Zrobię wszystko, żeby wrócić. Kiedy? Wtedy kiedy partia uzna, że jestem jej potrzebny. A to nastąpi tylko w efekcie zaakceptowania przez partię mojej diagnozy, że
przywództwo, jakie realizuje pan prezes Kaczyński, oraz linia polityczna są nieskuteczne. A to może stać się po wyborach do PE, a nie przewiduję, by ich wynik przy obecnych mechanizmach w
partii był oszałamiający. Albo później, po skumulowanej, jeśli do niej dojdzie, porażce wyborczej w cyklu wyborów samorządowych, parlamentarnych i prezydenckich. Ale może być tak, że moja
diagnoza jest błędna. I jeśli to pan Kaczyński ma rację, to nie ma żadnego powodu, bym do partii wracał. Wtedy sam powinienem zastanowić się nad funkcjonowaniem w polityce.
Nie ma takiej konieczności, natomiast jeśliby to tak ujmować, to znaczyłoby, że będę mógł wrócić dopiero po serii ewentualnych porażek do 2011 r., których to porażek mojej partii nie
życzę. Mój spór z panem Kaczyńskim jest o to, że on jako przywódca jest nieskuteczny, a partia na tym cierpi, Polska też. PiS jest młodą partią, wszystko co młode jest nietrwałe i
wrażliwe, więc gdyby do serii takich porażek doszło, to partia może mieć trudności z przetrwaniem.
Ta gotowość może narastać. W ramach partii przywódca legitymizuje się przez skuteczność.
Ja nigdy nie nastawiałem się na rozłam. Może to był mój błąd, że od początku budowania PiS nie stworzyłem własnej grupy, własnego układu. Czyli takich ludzi, co do których miałbym
przekonanie, że przy różnych konfliktach, także z panem Kaczyńskim, pozostaną lojalni. Sadzę, że i tak ostateczny wynik głosowania byłby taki sam, czyli usunięcie mnie z partii, ale
rozkład głosów byłby inny, gdyby głosowanie było tajne. Prasa podaje, że z zachęty pana prezesa Kaczyńskiego nie wzięli udziału w głosowaniu pan Ziobro i pan Suski, a do mnie podchodzili
inni członkowie zarządu i mówili, że oni też nie wzięli udziału w głosowaniu.
Nie powiem kto, ale jedna z osób mi powiedziała mi wprost: panie marszałku, ja w tym głosowaniu nie wziąłem udziału. I to nie był pan Suski ani pan Ziobro.
Nie do mnie należy formułowanie takich sądów. Problem polega na tym: jedna osoba była przeciw, dwie się wstrzymały. Gdyby głosowanie było tajne, to liczba członków zarządu, którzy byliby
przeciw lub się wstrzymali, byłaby większa niż 10. Ale finał byłby taki sam. Żeby było zabawniej, jeden z najbliższych współpracowników pana Kaczyńskiego, z którym mimo różnic
politycznych jestem w dobrych osobistych relacjach, kiedy rozmawiałem z nim kilka dni przed zarządem, powiedział, że on sobie nie wyobraża, by głosowanie mogło nie być tajne. Ale jakoś nie
podniósł tej kwestii. Nikt zresztą jej nie podniósł.
Nie mnie oceniać. Ja tylko powiedziałem na zarządzie, że do tej partii wrócę, że jest bardzo niewielkie grono osób w zarządzie, z którymi bym po powrocie nie chciał współpracować, bo
uważam, że się nie nadają. Natomiast niezależnie od tego, kto jak będzie w mojej sprawie głosował, to ja o to nie będę mieć osobistej niechęci.
Nie wymieniłem żadnego nazwiska. Może spojrzałem się znacząco w jego kierunku.
Przyjaźń to za duże słowo, raczej bliskie koleżeństwo. Jeśli się współpracuje politycznie, to te stosunki są negocjowalne. Więc to jest wtedy raczej przyjaźń polityczna, a nie
przyjaźń. Ja to rozróżniam.
Na pewno nie było to miłe, być wykluczanym przez koleżanki i kolegów z partii, którą się zakładało, także ryzykując własnym majątkiem. Ale wiem, że powinienem się strzec dwóch
rzeczy, które są niszczące, niemądre i nieskuteczne: rozgoryczenia i poczucia moralnej wyższości. Byłoby to głupie i nieskuteczne.