MARIUSZ JANIK: Czy Stany Zjednoczone mają jeszcze szansę przekazać misję w Iraku oddziałom ONZ-owskich Błękitnych Hełmów?
Radosław Sikorski*: To mogłoby być korzystne dla rozwoju sytuacji w tym kraju. Irakijczycy łatwiej pogodziliby się z obecnością obcych żołnierzy w swoim kraju, gdyby stacjonowali
oni pod flagą ONZ. Nie widzę jednak szansy na jednomyślność. Nie ma takiej konfiguracji w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, która zaakceptowałaby decyzję o przejęciu misji w Iraku przez Błękitne
Hełmy.
Pytanie też, czy rzeczywiście administracja prezydenta George’a W. Busha chciałaby ponownie odwoływać się do tego forum. Po bataliach, jakie toczyła tam wcześniej, nie jest to chyba zbyt prawdopodobne.
Czy przekazanie misji pod egidę ONZ mogłoby sprawić, że wezmą w niej udział kontyngenty z państw niechętnych dotąd USA oraz rozpoczętej przez nie okupacji Iraku, jak Niemcy czy
Francja?
Nie potrafię sobie wyobrazić takiego układu sił w Bundestagu, który zaakceptowałby wysłanie niemieckich żołnierzy do Iraku. Proszę wziąć pod uwagę trudności, jakie ma już teraz
minister obrony Niemiec. Pod naciskiem NATO chciał, by żołnierze Bundeswehry stacjonujący w Afganistanie podlegali prawom operacji wojskowej, czyli bardziej zaangażowali się w walkę z talibami
na południu tego kraju. Z powodów politycznych nawet na to Bundestag mu nie pozwala.
Udział Francji w irackiej operacji również wydaje mi się mało prawdopodobny. Jeśli na początku można było jeszcze liczyć, że zakończy się ona sukcesem, tak teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej. A mało kto ma ochotę dołączać do sprawy, która nie wygląda na wygraną. Inna rzecz, że spekulacje wokół nowego nastawienia do misji irackiej mogą mieć pewne źródło w „zmianie warty" w Pałacu Elizejskim.
Czy pojawienie się takich spekulacji oznacza, że wprowadzona w lutym nowa strategia stabilizacji Iraku poniosła fiasko?
Generał David Petraeus pełni swoją nową rolę dopiero od trzech miesięcy, powinniśmy więc dać mu trochę więcej czasu. Nowa strategia obejmuje też procesy społeczne zachodzące w bardzo
zaognionej sytuacji, których skutków nie widzi się z dnia na dzień. Czy Narody Zjednoczone - w przeciwieństwie do USA, postrzeganych na Bliskim Wschodzie jako agresor - mogłyby uzyskać
większą pomoc od sąsiadów Iraku, takich jak Iran czy Syria?
W negocjacjach z nimi ONZ mógłby z pewnością odegrać pozytywną rolę. Jednak Organizacja to takie miejsce, w którym się jedynie dyskutuje. Decyzje należą do państw. ONZ uzyskałby niewiele więcej, niż udało się to dotychczas. Poza tym ONZ już w Iraku był. Tyle że po pierwszym - co prawda dużym i krwawym - zamachu na swoją placówkę wycofał się z Iraku i nic nie wskazuje na to, by chciał wracać.
W przyszłym roku Amerykę czekają wybory prezydenckie. Czy przeniesienie misji irackiej pod egidę ONZ mogłoby być użyteczne w przyszłorocznej rywalizacji o Biały
Dom?
Przed wyborami Republikanie potrzebują nowych pomysłów. Z taką "ropiejącą raną" w Iraku trudno im będzie utrzymać Biały Dom. Jeżeli powodem dyskusji o
przekazaniu misji pod egidę ONZ jest myśl o wyborach prezydenckich, to jest to wyłącznie wyraz realizmu politycznego.
Dla twardego jądra republikańskiego elektoratu kwestia ta nie ma zapewne większego znaczenia, ale dla wyborców o centrowych poglądach, o których głosy zawsze toczy się największa batalia, nowa strategia może stanowić swoisty "promyk nadziei".
Radosław Sikorski - senator RP, minister obrony w latach 2005 - 2007