.

To dobry pomysł, ale czy ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego będzie pan namawiał równie chętnie do otwarcia korporacji prawniczych? Z jego resortu płyną w tej sprawie sprzeczne sygnały.
Każdy z ministrów ma swoją własną hierarchię celów, ale ja też mam swoją. Ćwiąkalski jest kompetentnym prawnikiem i dlatego wiem, że jego prawie gotowy projekt e-sądów ułatwi bardzo życie Polakom. Wiele spraw będzie można załatwić drogą elektroniczną.

Mamy wrażenie, że ostatnio minister Ćwiąkalski koncentruje się nie na ułatwianiu życia Polakom, ale na ściganiu swojego poprzednika.
Bądźcie ostrożni z tymi opiniami. Czas pokaże, że Ziobro nieprzypadkowo stał się negatywnym bohaterem prasowych spekulacji. Mam wrażenie, że minister Ćwiąkalski jest bardzo powściągliwy w informowaniu o tym.

Zapowiada pan nowe rewelacje na temat podsłuchów?
Nie rewelacje, ale ujawnienie smutnego obrazu. Więcej nie powiem.

Ale czy Ćwiąkalski równie chętnie jak Ziobro zajmie się ograniczaniem wszechwładzy adwokackiej korporacji? Kto, jak nie partia liberalna powinna zadbać o realną konkurencję na rynku prawniczych usług?
Ja osobiście dopilnuję, aby prawnicze korporacje zostały naprawdę otwarte. Powiem więcej: poprę każdy projekt, który ogranicza wpływy korporacji w dowolnym zawodzie.

Jedno jest bezsprzeczne i budzi uznanie - potrafi pan otwierać rozmaite debaty bez automatycznego tworzenia konfliktów. Ale problem w tym, że często ogranicza pan się do samych zapowiedzi. Na projekt ustawy czy rozporządzenia nie starcza już woli, energii. Przeciwnicy zarzucają wam, że ograniczacie się do PR.
Opatrzycie panowie tę generalną tezę jakimś przykładem?

Zapowiedział pan debatę o zmianie konstytucji. I ani nie powiedział pan, w którym kierunku, ani nie opisał scenariusza tych zmian.
Chcę uniknąć wrażenia, że zabiegam o większą władzę dla siebie. Polacy poszli liczniej niż zwykle do wyborów i mają prawo oczekiwać, że ten, kto dzięki ich głosom wygrał, dokona teraz obiecywanych zmian. A zamiast tego będą się dowiadywali, że prezydent blokuje, bo taka jest konstytucja.

Ale jaka jest pana recepta? Więcej władzy dla prezydenta czy dla premiera?
To wymaga debaty. Na razie chcę uzyskać od głównych sił politycznych zgodę na podjęcie tematu. Nie chcę więc z góry przesądzać: silniejsza władza prezydencka czy rządowa.

Ale my pytamy o technologię zmian. To najsilniejsza partia, czyli Platforma powinna się wykazać inicjatywą. Jeśli to ma być poważna propozycja, to np. powinna powstać w parlamencie odpowiednia komisja pracująca nad rozwiązaniami.
Zaproponujemy jak najszybciej powołanie sejmowej Komisji Konstytucyjnej. Pewne zmiany, które w niej zaproponujemy, są dla wszystkich oczywiste: na przykład zniesienie immunitetu parlamentarnego. Wrócimy też do naszych dawniejszych pomysłów ustrojowych: likwidacji Senatu, wprowadzenie okręgów jednomandatowych, zmniejszenia Sejmu. Ale kluczową zmianą będzie wskazanie ośrodka władzy, który weźmie pełną odpowiedzialność za państwo. Będziemy wolni od podejrzeń, że piszemy ustrój pod przyszłe wybory, bo ich wyniki są nie do przewidzenia. W praktyce to niech opozycja dokona wyboru: model prezydencki czy kanclerski.

A jak za rok Komisja Konstytucyjna postawi na silnego prezydenta? Zgodzi się pan na uszczuplenie swojej władzy?
Nowy ustrój wszedłby w życie w następnej kadencji parlamentu. A może inaczej: po przyjęciu nowej konstytucji powinny nastąpić nowe wybory.

Opowiada się pan za zmianami w obecnej konstytucji czy za przyjęciem nowej?
To oczywiste, że tak zasadnicze zmiany wymagają całkiem nowego tekstu. Za dużo przepisów zależy od siebie nawzajem. Będę też przekonywał, aby nowa konstytucja nie przesądzała kształtu ordynacji wyborczej. Łatwiej będzie zdecydować: wybory proporcjonalne czy większościowe.

Dociśniemy: prywatnie jest pan za silnym prezydentem czy silnym rządem?
Stawiam sprawę jasno: władza nie powinna być podzielona. Dawniej byłem zwolennikiem systemu prezydenckiego, i to na wzór amerykański - z silną władzą jednostki i wyraźną odpowiedzialnością. Dziś mam wątpliwości. W Unii Europejskiej znaczenie parlamentów narodowych po traktacie lizbońskim paradoksalnie rośnie. Więc może warto postawić na rząd oparty na większości parlamentarnej. Ale nie jestem doktrynerem. I nie chcę zniechęcać PiS, bo każda moja sugestia będzie odbierana alergicznie przez tę partię.

Najpierw, jak słyszymy, PO chce znieść finansowanie partii politycznych z budżetu. To prawda, że powstaje projekt ustawy w tej sprawie?
Chcemy zlikwidować dotacje i subwencje dla partii politycznych, ale pozostawić obowiązek rozliczania się przez partie i dokumentowania dochodów. Proponujemy też zaostrzenie sankcji za niewywiązywanie się z tych obowiązków.

My mamy wrażenie, że nikt nie będzie chciał nowej konstytucji, że zwyciężą racje partykularne. Na przykład pana koalicjant Waldemar Pawlak na spotkaniu z sołtysami skrytykował mocno okręgi jednomandatowe. Jego zdaniem to - cytujemy - cwany mechanizm preferujący mieszkańców wielkich miast.
Nie będę zaskakiwał koalicjantów propozycjami, które oni odbiorą jako zamach na ich pozycję. Ale przekonam ich, że tak nie jest. My chcemy stworzyć z PSL trwały tandem.

Nie tylko koalicję rządową, ale i blok partyjny? Gdyby pan rozpisał dziś wybory, zdobyłby pan przecież samodzielną większość, bez ludowców.
A mimo to zaproponuję blok dwóch naszych partii idących wspólnie do wyborów. A skoro tak - przedmiot sporu zniknie. Jeśli się porozumiemy, wystawimy w niektórych okręgach ich polityków.

Rozmawiał pan o zmianie konstytucji z prezydentem?
Chciałem poruszyć temat na ostatnim spotkaniu, ale cały czas zajęła tematyka międzynarodowa.

Czy nowa konstytucja nie oznacza formalnego powstania IV Rzeczpospolitej? Nowy ustrój - nowy numerek.
Nie ogłoszę IV RP. Z drugiej strony nigdy nie ukrywałem krytycyzmu wobec błędów Trzeciej. Mówię to także tym wyborcom PO, którzy poparli nas tylko z powodu niechęci do PiS. Żeby wytrzebić te błędy, potrzeba nowego ustroju. Ale błędy braci Kaczyńskich skompromitowały nazwę IV RP. Więc nie szukam łatwych etykietek.

Mówi pan o patologiach III RP. Nie obawia się pan, że Platforma staje się ostatnią nadzieją środowisk związanych z likwidowaną WSI? Że usiłują się podczepić i przejąć władzę w tym obszarze?
Widzę problem. I namawiam, żeby weryfikację zakończyć jak najszybciej - do końca czerwca. Z prezydentem nie osiągnąłem w tej sprawie pełnego porozumienia, a przewodniczący komisji weryfikacyjnej Jan Olszewski uważa jakąkolwiek współpracę z moją ekipą za coś karygodnego. Samo wyprowadzenie archiwów tej instytucji z MON było demonstracją takiej postawy. A ja naprawdę chcę to dzieło dokończyć.

