Jestem zadowolony. Zrobiłem to, co chciałem. Zdemaskowałem Janusza Palikota i pokazałem, że dla polskiej debaty publicznej jest on szkodnikiem. Oczywiście dla swojej partii jest czymś innym - kolorowym parawanem, politycznym damskim bokserem, zwrotnicą, która przekierowuje gniew. Dziennikarze robią z nim wywiady, zamiast zapraszać do studia Aleksandra Grada czy Jarosława Gowina. To wygodne dla PO, bo zamiast rozmawiać o realnych problemach rozmowa schodzi na takie tematy jak seksualność polityków.
Nie do końca. Naprawdę uważam, że Janusz Palikot uwięził nas w swoim języku. Ale ja nie mam do niego pretensji, że wprowadził do politycznej debaty elementy ludyczne, show, sferę zabawy. Ja
to rozumiem. Chodzi mi natomiast o styl. Nie można w debacie posługiwać się gagami z Benny Hilla, gdzie kopniaki są rozdawane bez sensu. Jeśli mamy żartować, to raczej w stylu Monty Pythona.
Nie obrażać i nie uderzać na przykład w rodzinę czy dzieci. Ciekawy jestem, czy Janusz Palikot pomyślał kiedyś jak poczują się dzieci Grażyny Gęsickiej, gdy powiedział o niej, że się
sprostytuowała.
Tematem tej rozmowy miał być właśnie język debaty publicznej, a Palikot był w ciągłej defensywie. Jeśli przegrałem, to z innego powodu. Świetnie wiem, że po tej rozmowie Janusz Palikot
się nie zmieni. Nie zmienią się też media. Jeśli na jego blogu pojawi się żenujący wpis, że ktoś jest polityczną k..., to wy, dziennikarze, na pewno o tym napiszecie. Tak więc, wy też
się nie zmienicie. I to można nazwać moją przegraną.
Oczywiście, że boję się takich określeń. Jeśli już, to chcę być nazywany anty-Palikotem, i to bez żadnej partyjnej etykietki.
Od czasu do czasu z pewnością przygrilluję sobie trochę Palikota. Ale rzeczywiście chcę tego unikać. Najsmutniejsze jest jednak to, że to najlepsza metoda na przebicie się do mediów. Ja
świetnie wiem, co trzeba zrobić, żeby przez 24 godziny nie schodzić z pierwszych stron internetowych serwisów. Wystarczyłoby, żebym powiedział coś o żonie premiera, albo o seksualności
ministra Sławomira Nowaka. I gotowe... Wiem, jakie to jest proste i mam nadzieję, że licho mnie nie podkusi. Wiem też, że nie mogę używać tego języka z jeszcze jednego powodu. Zobrazuję to
porównaniem z mojego ulubionego pisarza Władimira Bukowskiego i jego książki "I powraca wiatr". Mówienie w stylu Palikota jest jak seks z syfilityczką. Mężczyzna, który to
robi, sam może zachorować, natomiast syfilityczka na pewno nie stanie się od tego zdrowsza.