Mimo wpompowania przez Baracka Obamę w amerykańską gospodarkę 700 mld dol. ta wciąż nie może się wyrwać z marazmu. Po krótkim przyspieszeniu na początku roku w drugim kwartale wzrost gospodarczy w Stanach Zjednoczonych znów zwolnił do 1,7 proc. PKB. To tyle co w pogardzanych jeszcze niedawno krajach starej Europy, jak Francja czy Wielka Brytania, i dwa razy mniej niż w Niemczech. Co gorsza, prezydent nie ma już czym pobudzać gospodarki. W kasie zostało mu na ten cel ledwie 30 mld dol.

Reklama

Wskaźniki nie napawają optymizmem. We wrześniu bez pracy pozostawało 9,6 proc. Amerykanów, dwa razy więcej niż przed kryzysem w 2008 roku. Tyle samo co we Francji czy Włoszech i więcej niż w Niemczech czy Polsce. W Stanach Zjednoczonych proporcjonalnie nie było tak wielu bezrobotnych od ćwierćwiecza. A Rezerwa Federalna (Fed) spodziewa się do końca roku dalszego pogorszenia sytuacji.

Lepiej nie kupować

Zadłużeni po uszy Amerykanie nie chcą też kupować. W sierpniu nabywców znalazło zaledwie 288 tys. domów. To drugi najgorszy wynik od stycznia 1963 roku, od kiedy statystyki zakupu nieruchomości prowadzi US Census Bureau. Ludzie nie wierzą, że gospodarka w nadchodzących latach odbije się od dna, a na rynku pojawią się atrakcyjne oferty zatrudnienia. Dlatego na wszelki wypadek wolą się nie zapożyczać.

Jeszcze kilka miesięcy temu wielu Amerykanów pokładało nadzieję na lepsze jutro w młodym i charyzmatycznym prezydencie. Ale to już przeszłość. Z ostatniego sondażu „Washington Post” wynika, że mniej niż 40 proc. ankietowanych ufa polityce gospodarczej Baracka Obamy. Zaledwie dwa lata po spektakularnej porażce Johna McCaina w listopadowych wyborach uzupełniających do Kongresu Republikanie prawdopodobnie odzyskają większość w Izbie Reprezentantów i być może zdobędą ją także w Senacie. To rachunek, jaki Amerykanie wystawiają Obamie za tak marne rezultaty potężnego zadłużenia państwa.

W tym roku deficyt Stanów Zjednoczonych osiągnie 1,4 bln dol., czyli ok. 10 procent PKB. To proporcjonalnie tyle samo co w najbardziej zadłużonych krajach Europy: Grecji, Wielkiej Brytanii, Francji. W błyskawicznym tempie rośnie też dług. Pod koniec roku przekroczy symboliczną granicę 15 bln dol. – prawie 100 proc. amerykańskiego PKB. W Unii tak zły rezultat mają tylko trzy kraje: Grecja, Włochy i Belgia.

Po wielu miesiącach robienia dobrej miny do złej gry Barack Obama dał za wygraną, i choć nie przyznał tego otwarcie, jednak wyraźnie uznał, że dotychczasowa polityka gospodarcza nie może być kontynuowana. Z pracą pożegnało się w ostatnich tygodniach trzech z jego czterech najważniejszych doradców ekonomicznych: Christina Romer, Peter Orszag i Larry Summers. Wszyscy byli autorami pakietu stymulacyjnego, który miał wyrwać Amerykę z depresji i ponownie naprowadzić na tory szybkiego wzrostu. Jednak dziś nie tylko żaden poważny ekonomista nie wierzy już, że Stany Zjednoczone mogą w nadchodzących latach znów przejąć rolę motoru gospodarki światowej, ale wręcz obawiają się, że Ameryka ponownie wejdzie w recesję.

Z 787 mld dol. pakietu stymulacyjnego, który został przyjęty w lutym 2009 roku, do wydania pozostały tylko grosze – około 30 mld dol. – W miarę jak pieniądze się kończą, gospodarka staje się coraz bardziej anemiczna. Tymczasem dług będzie ciążył na Stanach Zjednoczonych przez wiele lat – mówi „DGP” Anders Aslund, ekonomista waszyngtońskiego Peterson Institute for International Economics.