Więc nie ma sporu miedzy PiS i PO o weryfikację WSI.
Jest spór o ocenę działalności Antoniego Macierewicza. Ja jestem gotów zaryzykować współpracę nawet z osobami, które atakowały nas mocno w kampanii wyborczej - pokazałem to, dając szansę Mariuszowi Kamińskiemu. Gdybym było inaczej, mógłbym go odwołać. Byłaby krótkotrwała wrzawa, a połowa Polski biłaby brawo. Ale ja uważam, że CBA może być pożyteczna instytucją. Nie ulegam w tej kwestii naciskom.

W sprawie WSI też pan nie ulega?
Kompromis z osobami pokroju Macierewicza i Olszewskiego jest niemożliwy. Ja chcę po prostu zbudować nową służbę wywiadu i kontrwywiadu. Obstrukcja Olszewskiego sprawi, że weryfikacja WSI nie zostanie dokończona w terminie. Więc my ją dokończymy sami. Dla ponurych postaci z minionej epoki nie będzie w nowej służbie miejsca.

Mówi pan tym samym: WSI nie wróci.
Ci, którzy uważają, że zakończenie rządów PiS to szansa na odbudowę ich uprzywilejowanej pozycji, mocno się zdziwią. Pierwszy przykład z brzegu: zapowiadam, że znajdę źrodła przecieku raportu pułkownika Reszki do DZIENNIKA. Winni staną przed prokuratorem.

Potwierdza pan tym samym autentyczność raportu o wywiadzie i kontrwywiadzie opisanego w DZIENNIKU.
Potwierdzam, że informacje opublikowane przez DZIENNIK nie powinny ujrzeć światła dziennego.

Raport zawiera druzgocącą ocenę postępowania Antoniego Macierewicza podczas przekształcania wojskowych służb specjalnych. Pan się z tymi ocenami identyfikuje?
Macierewicz jest nieodpowiedzialny, ale to nie oznacza sympatii do atakujących go byłych oficerów WSI.

Mówi pan o nowej służbie wywiadu i kontrwywiadu. To, jak rozumiemy, nie będzie SKW tworzona już przez Macierewicza?
Moją intencją jest powołanie pod skrzydłami ministra Jacka Cichockiego zespołu przygotowującego powołanie nowych służb. Powrotu do dawnego WSI nie będzie. Tak jak nie będzie powrotu do niekompetentnych działań ludzi typu Macierewicz. Bo w ostateczności chodzi o bezpieczeństwo naszych żołnierzy w Iraku, Afganistanie czy Czadzie.

Wypowiedź posła Janusza Zemke z LiD, że nasze służby wojskowe są całkowicie rozbrojone, nie szła czasem zbyt daleko? Popierali ją też niektórzy politycy PO.
Politycy w ogóle za dużo mówią na temat służb. Jesteśmy najbardziej rozgadaną wspólnotą polityczną.

Proponuje pan debatę o konstytucji, bo w dzisiejszym ustroju trudno wam się rządzi. A my pytamy o to, co byście zrobili z choćby największą władzą. Biliście po głowie PiS przez dwa lata reformą finansów publicznych. Dziś o reformie finansów cicho.
Zapowiedź likwidacji Agencji Mienia Wojskowego to nic? Zobaczcie, ile lat się do tego zabierano . Gdyby nie miała zadań w obecnym budżecie, ta agencja już by zniknęła. Ale cały czas pamiętajcie - rozmawiamy dopiero o 100 dniach. Uważam, że rezultaty naszych działań są całkiem dobre.

Nie mogłoby być lepiej?
Bierzcie pod uwagę kontekst. O strajku celników i służbie zdrowia już mówiłem. A sprawy międzynarodowe? Trudno zlekceważyć takie osiągnięcia jak zniesienie rosyjskiego embargo na nasze produkty czy efekty rozmów wokół niemieckiego Widocznego Znaku. A dziś rozmawiam z premierem Kanady na temat zniesienia wiz.

Mówi pan nam tym samym: nie mam czasu na politykę wewnętrzną, bo zajmuję się wielką politykę międzynarodową?
A czy obniżenie deficytu budżetowego nie jest działaniem na rzecz reformy finansów? Ale naprawdę nie rozliczajcie nas mechanicznie z liczby złożonych ustaw. Ustaw w Polsce jest za dużo, a nie za mało.

