Upał, który staje się nie do zniesienia, tylko pogarsza sytuację. Blisko 40 procent mieszkańców Manili nie ma możliwości zdobycia pitnej wody - alarmuje Clemente Bautista, autor raportu, który w weekend na pierwszych stronach opublikowały filipińskie gazety, których opinie przytacza DZIENNIK.
Jak informują pozarządowe organizacje ekologiczne, których pracownicy przygotowali dokument, jedynie 13 procent gospodarstw domowych podłączonych jest do kanalizacji,
a blisko 1/3 wszystkich odpadków zamiast na wysypisko trafia do rzek.
"W tych ściekach przykrytych kożuchem dziurawych butów, resztek jedzenia i torebek foliowych co chwila nurkują dzieci, szukając ochłodzenia albo skarbów, które pomogą ich rodzinom przetrwać kolejny miesiąc" - mówi amerykański fotograf Mike F. Alquinto, autor reportażu ze slumsów Manili.
Sytuację pogarszają jeszcze tysiące ludzi, którzy codziennie przyjeżdżają do miasta w poszukiwaniu pracy. Nieliczni lekarze z organizacji humanitarnych nie są w stanie zapanować nad ogniskami zakaźnych chorób, które co chwila wybuchają w kolejnych dzielnicach. Rządzący zamknięci w swoich klimatyzowanych biurach i samochodach nie robią nic, by ratować tych ludzi. Filipiny, kraj otoczony przez wodę, przez którego terytorium płynie 421 rzek, wkrótce okaże się pustynią - alarmują naukowcy.
"To jedynie przedwyborcze zagrywki naszych przeciwników. Rząd stara się pomóc tym ludziom, sytuacji nie zmieni się jednak z dnia na dzień" - przekonuje rzecznik prezydent Glorii Macapagal-Arroyo, dodając, że dziewięciodniowe wybory, które zakończą się 14 maja, powinny odbywać się w spokojniejszej atmosferze. Trudno się jednak dziwić specjalistom, że wieszczą katastrofę tego wyspiarskiego państwa na Oceanie Spokojnym.
Według raportu ONZ, w ciągu 15 lat wycięto jedną piątą lasów. Blisko 40 proc. 84-milionowej ludności Filipin żyje poniżej progu nędzy, czyli za 1 dolara dziennie. Bieda potęguje przestępczość, co roku popełniane jest ponad 6 tys. morderstw. Plagą są porwania, które dotykają zwłaszcza misjonarzy i zamożnych obywateli pochodzenia chińskiego. Filipiny są też najbardziej niebezpiecznym krajem świata dla dziennikarzy - zabija się ich tam więcej niż w Iraku. Bezsilna policja zaproponowała, by kupili sobie pistolety i bronili się sami.
"Chory człowiek Azji" - tak o kraju pisze zachodnia prasa ekonomiczna. Mimo obietnic Arroyo dotyczących reformy rolnej (większość ziemi skupiona jest w rękach potężnych rodów latyfundystów, jednym z nich jest rodzina pani prezydent) i przyciągnięcia kapitału zagranicznego Filipiny żyją dziś głównie z dewiz przekazywanych przez dziewięć milionów pracujących za granicą marynarzy, pielęgniarek i nianiek.
"W tych ściekach przykrytych kożuchem dziurawych butów, resztek jedzenia i torebek foliowych co chwila nurkują dzieci, szukając ochłodzenia albo skarbów, które pomogą ich rodzinom przetrwać kolejny miesiąc" - mówi amerykański fotograf Mike F. Alquinto, autor reportażu ze slumsów Manili.
Sytuację pogarszają jeszcze tysiące ludzi, którzy codziennie przyjeżdżają do miasta w poszukiwaniu pracy. Nieliczni lekarze z organizacji humanitarnych nie są w stanie zapanować nad ogniskami zakaźnych chorób, które co chwila wybuchają w kolejnych dzielnicach. Rządzący zamknięci w swoich klimatyzowanych biurach i samochodach nie robią nic, by ratować tych ludzi. Filipiny, kraj otoczony przez wodę, przez którego terytorium płynie 421 rzek, wkrótce okaże się pustynią - alarmują naukowcy.
"To jedynie przedwyborcze zagrywki naszych przeciwników. Rząd stara się pomóc tym ludziom, sytuacji nie zmieni się jednak z dnia na dzień" - przekonuje rzecznik prezydent Glorii Macapagal-Arroyo, dodając, że dziewięciodniowe wybory, które zakończą się 14 maja, powinny odbywać się w spokojniejszej atmosferze. Trudno się jednak dziwić specjalistom, że wieszczą katastrofę tego wyspiarskiego państwa na Oceanie Spokojnym.
Według raportu ONZ, w ciągu 15 lat wycięto jedną piątą lasów. Blisko 40 proc. 84-milionowej ludności Filipin żyje poniżej progu nędzy, czyli za 1 dolara dziennie. Bieda potęguje przestępczość, co roku popełniane jest ponad 6 tys. morderstw. Plagą są porwania, które dotykają zwłaszcza misjonarzy i zamożnych obywateli pochodzenia chińskiego. Filipiny są też najbardziej niebezpiecznym krajem świata dla dziennikarzy - zabija się ich tam więcej niż w Iraku. Bezsilna policja zaproponowała, by kupili sobie pistolety i bronili się sami.
"Chory człowiek Azji" - tak o kraju pisze zachodnia prasa ekonomiczna. Mimo obietnic Arroyo dotyczących reformy rolnej (większość ziemi skupiona jest w rękach potężnych rodów latyfundystów, jednym z nich jest rodzina pani prezydent) i przyciągnięcia kapitału zagranicznego Filipiny żyją dziś głównie z dewiz przekazywanych przez dziewięć milionów pracujących za granicą marynarzy, pielęgniarek i nianiek.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane
Zobacz
|