Zrzucanie całej winy za kłopoty gospodarcze Ameryki na barki Obamy byłoby jednak bardzo niesprawiedliwe. Przynajmniej w równym stopniu co demokratyczny prezydent mają w tym swój udział Republikanie. George W. Bush odziedziczył po poprzedniku nadwyżkę budżetową. I poprzez radykalne cięcie podatków przy rosnących kosztach wojny w Afganistanie oraz Iraku doprowadził do największego deficytu w powojennej historii USA. To także Bush junior podpisał w lutym 2008 roku wart niemal tyle samo co plan stymulacyjny Obamy pakiet ratowania amerykańskich banków przed bankructwem.

Problemy pozostały nierozwiązane

Obamę jest o co oskarżać, ale większość ekonomistów zgadza się, że gdyby nie jego pomysł, załamanie amerykańskiej gospodarki nie tylko trwałoby o wiele dłużej, ale byłoby też znacznie głębsze. O ile dochód narodowy kraju w latach 30. kurczył się przez 43 miesiące, o tyle po załamaniu w 2008 roku gospodarka USA zaczęła się rozwijać już po 18 miesiącach. Jak podaje Jean Duggan z biura prasowego Kongresu, gdyby nie pakiet Obamy, pracę w Stanach Zjednoczonych straciłoby dodatkowo 3,5 mln osób, a PKB spadłby o kolejne 3,5 proc. – Tuż przed uruchomieniem pakietu stymulacyjnego każdego miesiąca na bruku lądowało 700 tys. osób. Gdy pomoc państwa zaczęła wchodzić w życie, zwolnienia ustały, a wkrótce potem firmy zaczęły nawet zatrudniać – mówi „DGP” Duggan.



Rok temu zapowiedzi Baracka Obamy były jednak o wiele ambitniejsze. – Tym aktem spowodujemy, że amerykańskie marzenie pozostanie żywe – mówił prezydent 18 lutego w Denver, podpisując dokument uwalniający blisko 800 mld dol. funduszy publicznych. Dziś okazuje się, że Ameryka nie jest już wzorem dla Europy. Przeciwnie – pod ciężarem rosnących długów sama z trudem utrzymuje wzrost – wskazuje Marc Stocker, główny ekonomista federacji europejskich przedsiębiorców Business Europe.

Dlaczego pakiet stymulacyjny zawiódł? Bo tylko w niewielkim stopniu próbował rozwiązać strukturalne problemy amerykańskiej gospodarki. Był raczej podobny do środka znieczulającego, który przejściowo eliminuje ból, ale nie rozwiązuje przyczyn choroby. Na 787 mld dol. aż 111 mld (14 proc.) poszło na rozwój i modernizację infrastruktury oraz badania naukowe. Obama przeznaczył także 43 mld na inwestycje w alternatywne technologie pozyskiwania energii, aby ograniczyć zależność kraju od importu ropy. Pozostałe wydatki miały odciążyć szkoły, samorządy i poszczególne gospodarstwa od nadzwyczajnych kosztów wynikających z kryzysu: spłaty rat za zakup domu, subwencji dla upadających przedsiębiorstw, kosztów utrzymania szkół.

Problemy strukturalne Ameryki pozostały jednak w zasadzie niezmienione. Jednym z najpoważniejszych jest słaba konkurencyjność w handlu międzynarodowym. Po przejściowej poprawie w zeszłym roku (głównie z powodu spadku popytu ze strony dotkniętych kryzysem konsumentów) amerykański deficyt handlowy znów zaczął gwałtownie rosnąć. W czerwcu zbliżył się do 50 mld dol. Zdaniem ekspertów w tym roku w wymianie z Chinami USA mogą nawet pobić rekord z 2008 roku, kiedy nadwyżka eksportu nad importem osiągnęła 268 mld dol.