Poseł Janusz Palikot przegląda ze swoją komisją buble ustawodawcze. Żeby uwolnić od nich Polaków, potrzeba zmiany prawa. Czyli nowych ustaw. Więc to rozliczanie z tempa legislacji jest uzasadnione.
Niebawem powstanie wielki plan deregulacji - w Rządowym Centrum Legislacji, gdzie zajmą się nim młodzi ambitni prawnicy. Mówicie, że to wszystko idzie za wolno. Odrzucam te zarzuty. Nie będę każdego dnia ogłaszał pojedynczych zmian. My wcześniej, jako opozycja nie mogliśmy przygotować takiej wielkiej deregulacji przygotować nie mogliśmy. Zapewniam, że determinacji nam nie brakuje.

Nie twierdzimy, że dobry rząd to rząd tysiąca ustaw. Ale już pierwsze projekty minister Kopacz okazały się bublami.
Biorę za tę wpadkę pełną odpowiedzialność. Tak bardzo popędzałem resort zdrowia, że nie był w stanie sprostać tempu. Powinienem poczekać choć tydzień. W ciągu 60 dni powstały projekty, które wyglądają całkiem zadowalająco. Można nad nimi pracować.

Czyli pozycja minister Kopacz nie jest - wbrew prasowym informacjom - zagrożona?
Ktoś kto pracuje źle, przestaje być u mnie ministrem. To najlepsza odpowiedź na panów pytanie. A pracę minister Kopacz oceniam wyjątkowo wysoko.

A inni ministrowie? Na przykład szef MON Bogdan Klich, który miał na swoim koncie sporo wpadek personalnych.
To był splot rozmaitych okoliczności, także wynikających z personalnych żądań koalicjantów z PSL. A minister Klich będzie oceniany po wypełnieniu konkretnych zadań. Od bezkonfliktowego, uzgodnionego z Amerykanami zakończenia naszej misji w Iraku po pełne uzawodowienie armii. Na razie wywiązuje się z nich świetnie. Zresztą pozostali ministrowie też wypełniają, moim zdaniem, dobrze swoje zadania.

Nie zrezygnuje pan z weekendów w Gdańsku, z meczów piłki nożnej? Bo bywa pan coraz głośniej oskarżany o brak pracowitości.
Jestem nowoczesnym konserwatystą. Cały tydzień bardzo dużo pracuję. A w każdą niedzielą o 19 rozgrywam z przyjaciółmi mecz piłki nożnej i zamierzam to robić nadal. Normalny człowiek w niedzielę o tej porze wypoczywa. A rządzić dobrze może tylko ten, kto jest zdrowy i wypoczęty. Polityk z poszarzałą twarzą, który śpi po trzy godziny, jest niebezpieczny dla ojczyzny. Narzekacie na weekendy w Gdańsku. Czasy średniowiecza dawno się skończyły. Dziś nie rządzi się z ponurego zamczyska. Z telefonem komórkowym, z laptopem można rządzić nawet z pokładu samolotu.

Czyli nic pan nie zmieni w swoich zwyczajach?
Zmienię. W ten weekend będę w Warszawie podsumowując 100 dni. Jednocześnie do Warszawy przyjeżdża moja żona. Będzie mieszkała ze mną w stolicy, w rządowej willi Parkowa. Zdecydowały względy uczuciowo-emocjonalne, czyli po prostu wielka tęsknota. I mówię to panom jako pierwszym.

Wystawia pan sobie na 100 dni dobrą ocenę?
Odpowiem cytatem z Marka Grechuty: "piękny jest kraj, gdzie wszystko wszystkim wydaje się jeszcze złe". Nie jestem typem księgowego w zarękawkach, ale wkładam sporo energii w to, co robię. I dlatego mam niską ocenę samego siebie. Wszystko można zrobić szybciej i lepiej. Ale swój głos ma w tej sprawie także opinia publiczna. I cieszę się, że Polacy tak dobrze oceniają mój rząd.

Jak pan z perspektywy swojego obecnego sukcesy ocenia porażkę w wyborach prezydenckich 2005 roku?

Nie wygrałbym tych wyborów, gdyby nie tamta porażka. Więc nie żałuję. Jestem najlepszym przykładem, że czasem wielkie sukcesy biorą się z wielkich przegranych. To w sumie optymistyczne, prawda?