Khaled el Masri dostał szału. Wszedł do jednego z supermarketów w niemieckim mieście Ulm, rozbijając szklane drzwi, wylał na podłogę benzynę i podpalił. Straty - pół miliona euro.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie zareagowałby w ten sposób na odmowę przyjęcia zakupionego w sklepie odtwarzacza. El Masri to jednak przypadek szczególny. Jego adwokat twierdzi, że prawdziwą przyczyną furii jego klienta były... tortury, jakim poddali go agenci CIA w Afganistanie, którzy błędnie uznali go za terrorystę z Al-Kaidy.
Cały dramat libijskiego Niemca zaczął się 31 grudnia 2003 roku na granicy serbsko-macedońskiej. Nie wiedzieć czemu pojawił się tam Khaled el Masri. Może miał zamiar spędzić w tej malowniczej okolicy Sylwestra, ale nim zdążył otworzyć pierwszego szampana, przechwycili go agenci CIA. I przewieźli Araba do Afganistanu. Tam Khaled przeszedł podobno straszne tortury, po których już nigdy nie będzie taki sam jak wcześniej. Masri twierdzi, że był bity. Opowiada, że przesłuchujący byli zamaskowani, zakuwali go w kajdanki i zakładali mu łańcuchy na nogi, a przesłuchania odbywały się nocami.
Po pięciu miesiącach brutalnych przesłuchań Amerykanie doszli do wniosku, że więzień nie ma nic wspólnego z Al-Kaidą i zwolnili go. Po powrocie do Niemiec Khaled trafił do specjalnego ośrodka, w którym leczył zdruzgotane nerwy.
Jego ostatni wyczyn z miasteczka Ulm pokazuje jednak, że terapia zakończyła się kompletnym fiaskiem. El Masri nie może teraz odżałować tylko jednego: że jego nowa ojczyzna nie zrobiła nic, by go uwolnić wcześniej z rąk amerykańskich oprawców.