Nie zostało już nic

Przed listopadowymi wyborami do Kongresu Demokraci i Republikanie prześcigają się w pogróżkach wobec Chin za utrzymanie sztywnego kursu juana. – Prawda jest jednak taka, że nawet aprecjacja chińskiej waluty o 1/5 niewiele by zmieniła – mówi „DGP” znany francuski politolog Guy Sorman. – W 1980 roku Japonia też została zmuszona do aprecjacji jena, a mimo to jej bilans handlowy się nie zmienił. Amerykanie po prostu nie są w stanie produkować wielu towarów, które mogłyby konkurować z chińskimi – dodaje.

Innym problemem, którego nie udało się rozwiązać Barackowi Obamie, jest struktura amerykańskiego systemu finansowego. Po upadku Lehman Brothers przed dwoma laty Biały Dom zaczął wydawać setki miliardów dolarów na ratowanie kolejnych instytucji finansowych, byle uniknąć reakcji łańcuchowej. Wówczas prezydent zapowiadał, że muszą się skończyć czasy, kiedy banki i fundusze w USA są tak wielkie, że ich upadek staje się niemożliwy. Dziś jednak koncentracja w amerykańskim sektorze bankowym jest jeszcze większa niż przed kryzysem. Z powodu przejmowania przez największe instytucje finansowe upadających konkurentów siedem czołowych banków kontroluje już ponad 75 proc. rynku.

Nie udało się także rozwiązać innego problemu, który doprowadził do załamania amerykańskiej gospodarki – rynku nieruchomości. Tempo bankructw gospodarstw domowych pozostaje od wielu miesięcy na niezmienionym poziomie, a zdaniem analityków Goldman Sachs aż 25 proc. Amerykanów spłacających kredyty hipoteczne ma na koncie większą pożyczkę niż wartość domu, na którego zakup została ona zaciągnięta.

Dziś Barack Obama ma już jednak o wiele mniej narzędzi niż przed rokiem, aby podtrzymać amerykańską gospodarkę na kroplówce. Na początku września prezydent co prawda ogłosił kolejny plan stymulacyjny (starannie unikając jednak tego coraz mniej popularnego określenia), ale już o skali nieporównanie mniejszej niż poprzedni (50 mld dol.). Podobnie jak w przypadku większości krajów Unii margines dalszego zadłużania państwa wyraźnie się bowiem kurczy. Inwestorzy wprawdzie wciąż pożyczają amerykańskiemu rządowi pieniądze po niskich kosztach (około 2,5 proc.) jednak dają coraz więcej sygnałów zaniepokojenia opłacalnością takiej inwestycji.

Słabnący kurs dolara w szczególności martwi Chińczyków, największych nabywców amerykańskiego długu (posiadają prawie 22 proc. zobowiązań USA – 867 mld dol.). W miniony weekend w trakcie podróży po Europie premier Wen Jiabao zapowiedział, że Chiny będą więcej inwestowały w zakup obligacji krajów Unii, w tym także Grecji i Hiszpanii. Część ekspertów uważa, że może to być zapowiedź stopniowego odejścia Pekinu od dotychczasowego kupowania na masową skalę obligacji Stanów Zjednoczonych.



Coraz bardziej zaniepokojony rosnącym zadłużeniem jest Ben Bernanke, prezes Rezerwy Federalnej. – Zbliżamy się do ściany. Możemy uniknąć katastrofy poprzez stopniowe zaciskanie pasa albo przeżyjemy prawdziwy szok – powiedział w miniony wtorek.

Barack Obama ma związane ręce z powodu zupełnie innej sytuacji politycznej niż przed rokiem. W Kongresie Republikanie i Demokraci nie mogą się porozumieć w sprawie budżetu na przyszły rok. Po raz pierwszy od wielu lat ustawa finansowa prawdopodobnie nie będzie gotowa na czas. To oznaczałoby automatyczne wygaśnięcie wszystkich ulg podatkowych wprowadzonych przez George’a W. Busha i poważne zagrożenie dla dalszego wzrostu gospodarczego.

Obciążone dodatkowymi płatnościami, obliczanymi na ponad 200 mld dol. rocznie, amerykańskie gospodarstwa domowe jeszcze bardziej będą bowiem powstrzymywały się od dodatkowych zakupów. Przed listopadowymi wyborami do Kongresu obie główne partie polityczne nie mogą jednak porozumieć się, jak ma wyglądać przyszły kształt systemu podatkowego w USA. Demokraci chcieliby zlikwidować ulgi dla Amerykanów zarabiających więcej niż 200 tys. dol. rocznie (250 tys. dol. w przypadku rodzin). Republikanie uważają, że wydłużone powinny zostać wszystkie ulgi.

W tej sytuacji jedynym narzędziem podtrzymania wzrostu gospodarczego pozostaje dla Baracka Obamy wykorzystanie prerogatyw Rezerwy Federalnej. Mimo rosnącego ryzyka inflacji amerykański bank centralny utrzymuje stopy procentowe na rekordowo niskim (zerowym) poziomie.

Chiny na horyzoncie

Ale to ryzykowne posunięcie. – Polityka taniego pieniądza i strategia Alana Greenspana topienia kolejnych kryzysów masowym napływem gotówki były wszak głównymi przyczynami wybuchu kryzysu w 2008 roku. W ten sposób powstała bowiem ogromna bańka na amerykańskim rynku nieruchomości – przypomina Anders Aslund.

Pod naciskiem Białego Domu Rezerwa Federalna przystąpiła także do masowego zakupu znacznej części emitowanych przez Departament Skarbu obligacji. Bank centralny ma już w swoim posiadaniu papiery rządowe warte aż 2,3 bln dolarów. W ten sposób szef Fed Ben Bernanke chce obniżyć cenę emisji amerykańskich obligacji na międzynarodowych rynkach finansowych.

Jednak taka inicjatywa wywołuje kontrowersje już nie tylko wśród ekonomistów, ale także samej rady banku. – Przy obecnym poziomie zadłużenia Stanów Zjednoczonych dodatkowy zakup obligacji może podważyć wiarygodność amerykańskich papierów skarbowych – uważa Charles Plosser, prezes oddziału Fed w Filadelfii.

Zdaniem Davida Rosenberga, głównego ekonomisty funduszu inwestycyjnego Gluskin Sheff & Associates, amerykańska gospodarka jest w tak złym stanie, że w IV kwartale tego roku w ogóle przestanie rosnąć. Stanie się tak, gdy wygasną ostatnie ulgi i dotacje państwa, przede wszystkim na zakup nowych samochodów.

Słabość ekonomiczna Ameryki zaczyna zmieniać równowagę gospodarczą świata. Przynajmniej od zakończenia II wojny światowej Stany Zjednoczone były motorem globalnego rozwoju gospodarczego. Ale już tak nie jest. Goldman Sachs radykalnie zrewidował właśnie prognozę wzrostu PKB Ameryki na 2011 rok, obniżając ją z 2,6 do 1,8 proc. PKB. Ale dla światowej gospodarki obniżył ją tylko o 0,2 pkt do 4,6 proc PKB. Dzieje się tak, ponieważ eksport do USA ma relatywnie coraz mniejsze znaczenie dla Chin, Indii, Niemiec czy Wielkiej Brytanii. O ile jeszcze w 2000 roku PKB Stanów Zjednoczonych stanowił 31 proc. światowego bogactwa, o tyle w tym roku już tylko 24 proc.



– Światowy wzrost gospodarczy uniezależnia się od Ameryki – podkreśla Joseph Stigliz, laureat Nagrody Nobla z ekonomii. O ile jeszcze 10 lat temu tzw. gospodarki wschodzące zapewniały 25 proc. globalnego wzrostu gospodarczego, o tyle dziś jest to już 60 proc. I jeśli ten trend utrzyma się nadal, będzie to miało dla Stanów Zjednoczonych poważne skutki: już za 15 – 20 lat największą gospodarką świata staną się Chiny.

Rozmowa z Simonem Tilfordem

Co mogłoby napędzać wzrost w Ameryce? Dziś nie ma nic takiego

Wzrost gospodarczy w Stanach Zjednoczonych jest równie słaby jak w Unii Europejskiej. Czy Amerykę czeka taka sama stracona dekada jak Japonię lat 90.?

Bardzo prawdopodobne. W Ameryce nie ma dziś bowiem niczego, co mogłoby skutecznie napędzać wzrost. Gospodarstwa domowe są tak zadłużone, że nie będą więcej konsumować. Zadłużone są też po uszy banki – i nie chcą udzielać kredytów. Zaś przedsiębiorstwa i tak mają już dużo niewykorzystanych mocy produkcyjnych i nie będą inwestować. Stracona dekada z pewnością nastanie, jeśli administracja Baracka Obamy będzie chciała zbyt szybko redukować dług i deficyt budżetowy, jednocześnie podnosząc stopy procentowe i podwyższając podatki. To byłby błąd, bo wtedy ostatecznie zostanie zduszony anemiczny wzrost, a trzeba będzie przeznaczyć jeszcze więcej funduszy na pomoc socjalną i dług wzrośnie. Właśnie taki błąd popełnili Japończycy i do dziś ich gospodarka drepcze w miejscu.

Jednak to przecież polityka taniego pieniądza Alana Greenspana spowodowała ostatni kryzys. Czy utrzymując na rekordowo niskim poziomie stopy procentowe, Fed nie powtarza błędów z przeszłości?

Obecna polityka może być utrzymana tylko na krótką metę: urealnienie stóp procentowych i cięcie wydatków jest konieczne najdalej za dwa – trzy lata. Barack Obama musi się modlić, by do tego czasu wzrost gospodarczy ruszył z miejsca, choć ja wątpię, że tak się stanie.

Bo w innym przypadku Amerykanom nikt nie będzie chciał więcej pożyczać tak, jak to się stało w przypadku Grecji?

Takiego ryzyka nie ma. Dolar pozostaje rezerwową walutą świata, Amerykanie zawsze znajdą kogoś, kto zechce kupić ich obligacje. Departament Skarbu wciąż pożycza pieniądze po stosunkowo niskiej stawce 2,5 procent. Jednak może się to zmienić. A jeśli dług Stanów Zjednoczonych będzie rósł w obecnym tempie, jego obsługa zdławi resztki wzrostu gospodarczego, ponieważ koszty obsługi tych zobowiązań będą kolosalne.

Chińczycy dają jednak coraz więcej sygnałów, że mogą przestać kupować w dotychczasowej skali amerykańskie obligacje. Czy to może być groźne dla Stanów Zjednoczonych?

Niekoniecznie. Amerykanie mogliby wręcz odetchnąć z ulgą. Wówczas kurs dolara, który w ostatnim miesiącu spadł w stosunku do euro o 6 procent, jeszcze bardziej by osłabł, co pomogłoby ograniczyć deficyt USA w handlu z krajami Azji Południowo-Wschodniej. Chińczycy kupują obligacje amerykańskie nie dlatego, że Waszyngton tego żąda, tylko z własnego wyboru. Chcą utrzymać relatywnie silny kurs dolara, aby eksportować swoje towary do Stanów Zjednoczonych.

Republikanie twierdzą, że pakiet stymulacyjny Baracka Obamy był błędem, bo doprowadził do jeszcze większego zadłużenia Stanów Zjednoczonych. Natomiast nie zdynamizował wzrostu gospodarczego. Mają rację?

Zdumiewa mnie bezczelność Republikanów. Przecież odziedziczyli po administracji Billa Clintona największą w historii USA nadwyżkę budżetową, a pozostawili po sobie największy deficyt. Obama nie miał wyboru. Sytuacja finansowa Stanów Zjednoczonych w 2008 i 2009 roku była tak dramatyczna, że musiał uruchomić pakiet stymulacyjny, aby ratować gospodarkę przed całkowitym załamaniem. Problem jest inny: to był środek doraźny, a Ameryka potrzebuje kompleksowej kuracji.



Czy zatem teraz Chiny zastąpią Stany Zjednoczony w roli motoru światowego wzrostu gospodarczego, a za 15 – 20 lat staną się największą gospodarką świata?

To możliwe, ale pod jednym warunkiem: Chiny muszą przejść na wyższy poziom rozwoju. Muszą przestać być krajem, który kwitnie tylko dzięki eksportowi, i oprzeć wzrost na konsumpcji wewnętrznej. Warunkiem jest jednak bardzo trudna do przebudowy struktura Chin: powstanie niezależnego sądownictwa, państwa prawa, systemu podatkowego i finansowego.

* Simon Tilford, główny ekonomista Center for European Reform (CER) w Londynie