Dziennik Gazeta Prawana logo

Migalski: Czasem przygrilluję sobie Palikota

7 września 2009, 17:45
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Marek Migalski nie zamierza często używać języka, jakim posługuje się Janusz Palikot. Tłumaczy to obrazowym i bardzo ostym porównaniem. "Mówienie w tym stylu jest jak seks z syfilityczką. Mężczyzna, który to robi, sam może zachorować, natomiast syfilityczka na pewno nie stanie się od tego zdrowsza".

Jestem zadowolony. Zrobiłem to, co chciałem. Zdemaskowałem Janusza Palikota i pokazałem, że dla polskiej debaty publicznej jest on szkodnikiem. Oczywiście dla swojej partii jest czymś innym - kolorowym parawanem, politycznym damskim bokserem, zwrotnicą, która przekierowuje gniew. Dziennikarze robią z nim wywiady, zamiast zapraszać do studia Aleksandra Grada czy Jarosława Gowina. To wygodne dla PO, bo zamiast rozmawiać o realnych problemach rozmowa schodzi na takie tematy jak seksualność polityków.


Nie do końca. Naprawdę uważam, że Janusz Palikot uwięził nas w swoim języku. Ale ja nie mam do niego pretensji, że wprowadził do politycznej debaty elementy ludyczne, show, sferę zabawy. Ja to rozumiem. Chodzi mi natomiast o styl. Nie można w debacie posługiwać się gagami z Benny Hilla, gdzie kopniaki są rozdawane bez sensu. Jeśli mamy żartować, to raczej w stylu Monty Pythona. Nie obrażać i nie uderzać na przykład w rodzinę czy dzieci. Ciekawy jestem, czy Janusz Palikot pomyślał kiedyś jak poczują się dzieci Grażyny Gęsickiej, gdy powiedział o niej, że się sprostytuowała.


Tematem tej rozmowy miał być właśnie język debaty publicznej, a Palikot był w ciągłej defensywie. Jeśli przegrałem, to z innego powodu. Świetnie wiem, że po tej rozmowie Janusz Palikot się nie zmieni. Nie zmienią się też media. Jeśli na jego blogu pojawi się żenujący wpis, że ktoś jest polityczną k..., to wy, dziennikarze, na pewno o tym napiszecie. Tak więc, wy też się nie zmienicie. I to można nazwać moją przegraną.


Oczywiście, że boję się takich określeń. Jeśli już, to chcę być nazywany anty-Palikotem, i to bez żadnej partyjnej etykietki.


Od czasu do czasu z pewnością przygrilluję sobie trochę Palikota. Ale rzeczywiście chcę tego unikać. Najsmutniejsze jest jednak to, że to najlepsza metoda na przebicie się do mediów. Ja świetnie wiem, co trzeba zrobić, żeby przez 24 godziny nie schodzić z pierwszych stron internetowych serwisów. Wystarczyłoby, żebym powiedział coś o żonie premiera, albo o seksualności ministra Sławomira Nowaka. I gotowe... Wiem, jakie to jest proste i mam nadzieję, że licho mnie nie podkusi. Wiem też, że nie mogę używać tego języka z jeszcze jednego powodu. Zobrazuję to porównaniem z mojego ulubionego pisarza Władimira Bukowskiego i jego książki "I powraca wiatr". Mówienie w stylu Palikota jest jak seks z syfilityczką. Mężczyzna, który to robi, sam może zachorować, natomiast syfilityczka na pewno nie stanie się od tego zdrowsza.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj